star-miya blog

    Twój nowy blog

    goth_gothcouple2_6_6_2002.gifZ jednej strony Blackmore’s Night, z drugiej Duma i Uprzedzenie, z trzeciej fanserwis, a z czwartej END… To wygląda ciekawie. Podkreślam, wygląda.

    Jest sobie pani prawniczka, młoda, ładna i tyleż pracowita, co zapracowana. I w naprawdę pracowitym momencie swego życia napotyka pana, w którym rozpoznaje dawnego znajomego. Pan jest odpowiednio przystojny, sympatyczny (…) i w ogóle, tylko ciągnie się za nim jakieś bezpodstawne oskarżenie o gwałt, wobec tego jest biedny i och, i ach. Pani prawniczka postanawia znajomość kontynuować, bo obiecująca zarówno pod względem zawodowym jak i osobistym. Znajomość rozwija się coraz bardziej romantycznie i coraz bardziej szczęśliwie, aż któregoś dnia ten miły pan proponuje ciężko zakichanej pani prawniczce, że jak tylko wróci skądśtam, zabierze ją na miły łykend. Zakichana czeka na jego powrót. Czeka. Czeka. Jako ta Penelopa. Aż w pewien wieczór zostaje dziwnym zbiegiem okoliczności samiutka w budynku, w którym pracuje, i w klimacie niczym z thrillera miły pan dopada ją na schodach, jeszcze milszy niż dotychczas… I okazuje się nie być tym, za kogo się podawał, tylko wredną szują, wobec której oskarżenia wcale nie były bezpodstawne…

    OK, już dochodzę do sedna. Otóż jak już się nawygadywałam z wściekłości, że mi szuja na sam koniec serialu zepsuła ulubioną postać, znowu włączył mi się chłodny punkt widzenia autorki i zaczęłam się zastanawiać nad czarnymi charakterami. Nyo bo… Po co tak długo się wysilać, udawać grzecznego i kochanego chłopczyka, zgrywać komedię dla chwilki jednego gupiego gwałtu? Nie prościej byłoby przyczaić się w ciemnej uliczce i załatwić sprawę od ręki (od…)? A potem przyszło drugie pytanie: co taki czarny charakter może sobie myśleć? Czym się kierować i do czego zmierzać? Do zabawy z ofiarą, grania na jej uczuciach? Syci się tym przez te wszystkie dni, a efekt końcowy jest już tylko dopełnieniem, kiedy może patrzeć jak wyraz twarzy ofiary zmienia się ze szczęśliwego i pełnego nadziei na zawiedziony i przerażony?
    Może ja taką szuję za wysoko cenię…

    Hm. Abstrahując, jest sobie hipotetyczny czarny charakter, ma jakieś swoje cele, a jakie ma powody? Tragiczna Przeszłość™ jest zbyt kiczowata, a bycie po prostu psychopatą jest zbyt łatwym wyjaśnieniem. Jest coś pośrodku? Ach, ewentualnie święcie wierzy, że cel uświęca środki i jego działanie w ostatecznym rozrachunku przyniesie dobre efekty dla ogółu. Ale taki to nawet niekoniecznie czarny musi być.

    - Nie ukrywam, chętnie bym też go zobaczył.
    - Po moim trupie!!
    - No cóż, w końcu jesteśmy w Saedd Ménn

    Ness mi coś tam kadziła, że piszę o kobietach potrafiących się obejść bez mężczyzn, a ja mam wrażenie, że wprost przeciwnie. Choć też zależy, na którą kobietę akurat patrzę… Przypomniało mi się też jak ktoś na forum narzekał na Mgły Avalonu, że to taka feministyczna książka, w której faceci to ciepłe kluchy zależne od kobiet kompletnie XD Czy rzeczywiście… Co mieli poradzić, że na takie manipulantki trafili… I to przypomnienie mi przeniosło punkt widzenia z kobiet na facetów. A po ponownej lekturze Dumy i Uprzedzenia, głównie na zakichanych facetów. I efekt tego brzmi: Jacy! Oni! Są! Zależni! Od! Nas!
    Czy gdybym przeniosła punkt widzenia jeszcze raz, okazałybyśmy się równie zależne od nich? Jeśli tak, to byłaby ulga…

    Chyba zaczynam dorastać do wątków miłosnych. Ale to z kolei nie jest ulga, bo biorąc pod uwagę, że sentyment ciągnie mnie do twórczości pani Sandemo, a żądza fazy do książek pani Devereaux, to mi niekoniecznie musi wyjść na dobre…

    Brak mi namieszania w opowieści, braaak miii! Tylko, że takie namieszanie, o jakie mi chodzi, jeszcze się pewnie długo nie zdarzy… J. D. Tarquinie, jestem prawie pewna, że się nie polubimy, ale pojaw się i namieszaj! Jesteś co prawda inspirowany jak jasny gwint, ale większego urazu niż do summonera z Korony na pewno do ciebie mieć nie będę. Zresztą, samo bycie inspirowanym jeszcze o niczym nie przesądza, w przeciwnym razie Kaede już na starcie byłby stratą czasu :P

