star-miya blog

    Twój nowy blog

    collie2.gifPamiętam jak w którejś Wróżce był artykuł o różnicach między intro- i ekstrawertykami, i tam przeczytałam, że związek dwojga introwertyków byłby kompletnie zamknięty na resztę świata, bo oboje nie potrzebowaliby nikogo poza sobą nawzajem. Przeczytałam i pomyślałam: a co jeśli właśnie zmęczylibyśmy się sobą nawzajem, przebywając ciągle tylko we dwoje? Co gdyby w końcu jedno powiedziało „mam cię dość”, spakowało walizki i odeszło, a drugie zostałoby całkiem samo? Albo wreszcie czy naprawdę można tak zatonąć w drugiej osobie, nie widzieć – nie potrzebować – świata poza nią i nie chcieć niczego więcej, nawet na chwilę wystawić nos poza ten kokon, który się zbudowało?

    …Nie ma to jak teoretyzowanie bez większego celu i sensu, n’est-ce pas?

    gol5_.gif…Dlaczego nagle mi się przypomniało, że obiecałam sobie po powrocie z sylwka pograć w LB2? To znaczy, wiem dlaczego, ale że dopiero teraz? Cóż, ważne, że w ogóle – Heroes of M&M 3 jeszcze mi nie zjadło mózgu i nie opanowało duszy do cna. Najwyraźniej. Zaraz pójdę obejrzeć Saiunkoku i popatrzeć na Bizona Absolutnego, tak dla nastrojenia. Tak, nie ma jak pooglądać sobie bizony przed pisaniem na światy. Nie wiem czy chcę wiedzieć, czym to zaowocuje. I tak trochę mi tam już tego lata.

    Przy okazji – przypełzła do mnie nagle po cichu refleksyja dziwna. Nyo bo… Patrzę i widzę jak się różne osoby przejmują postaciami i wątkami z różnych profesjonalnych opowieści. Przeżywają burze uczuć, snują teorie, toczą zażarte dyskusje. A jak mi się w mojej małej biednej głowie ma zmieścić, że ktoś się może tak przejmować odnośnie moich opowieści? To, że w życiu bym nie wpadła na to, by się postawić przy Yazawie czy innym Gaimanie, to jedno. A drugie… Czy ja się mam czuć dumna, czy ja się mam czuć winna (Chcesz, żeby wrócił, czy nie chcesz, żeby wrócił? – spytał Kaoru w H&C. Ty słyszałeś, co ci powiedziałem, czy nie słyszałeś, co ci powiedziałem? – spytał Numernabis w filmowym Asterixie. Tak, oczywiście, że mam jazdy, skąd wiedzieliście?), kiedy słyszę, że coś kogoś dręczy i nie puszcza? Tak, wiem, taka kolej rzeczy, że obok fanserwisów muszą być schizy, że musi być równowaga we wszechświecie… Ale bądź co bądź, przejęcie pojawia się w tej rzeczywistości, podczas gdy jego obiekt pozostaje w tamtej

    O, jaaak mi przykro, że zaraz jeszcze nawiążę do notki poprzedniej, ale zaraz potem zamilknę. Zadawałam sobie tamto pytanie również na odwrót, bo przypomniałam sobie jak Vivi Nefertari mistrzowsko odgrywała czarny charakter, a potem, kiedy parę prawd się wydało, wylazł z niej taki Vaneshkoid. Nie wiem dlaczego nie umiem sobie przyswoić takiego skakania w skrajności dla pokazania natury postaci. Oczywiście, że można mieć wiele różnych twarzy, w końcu sama mam, choć i tak nikt w to nie wierzy. Ale też w efekcie owego nieprzekonania zdarzają mi się postacie balansujące na linii granicznej – nie pokazują na co je w pełni stać, przez co tak naprawdę niczego o nich nie wiadomo. A to, co wiadomo nie przekonuje na tyle, że da się im przyczepić łatkę sympatycznych…
    I wtedy mówi się tylko: tak, jest niebezpieczny – łamie serca na prawo i lewo, i uśmiecha się zwycięsko.
    Albo: tak, jest niebezpieczna – dawno dawno temu wybiła większość rzadkiej rasy, a do tego uśmiecha się uroczo przez większość czasu.
    Tudzież: tak, jest niebezpieczny, skoro nawet wojskowi z Zielonego Gaju podchodzą do niego z takim nabożnym lękiem, sami nie wiedząc dlaczego.
    Albo wreszcie: tak, są niebezpieczni, w końcu jak ktoś się ubiera w takie krzykliwe, odblaskowe ciuchy, to nie można się go nie bać, desu ne?
    A sens razem z prawdziwym niebezpieczeństwem bierze i idzie w buraki, o.

