star-miya blog

    Twój nowy blog

    Wpisy w kategorii: Bez kategorii

    Wyjątek z wczorajszej kolędy:
    Me: …A pracę akurat jutro zaczynam.
    Ksiądz: A gdzie?
    Me: A w galanterii skórzanej.
    Ksiądz: No i dobry początek, taka dziewczyna powinna być na widoku! A nuż cię tam jakiś menedżer wypatrzy?…

    W sensie, że wielką biznesłumen zostanę? Czy gwiazdą może? I tak na jedno wyjdzie! Już widzę te tłumy, które będą się zlatywać, żeby nabyć ode mnie skórzaną bieliznę spod lady torebeczki, portfeliki i parasolki! Będę im tak stać nad głową, że nie będą mieli wyjścia XD

    The Window Shopper

    Random Gentle Love Dreamer (RGLD)

    The Window Shopper

    Loving, hopeful, open. Likely to carry on an romance from afar. You are The Window Shopper.

    You take love as opportunities come, which can lead to a high-anxiety, but high-flying romantic life. You’re a genuinely sweet person, not saccharine at all, so it’s likely that the relationships you have had and will have will be happy ones. You’ve had a fair amount of love experience for your age, and there’ll be much more to come.

    Part of why we know this is that, of all female types, you are the most prone to sudden, ferocious crushes. Your results indicate that you’re especially capable of obsessing over a guy you just met. Obviously, passion like this makes for an intense existence. It can also make for soul-destroying letdowns.

    Your ideal match is someone who’ll love you back with equal fire, and someone you’ve grown to love slowly. A self-involved or pessimistic man is especially bad. Though you’re drawn to them, avoid artists at all costs.


    Your exact female opposite:

    The Stiletto

    The Stiletto

    Deliberate Brutal Sex Master


    Always avoid:

    The Hornivore (RBSM)

    Consider: The Gentleman (DGLM), The Loverboy (RGLM), The Boy Next Door (RGLD)

    Link: The Online Dating Persona Test | OkCupid – personals | Dating

    Taaak. Ja to zdecydowanie muszę dogłębnie przeanalizować.
    I nie. Nie pytajcie, czy mówię o treści wyniku, czy o tej diabelnej tabelce…

    Ja to jednak jestem niekonsekwentna ciężko i nieuleczalnie, co? Zwłaszcza kiedy czuję nieodpartą potrzebę wyzłoszczenia się, tłumioną przez długi czas. Ot tak, na cały świat. A że akurat mam kiepski dzień, złoszczę się na którymś blogu… I zaraz mi lżej, a potem jak patrze na tę notkę, to myślę: „Łomatko, co to za gupoty?”, po czym ją kasuję, zmieniam albo przynajmniej przyklepuję nową, bo już dłużej patrzeć nie mogę. To tyle a propos tłumienia własnych frustracji, zwłaszcza gdy przejmuję się czyimiś kłopotami bardziej niż cudzymi (to ja mam jakieś kłopoty? Ach tak… Pracy szukam… Oł łel, chrzanić). Ma to coś wspólnego z niepoprawialnymi babskimi hormonami (które, nota bene, próbuję naprawić od półtora roku i oto efekty) i z moją cechą, którą mi pracowicie wytykają przyjaciółki – że zawsze robię im za rękaw do płakania, a sama im się nie wypłakuję. Rzecz w tym, że zazwyczaj po prostu nie wiem, od czego zacząć XD I świadoma jestem aż za bardzo, że jak tylko coś powiem, dla mnie samej zabrzmi to kretyńsko. Taa… I potem panuje powszechna opinia, że Miyaki się nie gocą, a ja plaskam się w czółko i nawet nie mam jak sprostować.