    O, właśnie. Z piątej Korona…

    terry-small-stance.gifDo czegokolwiek innego niż zbitek nieposkładanych myśli zdolna w tej chwili nie jestem. A myśl o powiedzeniu komuś, że jest dla mnie jedną z najważniejszych osób na świecie, zaczęła mi towarzyszyć nawet we śnie… A może marzenie? Bo na pewno nie wizja przyszłości, nie odważyłabym się.
    Nie ma jak dzielenie uwagi między nawet nie dwie, a trzy zupełnie różne rzeczywistości. Może pora oderwać się na momencik od KoFa i odwiesić wreszcie światy… Ale wtedy to właściwie będzie czwarta rzeczywistość. Gdzie trzy się biją, tam czwarta korzysta?

    Flowers, a scent of flowers, always on his mind so he deceives her…

    Kto to jest Crysania? Chętnie bym ją poznała i zlustrowała. Czyżbym zaczęła stawać się niepoprawnym fangirlem? Całe szczęście, że nie jestem yaoistką i nie pytam, kto to jest ten Dal-dal-dal-cośtam.
    Doprawdy, przetrząsanie galeryj na dA jest zue i niedobre. Aaale to właściwie od dawna wiadomo.

    A w przyszłym tygodniu me kochane acz mało zaskakujące miasto zaszaleje dla odmiany i urządzi tydzień kultury Japonii! Tylko oczywiście nie podali co kiedy i gdzie się dokładnie ma odbywać. Trzeba wreszcie ruszyć swą zakaszlaną osobę z domu i poszukać słupa ogłoszeniowego :P

    Sharpen your claws, bare your fangs and go on!

    Rozczula mnie angielski z japońskim akcentem, przeraża mnie takiż niemiecki, ale moim najnowszym fetyszem chyba będzie „buondziuuuuuuuuur”!
    ___^___

    w_003.gif- Tylko żebyś następnym razem nie straciła znowu głowy…
    – Też coś! Nie popełniam dwa razy tych samych błędów. Nawet takich.
    - To dobrze… Życzysz nam powodzenia przed jutrzejszą walką?
    - Oczywiście! W końcu cie… was zawsze dopinguję najbardziej!
    - No, to żebyś o tym pamiętała. Bo jeśli jutro zwyciężymy, następny pojedynek stoczycie z nami, wiesz?
    – …

    A bo tak. Bo nawet najbardziej zuemu odpałowi należy się przyjrzeć z każdej możliwej strony XD

    Monochrome

    19 komentarzy

    Yagaminyo.gifRzucam się między stanami umysłu mniej lub bardziej gwałtownie, niekiedy tylko przepływając spokojnie, jak woda przy bezwietrznej pogodzie. Między punktami widzenia, między pozycjami, stanowiskami, opiniami i racjami bytu, choć może tych ostatnich za wiele nie powinno być. Racje bytu? Gdzie, skąd, jakie racje bytu?
    Raz fanka „zwyczajna” – obserwująca, oglądająca fanarty, słuchająca soundtracków dla samej przyjemności słuchania – innym razem istota próbująca wniknąć w cudzą opowieść i wczuć się w nią „od środka”, na siłę bo na siłę, ale nadal, coraz bardziej zawzięcie, chcąc zapomnieć o nieznośnym głosie rozsądku. I tak na zmianę, na zmianę, w kółko.
    Nawet nie Mary Sue, bo ani nie pcham się w centrum uwagi, ani nie wdaję się w romans z ulubionym postaciem, ani przede wszystkim nie jestem wszechmogąca, o powalaniu aparycją nie wspominając. Jeśli więc nie Mary Sue, to kto? Może należę do jakiegoś nowego, niedefiniowalnego jeszcze gatunku? To z jednej strony dobrze, bo nie lubię stereotypów i szufladkowania, a z drugiej strony nie pozwala mi znaleźć sobie miejsca tak naprawdę. Może dlatego, żem niedoświadczona, nieszczęsna taka, która tak naprawdę pierwszy raz osobiście weszła w czyjąś rzeczywistość. Bywało za to, że wciągałam kogoś do naszej albo że posyłałam postacie z własnych opowieści. Ale z takimi Renê, Andromedą, Nomi-chan czy tym bardziej Xemedi-san nie potrafiłabym się utożsamić, a każda z nich pewnie by się obraziła, gdyby przykładano do nich tę samą miarę, co do Mary Sues… Przynajmniej JA tak uważam. Całe szczęście, że nie piszę fanfików, z wyjątkiem DN cztery lata temu i paru okazjonalnych ścinków, które odzwierciedlają mój obecny stan umysłu. Pomnożony gdzieś tak przez 4.
    I całe szczęście, że postawiona między żądzą mordu na jednym osobniku, bezproduktywnym wzdychaniem do drugiego i przejmowaniem się wręcz histerycznie trzecim i czwartym, zawsze mam alternatywę meczu ping-ponga z piątym. To jakieś pocieszające :D