    A to dziwne, owa notka miała być o czymś zupełnie innym, a tu nagle znienacka mi się na okołotwórczościowe tematy zebrało zamiast na fangirlowe. Ale prędzej czy później i tak by toto na wierzch wypełzło, nie ma się co łudzić…

    A teraz obejrzmy Saiunkoku i pomódlmy się o siłę potrzebną do jutrzejszej wyprawy do bibci. Prrrecz z OTH.
    (Tak właśnie, nie doceniam uroków bycia kobietą, a potem się dziwię, że chcą mi jajniki oglądać, wstydziłabym się, nyo!)

    Buhaha?

    2 komentarzy

    33.gifO, albo tak: jest sobie pani, przez jakieś 10 pierwszych tomów serii (na 12) sojuszniczka głównych bohaterów. OK, bogata i rozpieszczona, ale ciepła, uprzejma, troskliwa. I jeszcze niekiedy przywracaczka nadziei wręcz. I dama. A w tomie 11 następuje Wielkie Zdemaskowanie i pani okazuje się prawą ręką Głównego Złego – zimną suką, która pogardliwie wyśmiewa ludzi, dla których przez 10 poprzednich tomów była jak wyżej, a do tego w oczach błyszczy jej fanatyzm i żądza posiadania Sssssssssskarbu. Ja się pytam, bo mnie gnębi: czy to jest wiarygodne? Czy można umieć do tego stopnia grać?! Być na zewnątrz aż tak smpatycznym, a w środku – i ostatecznie – tak zepsutym?
    Brrr.

    …Tak, musiałam. Przypomniało mi się impulsywnie.

    A tak poza tym to marzę o zeszycie z czystymi kartkami, ale Legnica nie jest jednak zasobna w takie. A Inai kazała mi się przeprowadzić do Warszawy i śpiewać u niej w chórze… Pojedyncze śpiewanie na rozklejeniu potrafi czasem zakończyć się zbiorowym śpiewaniem szant na całe gardło.
    O, a Avellana kazała się nauczyć Rise. Tyż piknie.

    Dużo szczęścia w nowym roku, pysiulki, coby Was celofyzy nie zjadły prosto spod stropu stodoły.

    black_goth.gifAbstrahując od wszystkich j-rockowych i j-dichowych wizji, jakie obecnie mam, wczoraj oczami wyobraźni zobaczyłam Ketrisa ze świecą w każdej ręce i pokojówko-Vaneshkę.
    For the power to revolutionize the worlds



    bubble.gif


    Święta, proszę Państwa, idą. Kiedy to sobie uświadamiam, jestem w ciężkim szoku.
    Nie ma jak na wpół zbudzona bogini wiosny pałętająca się po świecie z błędnym wzrokiem, desu ne?

    got27.gifJeśli już mi się zdarzy powiedzieć komuś, że mi na nim zależy, to albo robię to przelotem, mimochodem i w żartach, albo z rzuceniem się na szyję, wylewnym tonem/masą emotikonek… Niepoważnie. Może lepiej nic nie mówić niż mówić niepoważnie? Albo poprzestać na regularnych miłych zaskoczeniach, kiedy piszę pierwszy w życiu list do danej osoby i ta osoba zaraz się nad nim rozczula?

    Chyba za dużo mi się narobiło osób i rzeczy, za którymi tęsknię, jejku jej.

    Drogie dzieci, nie mieszajcie nigdy Panica z Piękną i Bestią. Bo kiedy to pierwsze dziwnym trafem zaczyna kojarzyć się z ENDem, a to drugie od dawna… hm, długa historia, to nastroje zaczynają szaleć jak szalone, a nawet bardziej!