    50.gifPamiętam jak moja droga Emilka Starr przeglądała recenzje swojej pierwszej (opublikowanej i niespalonej… Sprzedawca Snów, chlip…) książki. Sporo tego tałatajstwa było, bo książka świeżutka, aż się prosiła… Jedni recenzenci obejżdżali, drudzy wychwalali, a trzeci strzelali przemądrzałymi zdaniami, których sami nie rozumieli. A jednak, mimo tych chwil konsternacji, Emilka wiedziała, że żadna recenzja nie przebije tych paru słów od serca ze strony jej najbliższych (z ciotką Elżbietą włącznie), a żadna niekonstruktywna krytyka nie zmąci uczucia, które w niej te słowa wzbudzały.
    I mam ochotę zawołać na cały głos: JEŚLI NIE O TO WŁAŚNIE CHODZI, TO O CO?! Czego bardziej potrzeba podczas wspinaczki alpejskimi ścieżkami, jeśli nie takiego wsparcia i co jest najprzyjemniejszą nagrodą, jeśli nie uznanie ze strony tych wspierających, którzy najlepiej czują ową wywspinaną w pocie czoła twórczość? Myślę… Nie, WIEM, że jeśli jakieś moje opowieści zostaną kiedyś wreszcie skończone i wydane, i może nawet warte rzucenia okiem i zrecenzowania, żadne mądrości profesjonalistów nie zostaną mi w pamięci tak jak Wasze* wnikliwe analizy wydarzeń i zżycie się z postaciami** tak mocno jakby nie było żadnej granicy między rzeczywistościami. Jeśli to nie daje radości z tworzenia, to co? Mając Was, to już nawet sławna nie muszę być. Ale wierzycie, więc co mi szkodzi się starać, ne?

    A z kolei panią Lindgren kiedyś pytano w jakimś wywiadzie, że skoro wie jak to jest żyć w jakimś oderwanym baśniowym świecie typu Nangijala, to dlaczego nie wie jak napisać opowieść z punktu widzenia dziecka rozwiedzionych rodziców w jakiejś tam dzielnicy Sztokholmu… Dziwiło to ludzi z jakiegoś powodu. Tak sobie o tym przypomniałam, oglądając Nanę. Ha. Co to ma wspólnego z Naną? Otóż już dawno stwierdziłam, że taką normalną obyczajówkę też bym chciała napisać, jak już się porządnie wprawię i zmęczę tymi prawie normalnymi. Problem w tym, że pewnie działaby się gdzieś zupełnie poza tą tutaj rzeczywistością. Bo jestem dziwnie pewna, że cokolwiek się zdarzy, zawsze będę lepiej zorientowana w geografii, społeczeństwach i mentalności jakiegokolwiek miejsca w DeNaNi, Starym Świecie czy innej Aztodii niż każdego kraju tutaj, łącznie z własnym. O dziwo, to coś podobnego do wyjaśnienia dlaczego nie piszę fanfików.
    Bo w cudzych światach czuję się nie na miejscu.
    Mogę tam ino być turystką, utrwalającą sobie ładne widoki, żeby potem porównywać je z tym, co mam we własnych światach, bo co jak co, ale z tłami to sobie muszę kiedyś zacząć radzić. Tymi pisanymi.

    A w ogóle to Was kocham i tyle. O.

    * Wiecie, że to o Was, ne? :>
    ** O piszczeniu do nich już nie wspominając >:D

    goth2_3_28_2002.gif…Chyba, że oczywiście zasłaniają go chmury, które jeszcze sobie nie poszły. I te wystające z gruntu bloki. A jak jeszcze się ma okna od złej strony, to już w ogóle :P
    Właśnie wznoszę toast za każdego SZDa, który w pewnym momencie swego życia zakochał się w Tej Dobrej, po czym zginął od kuli/śmiertelnego promienia/wiązki naelektryzowanych kolców/inszego paskudztwa przeznaczonego dla niej.
    I za jednym zamachem za każdego SZDa, który przeżył i pod wpływem Tej Dobrej się nawrócił i stał się, za przeproszeniem, sympatyczny…

    – Mógłbym… zupełnie się zmienić, gdybym miał twoją miłość.
    - Nawet gdybyś rzeczywiście mógł, i tak byś nie chciał.
    - To fakt…

    Straszne, że to piszę, ale CAŁE SZCZĘŚCIE.

    A w ogóle to dlaczego, dlaczego, DLACZEGO po opowieściach, które nie są moje, szwenda się aż tyle postaci z potencjałem? I może jeszcze z jakimiś niejasnościami i niedopowiedzeniami, które aż chce się wyciągnąć na wierzch i dopowiedzieć po swojemu? I co, dziecko ściągnie, może nawet będzie wiedziało jak zaadaptować, a potem zacznie się frustrować. Że nie wie jak ta postać ma wyglądać i mieć na imię. Żeby się czymś różnić od oryginału.

    – Zdobyłem już jej przyjaźń… Swojego ducha odda mi dobrowolnie.
    *w tym momencie następuje przerwa na omdlenie bulgoczącego ze szczęścia shippera*

    Co do postaci z potencjałem, to jestem akurat w trakcie oglądania Honey & Clover, przez co mogę sobie pływać w postaciach, ot co. Co prawda zostało mi jeszcze 8 odcinków, więc może nie powinnam się spieszyć z opiniami… Nie, zaraz. Zostało mi TYLKO 8 odcinków. Pierwszej serii, nyo ale druga ledwo zaczęła wychodzić, soł… I tak zrobiłam sobie chwilę przerwy, gdy po kilku odcinkach od kiedy mój ulubiony postać poleciał do Ros Andzeres zacęłam sę… khem, zaczęłam się zastanawiać, czego u licha mi tam tak brakuje. Zabrało mi to tyle czasu, bo oczywiście ta banda wariatów z Fujiwara Design mniej więcej mi równoważyła…
    …Zaraz, stop.
    Znaczy, jak postawię na jednej szali pięcioro ludzi i psa, a na drugiej Moritę, to mi się „mniej więcej równoważą”? Skjeri…
    Zaraz po przeczytaniu tanukowej recenzji H&C rzuciło mi się w oczka przedstawianie myśli bohaterów. Nyo rzeczywiście – myśli Takemoto słyszymy regularnie, Mayamy też, zwłaszcza w drugiej połowie, Yamadzie i Hanamoto-senseiowi również się zdarza pomyśleć. A u Hagu i Mority – cisza. Jak już tych dwoje poznałam, przestałam się temu dziwić – nawet gdyby, to ich myśli zapewne byłyby nie do zrozumienia i potrzeba by było Takemoto do rozszyfrowania ich. Zajęłoby to otóż dwa razy więcej odcinka – jaki tu sens? XD A tak, tamci pozostali tak się uzewnętrzniają, że ja już nie mam co dodawać, ku uldze Zdesperowanych Czytelników. Co nie znaczy, że ich ignoruję. Takemoto jest kochany i chciałabym takiego, żeby przekładał na zrozumiały język moje skróty myślowe, których czasem sama nie potrafię pojąć. Mayamę mam ochotę na zmianę trzepać po głowie, pogłaskać i znowu trzepać, za to Yamadę lubię od kiedy tylko ją zobaczyłam. A Hanamoto-sensei ma u mnie plus za zatytułowanie Takemotowego dziełka, o :>
    A co do tych najbardziej artystycznych duszyczek… Hagu prędko zaczęła mnie przerażać i to niekoniecznie wyglądem, bo do niego się z czasem przyzwyczaiłam. Pasuje jej do osobowości. Małe toto, kruchutkie, dziecinne. O drobnych łapkach z wielką mocą twórczą. Powiedziałabym, że niepokoi mnie jej oderwanie, ale to będzie znaczyć, że albo jestem hipokrytką, albo ona jest SKRAJNIE oderwana. Ale nie, to nie znaczy, że krytykuję. Przecież otworzyła się w końcu przed tymi paroma osobami, może nie tyle wpuściła ich do swojego świata, co zajrzała do ich (i zaczęła mieć pragnienia typu włożenie sexy yukaty XD). A jednocześnie jej zazdroszczę tego specyficznego patrzenia na świat, które zauważył Takemoto… Nie, nawet nie samego patrzenia, tylko umiejętności zobrazowania tego, co w ten sposób zobaczyła (żyrafka, łiii! :D).
    Swoją drogą, robiłam kiedyś na kursie szybkiego czytania test na dominującą półkulę mózgową i wyszło mi, że są, khe khe, mniej więcej w równowadze. Prowadzący kurs popatrzył i rzekł: „O, to dobrze!” a ja się załamałam czytając wynik – odbieram sztukę jak trzeba, ale wyrazić jej nie mogę. Nie artystka, tylko właścielka galerii. Nie pisząca, tylko pracująca w wydawnictwie. Nie, ja wiem, że gdyby wierzyć testom, byłabym wierną kopią Irmy Lair z W.I.T.C.H., ale za każdym razem kiedy to sobie przypominam, przypływa ta świadomość, ile tam we mnie się kotłuje i jak niewielki procent z tego jestem w stanie poskładać w miarę spójnie, a jeszcze mniejszy wydobyć na zewnątrz. Ale newermajnd, odpłynęłam za daleko.
    Co do Hagu jeszcze, to chyba najlepiej ją rozumiałam (oprócz momentu kiedy robiła *poke poke* pozieleniałemu Mayamie – „nie żyje…”) widząc jak reaguje na Moritę. Nie mam na myśli tego, jak ją straszył śmiertelnie na początku, tylko później, ten dyskomfort w jego obecności i syndrom Śpiącej Królewny na odwrót. Jestem dziwnie pewna, że miałabym podobnie. I tu mogłoby być miejsce na kolejną dygresję, tym razem na temat dlaczego u licha, nie da rady być sobą przy tym kimś, do kogo się czuje miętę, ale to raczej nie dziś, bo mimo wszystko za mało się znam :P
    Skoro już o Moritę zahaczyłam – na co od początku miałam ochotę, na co nieustannie mam ochotę – do tego pana mogłabym piszczeć i piszczeć, acz na pewno nie jako obiektu westchnień, nic z tych rzeczy. Jakkolwiek gdy zaczynałam oglądać, miałam wrażenie, że będzie mnie głównie przyprawiał o fazy, tak bardzo szybko zaczął mnie zwyczajnie roztkliwiać. Też mam ochotę kiwać nad nim łebkiem ze zrozumieniem, choć może niekoniecznie z autopsji, a po prostu… Nyo, ze zrozumieniem. Dla jego spontaniczności, szalonych pomysłów i jeszcze czegoś, co mi umknęło i nie mogę złapać. Na swój sposób równie oderwany jak Hagu, tyle że mimo wszystko ma osobowość równie „na zewnątrz” jak ona „do środka”. I, i, i ta bezpośredniość, te komentarze na temat zakochanej Yamady i Mayamy-stalkera :D Człowiek zaraz ma ochotę zglompować i… Nie, może nie zglompować. Takich Moritów się niekoniecznie glompuje, do takich się raczej uśmiecha i uśmiecha, i…
    Hm, może rzecz w regularnym powtarzaniu roku? Ale nie, miało nie być z autopsji, a to akurat jest :P
    Jeszcze coś miałam… Aha, muzyka. Piosenki! Openingi OBA i pierwszy ending! I to takie, co mi się śpiewa co chwilę, to, to… to nucenie, nyo _^_ się wysłowić nie umiem _^_ zabija mnie, enyłej i o dziwną głupawkę przyprawia. A przy okazji stwierdzić muszę, że w tym serialu sporo by się takich głupawek nazbierało, jakby tak na części rozebrać, a jednak całość wywołuje u mnie nostalgię, o.
    A najbardziej ujęło mnie to poszukiwanie czterolistnej koniczynki. I ta więź między Hanamoto, Haradą i Riką-san coś mi przywodzi na myśl, jakąś inną, zapomnianą już opowieść może, ale sama nie wiem.