    Tak, moje marzenie o zapadającym w pamięć czarnym charakterze własnego chowu wywindowało mi do czołówki marzeń życiowych i w tym momencie jest chyba bardziej odległe – o ile w ogóle realne – niż skończenie przynajmniej jednej opowieści. Odpowiadam, bo mnie pewien Vannyś pytał, czego ja od takiej postaci oczekuję. Otóż oczekuję, żeby budziła dreszcze, żeby nie odpłynęła mi w karykaturę i parodię, i żebym jej nigdy osobiście nie spotkała. Klasa i osobowość mile widziana, ale wtedy istnieje niebezpieczeństwo, że się do delikwenta przywiążę na tyle, że zacznę mu zaglądać co najmniej do głowy, jeśli nie do serca, a wtedy prędzej czy później znajdę coś, przez co będę chciała go po główce pogłaskać. Brrr.
    OK, przychodzi mi do głowy jeden osobnik, któremu się jakimś cudem udało wybronić, ale to pewnie dlatego, że za mało o nim pisałam, a i analizowałam nawet dość ostrożnie. Uff.
    Mhm, tak. Tak, zastanawianie się, jak u licha ktoś taki jak Miranda trafił do czegoś takiego jak END, prowadzi właśnie do takich przerażających wniosków.

    Ech, pora się zabrać za rysowanie czegoś, co nie zawiera zakochanej pary. Choć tak ze dwie czekają… Nie, trzy. Na dokończenie, nyo.