    Wzdech.
    Właśnie odkryłam, że Hagu jest przerażająco dobrym materiałem do analizy O__o

    A poza tym mam problem odnośnie opisów, a konkretnie jednego opisu. Jak u licha mam pisać o miejscu wyglądającym jak skrzyżowanie Rabanastre z Zanarkandem?! Nie da rady mierzyć się z doskonałością!
    Jednak postacie z potencjałem, kandydaci do ściągnięcia, to już wyzwanie bardziej na moją miarę.

    – Przydałyby się balony na wystawę. Możesz…?
    – *dmuch dmuch*
    *w tym momencie następuje kolejna przerwa, bo shipper się załamuje*

    Mroczna natura shippingu nie przestaje mnie zaskakiwać, ale szlag, dobrze mi z tym XD

    A po wypraniu bordowej bluzeczki jest taka fajna różowa woda, łiii!

    31.gif Koncentrując się jak najmocniej, wyrzuciła w górę obie ręce. Gdy wypowiedziała w myślach ostatnie słowa inkantacji, ledwo stworzony zagajnik rozjaśniły unoszące się w powietrzu światełka. Właściwie nie wiedziała czy przywołała robaczki świętojańskie, czy po prostu jej moc – mimo wszystko – odnosiła się również do światła, ale efekt bardzo jej się spodobał. Uczyniła nieznaczny gest ręką, a światełka uniosły się wyżej, pod niebo – wyglądało to jakby pokazały się gwiazdy, pierwszy raz odkąd tu przybyła. Machnęła drugą i rozpoczęły pełen wdzięku taniec.
    Wtedy stwierdziła, że brak jej sił i zatoczyła się. Na szczęście zanim zdążyła upaść, poczuła silne ramię swojego towarzysza. Uśmiechnęła się na myśl, że on zawsze wiernie przy niej czuwa.
    – Robisz się coraz silniejsza – posadził ją na trawie, po czym wyczarował kieliszek wypełniony czerwonym płynem i podał jej – Ale nie zaszkodzi, byś to wypiła, naprawdę wzmacnia.
    – A cóż to? Krew jednorożca? – zażartowała, przytykając kieliszek do ust. Napój był kwaśny, ale smaczniejszy od szampana, który zawsze dotąd piła na rozpoczęcie roku. Ewentualnie na przyjęciach, na które czasem zabierali ją rodzice… Nieważne. Wypiła łapczywie, chcąc w ten sposób odegnać nieproszone myśli. Miała tylko nadzieję, że jej głowa nie okaże się za słaba.
    – Co za miłe uczucie! – roześmiała się, dematerializując kieliszek i wyciągając się na trawie.
    – Świadomość władania magią? – zapytał mężczyzna swoim niskim, wibrującym głosem. Wbił w nią uważny wzrok jakby zamierzał ocenić jej odpowiedź zanim jeszcze padła.
    To zawsze było miłe uczucie – pokręciła głową i powiodła ręką wokół siebie – Mówię o tym wszystkim. Zawsze wyobrażałam sobie takie miejsca i marzyłam by istniały naprawdę. Bym mogła… Nie wiem, przyprowadzić tu kogoś bliskiego?
    Zerknęła na niego niepewna, czy spodoba mu się taka odpowiedź. Zmarszczył brwi i zamyślił się głęboko, ale się nie odezwał.
    – Uważam, że ta sceneria… Ta chwila jest bardzo romantyczna – podjęła więc i zachichotała, czując dziwną lekkość w głowie. Może to działanie wina, a może szczęścia? A jednocześnie… Coś ją nagle ścisnęło w gardle.
    – Twoje słowa są radosne, ale dusza jest jeszcze strapiona – zauważył jej towarzysz. Zawsze dostrzegał takie rzeczy; podejrzewała, że zdążył już poznać ją na wylot.
    – Może to marzenie jest nadal niekompletne – zachichotała ponownie – Może brakuje jeszcze, żebyś mnie pocałował?
    Tak, to zdecydowanie była sprawka wina. Przy trzeźwym umyśle nigdy by tego nie wymyśliła!
    Po jego obliczu przemknęło coś na kształt uśmiechu – takiego jak w chwilach, gdy uczył ją posługiwania się mocą ciemności.
    – Nie boisz się mnie? – zapytał, a jego oczy rozbłysły żółtą barwą. Zaraz jednak zgasły, tak samo uśmiech.
    – Też coś – żachnęła się i usiadła, chowając twarz w dłoniach. Na wypadek gdyby miała się zaczerwienić.
    – Cóż, i tak nie mam prawa cię tknąć – stwierdził po namyśle – Jesteś wszak przyszłą królową, a ja tylko twoim niegodnym sługą.
    – Nigdy nie zachowywałeś się jak niegodny sługa – prychnęła – Już raczej jak mentor.
    – Skoro jestem mentorem, a ty uczennicą – podchwycił – tym bardziej nie wypada.
    – Kto ustalił te zasady? – skrzywiła się; skoro już zaczęła, mogła dalej ciągnąć tę zabawę – Jako przyszła królowa mogę ci rozkazać, żebyś mnie pocałował!
    – Czy jesteś gotowa stosować przymus wobec serc? – odparował – Serc tych, którymi będziesz władać?
    Zdumiało ją to pytanie; czy tak właśnie miałaby postępować prawdziwa władczyni? Zmuszać poddanych, by ją kochali? By byli szczęśliwi pod jej rządami?!
    – Ja… Chyba… – zaczęła niepewnie, ale jedno spojrzenie na mężczyznę wystarczyło, by odzyskała rezon i ściągnęła brwi – A jeśli tak? – zapytała wyzywająco.
    Nie pomyliła się – to, co wyrażało jego oblicze, mogła śmiało nazwać dumą. I satysfakcją. Zawsze w takich chwilach czuła się jakby wygrała na loterii, choć do kogo tak naprawdę wędrowała nagroda?
    – Myślę, że koniec lekcji na dziś – zdecydował, podnosząc się z trawy – Powinnaś się przespać, bo jutro weźmiemy się za silniejsze czary. Pokazałaś dziś, że jesteś na nie gotowa.
    – Wspaniale! – ucieszyła się i natychmiast zakręciło jej się w głowie. Pozwoliła by pomógł jej wstać.
    – Ale czy to wszystko do jutra nie zniknie? – zatroskała się jeszcze, kiedy odchodzili.
    – To już dla ciebie żaden problem, księżniczko – przypomniał, podając jej opiekuńczo ramię – Zawsze będziesz mogła stworzyć nowe.
    Opuścili zagajnik i ruszyli przez dzikie, mroczne pustkowie.

    gol5_.gifW poniedziałek taka dziwna pogoda była, niezdecydowana taka. To duchota, to wiatr, to chmury, to słońce. Poszłam wieczorem na spacer i w połowie drogi zatrzymałam się, by popatrzeć sobie na chmurki. Były sinofioletowe i od samego patrzenia na nie robiło się chłodno.
    - Jakie wy jesteście śliczne i jak miło się na was patrzy! – pisnęłam w myślach i poszłam dalej.
    Po chwili zaczęło kropić.
    Po chwili kolejnej przestało. Zatrzymałam się jeszcze raz.
    - O, to było fajne, ale szkoda, że nie mogłyście tak jeszcze troszkę – pomyślałam i ruszyłam w dalszą drogę. I nagle odkryłam, że im dalej idę, tym większe krople z nieba lecą. Jeszcze trochę połaziłam i skierowałam się z powrotem do domciu… I im bardziej się do niego zbliżałam, tym więcej tych kropel było.
    Doszłam cała przemoczona i szczęśliwa, a pogoda okołodeszczowa trzyma się do dzisiaj. Mało tego – w tej chwili chłód taki jak jesienią! Opadnięte liście wydają się śmiać z przechodniów.
    Coś takiego…
    Nie sądziłam, że moc przywoływania (i do pewnego stopnia odwoływania) deszczu nadal jest we mnie. Myślałam, że odeszła lata temu, ale najwyraźniej tylko się schowała.
    I bardzo dobrze, bardzo dobrze…