    Sunrize

    14 komentarzy

    35.gifBzium.
    Tak, wiem, to niezwykle inteligentne rozpoczęcie.
    Doszłam do budującego wniosku, że sensowniej dla mnie jest oglądać teledyski z FFów niż grać w FFy. Oprócz ósemki, w którą prędzej czy później, ale zagram. Może dlatego, że tak jest za mało filmików, by z nich poznać fabułę? A wiadomo, że mi w grach chodzi głównie o fabułę, więc jeśli wystarczą same filmiki, by ją zrozumieć, równie dobrze mogę tylko je oglądać, zamiast się frustrować, że przerywają je jakieś tam walki, ne?
    Tyle że wtedy największym niebezpieczeństwem jest właśnie zrozumienie, o co chodzi.
    Obejrzałam sobie otóż wszystkie po kolei filmiki z FFXII, które razem trwają ponad 5 godzin. I nic a nic się nie wczułam. Może mój problem polegał na tym, że jestem wybitnie apolityczna, a polityki w tym draństwie było sporo, naprawdę sporo. Może miało swój udział oglądanie po japońsku, zaglądając do tłumaczenia tylko w wyjątkowych przypadkach – ale też od początku miałam wrażenie, że gdybym wszyściutko rozumiała, i tak by mi to nie pomogło. Fabuła polegała głównie na uganianiu się za kolejnymi grudkami tego czegoś, na punkcie czego wszyscy wkoło mieli obsesję i co mogłoby zniszczyć świat, gdyby zebrać tego odpowiednio dużo. A także na pragnieniu uwolnienia małego niewinnego państewka spod jarzma dużego złego imperium, o. Zresztą jego się z drugim wiąże.
    Mam wrażenie, że na miejscu Ashe poważnie bym się zastanowiła, dlaczego Occuria proponują mi pomoc, po czym uznałabym, że po prostu wykorzystują mnie do własnych celów, które niekoniecznie są dobre dla ludzi, i kazałabym im spadać. Ale to tak na marginesie.
    A może problem tkwi w postaciach? Gadały i łaziły, łaziły i gadały, a ja nie mogłam wyczuć jakimi są osobami. Nie, nie mówię o wszystkich – sporo z nich ma potencjał, choć mógłby być lepiej wykorzystany. Balflear ujął mnie swoim kompleksem (hyhyhy) głównego bohatera (i głosem, a co ciekawsze, po angielsku też), a Fran opanowaniem i jakąś taką mądrością (i głosem, dzięki czemu chyba wiem, jaką seiyû mogłabym zaangażować do T’Surith), choć jej cackanie się z Mgłami i mały berserk z tego powodu troszkę tym zachwiał… Aaale nie przeszkodził. Basch jest fajny, ale trochę za szybko wiadomo, o co chodzi, by mógł mnie porządnie zaintrygować. Dla odmiany Gabranth… Chciałabym wiedzieć więcej. Bardzo bym chciała i to niekoniecznie dlatego, że konflikty braterskie frapują mój umysł ostatnio. W ogóle Sędziowie jakoś mi zapadli w pamięć – może to przez te STRASZNE zbroje – i pewnie byłoby mi żal Drace, gdybym już wcześniej nie zdążyła wyłączyć emocji, zakładając, że czekanie aż się przydadzą, to strata czasu. Z Vayne’a mogłoby coś być, gdyby nie był jednym ze wspomnianych osobników z obsesją i gdyby nie końcowe transformacje, przy których brakowało mi tylko zawołania „Na potęgę Posępnego Czerepu”… Natomiast jego braciszek mnie przeraża. Ja wiem, to jest nawet bardziej irracjonalne niż me lęki odnośnie Luna Sea, ale jak taki dzieciak nawija o obiekcie obsesji więcej niż cała reszta postaci naraz, to musi być przerażające. I ma pyszczek zblazowanego i nad wiek rozwiniętego osobnika, który gotów jest z naukową dokładnością powyrywać owadowi nóżki żeby sprawdzić jak sobie potem poradzi. Tak, wiem, że chłopaczek jest miły i ujmujący, i pragnie dobra ogółu, ale zostało mi spaczenie po trailerze i słuchaniu go po angielsku, i już sobie raczej nie pójdzie. Ashe jest księżniczką w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu i to właśnie ją prędzej jestem skłonna nazwać główną bohaterką niż to rozmemłane chłopczysko, którego jedyną cechą jest to, że mu brat umarł. Poważnie. Ja nie wiem, po co ten Vaan tam jest. Już prędzej wiem, po co jest Penelo, która mianowicie dobrze pełni rolę Przyjaciółki z Dzieciństwa™ – ale też jest piekielnie normalna, ZBYT normalna na tę przygodę. Choć z drugiej strony, lubi się z Larsą, co samo w sobie jest skjeri, ale jak mówiłam, to moje prywatne skrzywienie.
    Nad czym mogłabym piać z zachwytu – nad grafiką. Jest pi-ję-kna. Jest baś-nio-wa. Co prawda dwunastka zawsze już będzie zakłócała moje myśli o tych grach, które to myśli zwykle są w kolorach granatu, fioletu i zachodzącego słońca, czasem z domieszką zieleni… Natomiast o dwunastce myślę na biało-złoto, właśnie z powodu tej grafiki. Design ciuchów pozostawił u mnie traumę na całe życie, ale te lokacje! Te powietrzne pojedynki! Rozumiecie, drodzy Zdesperowani Czytelnicy, dlaczego wolę trzymać się teledysków? Bo jest w nich to wszystko, czego potrzebuję i nie muszę wiedzieć, o co chodzi w fabule, żeby czuć się zainspirowana. Zdecydowanie lepiej, jeśli nie wiem. Może dlatego w innych FFach – nawet do pewnego stopnia w siódemce – czułam jakąś baśniowość, a w dwunastce, po obejrzeniu całości, gdzieś by mi się ulotniła, gdyby nie teledyski i próby odcięcia się od tej piekielnej fabuły. Brrr.
    Och, jak zniechęcam. Airel, chûsa, dalej chcecie w to grać, czy odstraszyłam? Jeśli tak*, to wybaczcie.
    Nie, nie uleciała mi inspiracja. I wiem z całą pewnością, że jeśli mi się zdarzy wrócić do Aztodii – a zdarzy się, bo ją sobie ukochałam równie mocno jak DeNaNi i Stary Świat – chętnie napisałabym opowieść dziejącą się kilkadziesiąt lat przed Koroną. I ta opowieść bez wątpienia zawierałaby księżniczkę podbitego państwa. I pirata z klasą. I chłopaka pragnącego takim piratem zostać – może nawet z Przyjaciółką z Dzieciństwa™. I, bonusowo, jednego czarnoksiężnika. A potem skręciłaby ostro w taką stronę, by moja niezaspokojona potrzeba realizacji potenciału została spełniona. Prych.

    Miało być więcej, miało być sensowniej, aaale skleroza wygrała.

    *Same sobie zinterpretujcie, do której opcji można owo „tak odnieść :P

    27.gifPowiedzmy.. Jest sobie zespół. Kilku młodych, charyzmatycznych, przyjemnych do popatrzenia, a może nawet niekiedy i do posłuchania. Pragnących coś światu przekazać, a może coś wykrzyczeć, wyrazić siebie, może zrobić coś znaczącego. Może ich piosenki dają do myślenia. I co? Jak się z tym zgadza stadko rozpiszczanych fangirli? Co one widzą, ładne buzie? Czy słyszą ładne głosy i ważne słowa, czy zagłuszają je swoim piskiem? O co im w ogóle chodzi i jak bardzo się to kłóci z ideą zespołu? Czy zespół w ogóle ma jakąś swoją ideę, czy tylko pozuje? A może, tak jak Yaten Kô, wyrzucają listy miłosne od wielbicielek, stwierdzając cynicznie, że nie o ich względy im chodzi, że one są bezmyślne i nie rozumieją ich sztuki?

    Hmm, a czy odpłynięcie w takie wywody oznacza, że powinnam czuć się zagrożona, bo mój własny wewnętrzny fangirl zaczyna się domagać nowej strawy? Czy może wprost przeciwnie – powinnam to przyjąć bez zaskoczenia?
    Swoją drogą, chętnie bym sobie posłuchała ThreeLights śpiewających coś innego niż tylko te dwie piosenki, które pojawiły się w anime.

    Jak tak patrzę na swe notki pisane we wspomnianym wczoraj transie twórczym, zastanawiam się czy są dowodem na to, że zmądrzałam, czy raczej zgłupiałam? A może próbuję sobie po prostu udowodnić, że stać mnie na Głębię, Filozofię i Artyzm? Dziś ze mną jeszcze dziwniej niż wczoraj, bo dziś jestem po Pani Wyroczni i już zdążyłam się przekonać, że książki pani Atwood zostawiają we mnie dziwny zamęt i dziwne ambicje, ich bohaterki o popapranym dzieciństwie, rodzinie, życiu zawodowym i uczuciowym też. A, i zainteresowaniach też. Może ja sobie wrócę do czytania pana Carrolla, jego twórczość sama w sobie jest zamętem, a zostawia najwyżej zawrót głowy i poczucie przedobrzenia. Zwłaszcza jak się przeczyta za dużo książek z rzędu.

    Dzisiaj. Jest. Dziwniej. Co nie znaczy, że gorzej.

    Analizuję sobie moje opowieściowe „group-shoty” (nie mylić z shotą!) i liczę, ile z nich zawiera po 13 osób. Tak jakoś mam tendencje do tej liczby, sama nie wiem dlaczego. Z przekory? Ale ta, o której zaczęłam myśleć wczoraj, nie ma prawa być aż tak liczna… Choć może powinna. Może liczniejsza. Może rozszczepiona jaźń nie powinna mieć tylko siedmiu części, być tak mało złożona. Ale cóż, liczba ma tu pewne symboliczne znaczenie, więc jest pechową siódemką i trudno!
    Potrzebne mi siedmioliterowe imię męskie, które NIE brzmi Zygfryd, do jasnej anielki, skoro delikwentów ma być siódemka. Każde z nich ma jakąś jedną cechę charakterystyczną, jakiś konkretny odłamek duszy pierwowzoru, który NIE nazywał się Zygfryd, jak już wspomniałam. Za to był magiem, dźwiękmistrzem i człowiekiem o wielu tajemnicach. Siódemka natomiast jest niekompletna (w różnych tego słowa znaczeniach) i zdeterminowana. Ponieważ są różnymi aspektami tej samej osoby, czują się mocno od siebie zależni i to ich denerwuje. Trójka z nich głównie walczy, trójka knuje, a siódme pozostaje na razie enigmą. Siódemka kategorycznie musi dostać własne twarze i własne zalążki osobowości, bo zalążek fabuły już ma…
    Moje wewnętrzne lęki najbardziej właśnie wołają do mnie o te twarze. O nierozpoznawalność. O swojowłasność. Ale nie zamierzam im na razie ulegać, bo po pierwsze do martwienia się mam póki co summonera, a po drugie natchnienie mi zagląda przez ramię, uśmiechając się szeroko. Albo mu się podoba, albo mnie potem wyśmieje przed innymi natchnieniami, nie wiem. Ale nie mogę się nie oduśmiechnąć, to zaraźliwe…