    - Gdybyś nie patrzył na mnie oczami Hassili, wypowiedziałabym ci miejsce wśród nas, byś już więcej nie mógł rozbijać naszej rodziny.
    - Ta rodzina już dawno była rozbita, cioteczko.

    Chyba odkryłam w czym rzecz, skąd to poczucie hermetyczności. Kiedyś, te prawie trzy lata temu (łomatko), było nas kilka, które kształtowały pewną rzeczywistość, czy raczej pewne rzeczywistości, które w pewnym punkcie się stykały. Było to do jakiegoś stopnia wspólne, było obgadywane równo, a potem niestety co chwilę któraś przestawała pisać, wycofywała się, burzyła swoją rzeczywistość czy też budowała ją na nowo wokół siebie. Zostałyśmy w końcu we dwie w jednej rzeczywistości i… I nie wiem, czy ona zmalała, czy nie potrzebuje już nikogo i niczego więcej? Żadnej wielkiej opowieści, w której nie będzie co chwilę przerywania i kręcenia się w kółko? Sama nie wiem, w którym momencie straciłam rozeznanie i ile razy próbowałam je odzyskać. Nie powiem, że nie podoba mi się to, co się tam dzieje tak ogólnie, ale… Ale może ja po prostu jestem spragniona poklasku i potrzebne mi więcej niż dwie osoby, które jeszcze nie odpadły i nadążają? Sama nie wiem.

    I’d rather live in his world
    Than live without him in mine…

    Czy najlepszym wyjściem jest kompletne odcięcie się od wszystkiego, co było dotychczas i zaczęcie zupełnie od początku, zupełnie inaczej? Tak jak – jeśli moje spekulacje są słuszne – zrobiła pewna bursztynowooka osóbka w noc sylwestrową? Z nową rzeczywistością dokoła?
    A przede wszystkim – czy jestem w stanie coś takiego zrobić? Coraz lepiej widzę ten nowy początek, tę alternatywną opowieść, ale czy potrafię to wszystko zostawić? Czy kiedy wrócę – bo na 95% kiedyś bym wróciła – ktoś tam by wiedział, że istniałam?
    Chce mi się beczeć i cieszyć zarazem.

    - A więc to prawda… Ogień rzeczywiście może przynosić ciepło i ukojenie. Nie tylko zniszczenie.
    - Oczywiście, inaczej spalałabym się za każdym razem, gdy na ciebie patrzę.

    Czy ci, którzy chwalą te moje ponoć świetne dialogi wzięliby pod uwagę to coś powyżej? Nie, nie oglądałam znowu Ataku Klonów. Ani nie czytałam, co byłoby jeszcze bardziej traumatycznym przeżyciem.
    Za to wypożyczyłam sobie znowu jakąś książkę o tematyce gwiezdno-wojennej i teraz się zastanawiam, co mnie podkusiło.
    Przerobiłam też na nowo Howla, któryś tam raz z kolei. Teraz marzy mi się nabycie Zamku w Chmurach. Może jutro…?

    Calpurnia.gifTak sobie jakoś płynę przez egzystencję swą. Z jednej strony zalatana, zdenerwowana rozmaitymi przeciągającymi się koledżowymi sprawami, ale z drugiej strony… Mogąc ciągle wyłączyć się na chwilę i odpłynąć, nadal z niezachwianą pewnością, że życie potrafi być piękne.
    Na zmianę nakręcona, sfazowana, zadumana, chwytana za serce, zawieszana w napięciu – kolejność przypadkowa. Zadziwiana i zaskakiwana w momentach, kiedy już zaczynam myśleć, że nic więcej nie jest w stanie mnie zaskoczyć…
    Jakbym w ogóle miała jakieś prawo tak myśleć. Może za następne cztery albumy to ponowanie rozważę.

    Co to ja kiedyś napisałam? Że jeśli mam do wyboru fangirlowe bredzenie okołomuzyczne albo nawiedzone bredzenie okołopisarskie, zdecydowanie lepiej dla mnie i otoczenia będzie wybrać to drugie? Och, nadal tak myślę, żeby nie było! Ale co zrobić, kiedy się nie da rady nastroić na pisanie? Znaczy… Jest trochę takich rzeczy, które powinnam pisać i nawet takich, które chciałabym pisać, ale trudno mi się na nich skoncentrować na wystarczająco długo.
    Chooociaż po czytaniu do drugiej w nocy tego zatrzęsienia horoskopów i analizowaniu osobowości co poniektórych osobliwości, zaczyna mnie opanowywać taki dziwny nastrój…
    A tak w ogóle to horoskopy są zue. Zue, zue i jeszcze raz zue. Nie można ich za to nie kochać, ne?