    got54.gifCzuję, że jestem stracona dla świata, choć mam nadzieję, że nie dla światów… Po tym jak natchnienie atakowało mnie wiosenną pogodą i zachęcało do spacerów wzdłuż rury i po działkach (z dochodzącym z nich zapachem dymu, odurzającym jak należy), odpływałam w przeszłość, ale tym razem na tyle produktywnie, że nawet zaczęłam nie tylko opracowywać tło do opowieści, a nawet je nieśmiało w tej opowieści umieszczać – panuj, Chaosie jeszcze bardziej, panuj. Po tym zaś jak wspomniane natchnienie doprawiło wczoraj trzepnięciem wodną gitarą, nagle wyskoczyłam w przyszłość i to w przyszłość wykraczającą poza tę właśnie opowieść. I ta przyszłość mi się diabelnie podoba, niespodziewanie podoba! Siedziałam do tej pory i myślałam: co zrobić po t a k i m zakończeniu od jakiego się nie mogę opędzić – drugie FFX-2? A nawet jeśli, to co z fabułą, gdzie fabuła? Gdzie przynajmniej jakiś pozór fabuły? A dzisiaj na spacerze zaczęłam widzieć tę fabułę coraz wyraźniej i coraz oczywiściej. I co ja mam z tym zrobić, do jasssnej anielki?! Winnam przynajmniej ponotować, żeby nie uciekło… Nie, żebym nie zapomniała nawet jeśli ucieknie. Bo będzie miało sporo czasu żeby uciec. Przecież nie zostawię właściwej opowieści rozbabranej i niedokończonej, żeby zająć się ni z gruchy, ni z pietruchy, jej sequelem, ne?

    Uff.
    Pisanie z założenia normalnych notek w transie tfurczym takie oto daje wyniki. Deal with it.

    but we deal, we deal

    Czasami mam ochotę przeprowadzić eksperyment, założyć sobie bloga – najlepiej na Mylogu, bo tam tego pełno – i wrzucić na niego coś dłuższego specjalnie po to, żeby móc dać do oceny. I żeby mieć chwile stresu, na ową ocenę czekając. I przyjmować gupie bezosobowe komenty. Dziwnam.

    A dziwniejsze, że po tych wszystkich poschizowanych snach, przez które chodziłam struta i padnięta, takie jedno trzepnięcie dało mi takiego kopa… trzepa… masło maślane, wiem, ale jak inaczej to napisać… że mnie nosi w każdym razie. O.

    Sit back, sit back, relax, relapse

    A kysz, siło nieczysta, a kysz!
    …Nie, natchnienie, to nie do ciebie było. Ty sobie spokojnie usiądź na kanapce, wypij herbatkę z dzikiej róży, a tę gitarę to ja ci może potrzymam…

    Ike! Ike!

    15 komentarzy

    Calpurnia.gifZ jednej strony prych, bo problemy z trafieniem do tej właściwej szkoły, albowiem nie rzucała się w oczy tak, jak ta niewłaściwa, a też zatłoczona – acz nieprzyjazna. Bo niepewność czy przypadkiem nie zrobię się głodna i nie zechcę kupić czegoś do jedzenia, w związku z czym nie zdecydowałam się radośnie przepuścić kasy na wymarzoną Ami-chan SD, w wersji breloczkowej. Bo dezorganizacja i zagubienie, przez co nie wiedzieliśmy, gdzie co się ogląda/odbywa/coś tam robi. Bo Cloasek się pochorował i znowu się nie spotkałyśmy. Bo Vannysia nie było i nie mógł obronić swych rysunków przed kamerą (kamerą? KAMERĄ?!). Bo tęskniłam za pewnym rysunkiem jeszcze zanim go podarowałam. Bo za dużo do obgadania, a za mało czasu i za mała podzielność uwagi. Bo zdjęć za mało narobiłam. Bo wreszcie zaledwie dwie z kawałkiem godziny snu.

    Zaczęłam od tych zuyyyyyyyych wiadomości, jak widać.

    Z drugiej jednak strony pisk, bo spotkałam znowu Serisię, Tencię, Satsuś, Alath i różnych innych Krewnych i Znajomych Jenota *ściiiiiiiiiiiiisk* Bo spotkałam wreszcie chûsę, Kerociana i Chiska *glomp* Bo wzruszające spotkanie rodzinne z Ariowym „Ale ty teraz ładna jesteś!”. Bo chwile rozczulenia z Tenciowym „Ależ ty go musisz kochać”. Bo miałam łapy zielone od fioletowego płomienia. Bo narysowałam Mrocznego a Demonicznego Biszonena, Który Będzie Miał Przerąbane. Bośmy z Serisią poknuły i pofazowały. Bo dostałam od Alath obrazek. Bo zrobiłam sesję zdjęciową ubierającej się Alirci. Bo Evil Kalambury i Yoko Kanno. Bo na żywo też jestem taka pozytywna jak w sieci, jak orzekły specjalistki. Bo jestem również prawie rozmowna. Bo wszystkieśmy głupie, nudne i nieciekawe, i Orochi nas pokona. Bo skoro Miya jest brokatowa, to Aeiran może być lakierowany. Bo zaliczone jednakowoż pół odcinka Slayers i kawałki różnych dziwnych anime z bizonami. Bo mamie się podobają „ci dżentelmeni” na wyszywance. Bo Tencia chce do mego rysunku z Blue Mary dotworzyć drugą część. Bo się do mnie modlono. Bo Xai, Klahan i Demyx. Bo Geddwyn w spódnicy, jasny gwint, a może i z różowym puszkiem przy komórce. Bo zjadłam gwiazdkę z Omegą i PRZEŻYŁAM.

    Podsumowując, wychodzi na plus i pokazuje jasno, że Miyaki nie jeżdżą na konwenty dla konwentów, tylko dla spotykanych tam ludziów i nieludziów. Nic innego po dwóch Bakach stwierdzić się nie da. Mądrego. I w ogóle.

    A Airel mi pokazała konkurs na opowiadanie fantastyczne i aż mnie nagle mózg zaswędział. Ale konkurencji robić jej nie będę, zwłaszcza, że pomysłu ni ma i raczej się nie zjawi. Koronę trzeba pisać i na światy dalej knuć, a nie wenę trwonić na jakieś cosie!
    Idę teledyski pooglądać, to zawsze działa.

    gol16_.gif(do melodii Fuyuu Yume, bo sama komponować nie umiem)

    A przecież droga ciągle daleka
    Gdzie snów niewyśnionych
    Strzegą czarne chmury
    I szklane góry
    Noc otuliła dzień
    Jakie to ważne
    By znów miało co rzucać cień
    Ale nie idź do światła
    Bo złudą się okaże
    Przez ciemność drogę znacz
    Tęczy kawałkami
    Modlę się
    By właśnie tobie się udało
    Przerwać nić
    Obudzić bogów, zdobyć sławę
    Przyda się
    Trochę odwagi, poświęcenia
    Wiary, że
    Coś cię ocali
    Jakiś cud
    A przecież wokół stwory ciemności
    Czyhają na natchnionych
    W gorączce nocy
    Zamknięte oczy
    Pozwolą lepiej ci
    Dojrzeć marzenia
    Bo wizje pełnych chwały dni
    Jeśli serce masz czyste
    Są ciągle do spełnienia
    Choć walczą z wiecznym snem
    W swoim małym niebie
    Czekać chcą
    By ktoś się zmierzył z marzeniami
    Przerwał nić
    Obudził bogów, zdobył sławę
    Mocno chciał
    Znaleźć się jak najwyżej
    Już wiesz, jakie to ważne
    By znów miało co rzucać cień
    Ale nie idź do światła
    Bo złudą się okaże
    Przez ciemność drogę znacz
    Tęczy kawałkami
    Modlę się
    By właśnie tobie się udało
    Przerwać nić
    Obudzić bogów, zdobyć sławę
    Przyda się
    Trochę odwagi, poświęcenia
    Wiary, że
    Coś cię ocali
    Bo wiedz:
    Czekać chcą
    Aż ktoś się połakomi na nie
    Przerwie nić
    Obudzi bogów, cisną gromy
    Zawrze gniew
    Gdy po ofiarę zejdą z nieba
    Z góry patrz
    Jak świat się wali
    I leć
    Modlę się
    Byś to ty
    Mocno chciał
    Jak najwyżej…

    *

    - Jeśli uważasz, że musisz się wspomagać kradzioną potęgą, najwyraźniej nisko się cenisz. Pewnie słusznie.
    - Kiedy zdobędę moc bogów, każę ci to odszczekać!
    - A jeśli mam rację, nawet nie zdołasz posiąść tej mocy. Zniszczy cię swoim pierwszym muśnięciem.

    *

    - Widzisz, coś ty narobił?! Przez ciebie pierwszy raz jestem gotowa się z nim zgodzić!


    • RSS