    Przeszły dwie burze, czai się trzecia, wiatr hula, a chrabąszcze latają jak wariaty. Ponieważ wreszcie jest czym oddychać, wyszłam na wytęskniony spacer i skierowałam swe kroki do kaseciarni, ze szlachetnym zamiarem wypożyczenia Dumy i Uprzedzenia. Wróciłam z Harrym Potterem i Czarą Ognia… Grejt. Czytałam ostatnio, odświeżyłam sobie pamięć, pora schować lęk do szuflady i zobaczyć, jak mocno to draństwo poobcinali.
    A skoro już przy filmach jestem, Wyznania Gejszy ogląda się prawie tak fajnie jak się ich słucha. Rozszyfrowywanie tego boskiego akcentu ZAWSZE jest dla mnie ekscytującym doświadczeniem XD
    I zawsze będę pamiętać, żeby przy nalewaniu herbaty z wdziękiem uchylać rękawa, odsłaniając nadgarstek :>

    - Bo my jesteśmy dziećmi Koszmaru i Opowieści.
    - A które z nich jest waszą matką?

    Jutro moje urodziny.
    Doprawdy, wyczekuję ich jakby miały mi przynieść coś niezwykłego…

    goth11.gifChyba jednak najważniejszym powodem, dla którego nie chodzę na imprezy, jest przebywanie z dala od mojej ulubionej muzyki, w otoczeniu jakiejś obcej, w dziwnych klimatach, składającej się głównie z irytującego rytmu.
    Jakim cudem ja w ogóle wytrzymałam swój półmetek i studniówkę?!
    Ale tak ogólnie było miło. A brat Justyny w stanie nietrzeźwym tańczy mniej więcej tak jak ja w stanie trzeźwym, miałam zatem ciekawe doświadczenie, o. I mam zielone spodnie teraz. Miejscami.

    You never cared for anyone – anyone
    You never cared for anyone – at all
    Any love that youve ever given me,
    You only gave me for your ego…

    Swoją drogą, nadal się zastanawiam nad tą muzyką. Dlaczego w jednych przypadkach wiem dokładnie, która piosenka jest z jakiego albumu, a w innych słucham jak leci i nawet nie wiem, jak te albumy się nazywają? Albo dlaczego uparcie mienię się czyjąś fanką, podczas gdy połowy piosenek tego kogoś nie znam, a słuchając połowy drugiej połowy, zastanawiam się obłędnie, gdzie też ja jestem i jakim cudem mnie tu zawiało? I wreszcie dlaczego jedne odkrycia muzyczne owocują gwałtownymi zrywami, szaleństwem, hajem i wreszcie przedawkowaniem, a przy innych jest po prostu uszczęśliwiające przywiązanie, porywające, ale i kojące zarazem? Właściwie wychodzi na to, że ze wszystkich moich tak szumnie i dumnie zwanych idoli tylko Kokia-sama nigdy nie miała na mnie zgubnego wpływu.
    Nie jestem pewna, do czego powinnam zmierzać w tym wywodzie i co powinno z niego wynikać, ale jak mogę być czegokolwiek pewna, rockandrollując się nagminnie? Z wyjątkiem tego, że nie chcę nigdy przedawkować?

    If you let me, I’ll untie your sensuality,
    I’ll open up your heart and satisfy my greed!

    Drogi podmiocie liryczny, bez obrazy, ale chrzanisz. Co za „if you let me”?! Czy jakikolwiek porządny „flesh-fanatic psychopath” czekałby grzecznie aż mu obiekt pozwoli?! A wstyd, a wstyd.

    - To brzmi jak kiepskie naśladownictwo Kiplinga. Czytałaś go ostatnio?
    - Owszem
    .

    Na szczęście nie ma szans, by ktoś kiedyś powiedział mi „to brzmi jak kiepskie naśladownictwo Gaimana”… Choćby dlatego, że jego się nie da naśladować. Hmm. A właściwie dlaczego akurat Gaimana, a nie Tomaszewskiej? Bo jej się tym bardziej nie da?

    - Prakseda? Nazwij ją Proxima! Proxima Centauri!

    Cyganki za mną biegają masowo. Nyo, może nie aż tak masowo, bo do tej pory ledwo dwie, ale jednak. Co ja w sobie mam, że przyciąga je jak magnes? Zgodnie twierdzą, że nie chcą wróżyć, tylko o coś zapytać, na co ja mam do wyboru zatrzymać się i usłyszeć albo wyszczerzyć się radośnie i twardo iść dalej… A ciekawa jestem, jasny gwint XD Tylko na wszelki wypadek wolę być kompletnie spłukana zanim zdecyduję się dowiedzieć.


    • RSS