    Dobrze w takiej chwili zobaczyć się z Alirką, o której też panuje taka opinia, tylko jeszcze bardziej. Pójdą sobie takie dwa dziecka na tradycyjny obiadek (herbata + naleśniki + popcorn), obiegną Rynek ze trzy razy, zrobią nawet Standardowe Babskie Zakupy (TM), obgadają wszystko jak leci, pofazują, pośmieją się… Natchną sie wzajemnie na rysowanie, o. Bo rysowanie wychodzi mi zdecydowanie łatwiej niż pisanie, niestety. Pewnie dlatego, że do pisania potrzebne są słowa, a jak wiadomo, słowa zabijają albo przekręcają treść :P Nyo i dlatego, że pisanie traktuję jakby poważniej, a rysowanie to głównie przyjemność.
    Nie chcę, żeby pisanie stało się dla mnie obowiązkiem, muszę więc znaleźć na to jakiś sposób…

    Ale co tam, w najgorszych chwilach znienacka może znaleźć się odtrutka. Moje uke przyjdzie i wygłaszcze, moja Muza dopisze i strzeli mi ładny komentarzyk, choć też ma swój dzień frustracji*, a dyżurny blogowy drań też przyjdzie i zacznie wychwalać, jaka to jestem wspaniała i w ogóle :P

    Po miesiącu chodzenia na kurs teoretycznie prowadzenia własnego biznesu** zrywam się z łózia najpóźniej o wpół do ósmej, zapominając, że mogę sobie już spokojnie spać. Dzisiaj się zerwałam – a zasnąć w nocy nie mogłam z okazji oh the horror – z nagłą a niewytłumaczalną potrzebą zobaczenia mojej komórki. Tylko że nigdzie jej nie było. Gorączkowo szukałam jej tak z kwadrans, dopóki nie odkryłam, że chowa się pod prześcieradłem. Nie mam pytań…

    * Podejrzewam, że już nigdy nie będę mogła wymawiać tego słowa bez ataków śmiechawki, nyo ale czasem lepszego nie znajduję XD
    ** A w praktyce kombinowania, nieufności, uprzedzeń, fazowych historyjek z życia wziętych, pieczenia ciast***, robienia nalewek i oglądania filmów, których nie słychać.
    *** Nie, ja nie piekłam tych ciast. Są pewne granice.

    Prejudice

    4 komentarzy

    Znalezione gdzieś tam:
    Tulipan – trudna do zrozumienia i zupełnie tajemnicza i nieprzewidywalna
      osobowość. Często zamyka się w sobie, milczy i nie reaguje na otaczający
      go świat przez wiele dni. Błądzi myślami w sobie znanym kierunku – jest nieodgadniony.
      Kto przewidzi jego reakcje, zasługuje na nagrodę. Zupełnie
      nieoczekiwanie potrafi rozchylić swe płatki – być serdeczny, miły,
      uczynny i radośnie uśmiechnięty, chce nieba każdemu przychylić. Jego
      emocje także ulegają ciągłym zmianom. W chwilach uniesień, dobrego
      nastroju jest optymistą i wierzy w swą wspaniałą przyszłość, ale potem
      następuje załamanie nastroju, popada wtedy w depresję myśląc nawet o
      samobójstwie. Mają one swoje ciemne strony, jest to ich drażliwość i
      nadwrażliwość. Pani Tulipan, wobec narzeczonych jest surowa. Tulipan
      zawsze marzy o idealnym partnerze.

    To teraz proszę mi zdefiniować idealnego… Yyy, albo nie. Tak czy inaczej, czuję się taka przewidywalna. I nieznośna.

    Zaczynam myśleć o zmianie layoutu. Tylko na jaki?…

    W ramach pokazania, co zakończenie roku lobi z rudźmi:
    Uke: Właśnie wracam z zaliczenia.
    Me: Nyo, ja też jeszcze mam zajątka do zaliczenia v__v
    Uke: Jakiego zajączka? O_o
    Me: Zajątka!
    Uke: Ale jakiego zajączka?
    Me: Nie zajączka, tylko zajątka. Przez te.
    Uke: A co to jest zajątek?
    Me: Taki zajęć.

    Jak widać w temacie, na osłodę owych zaliczeń dostaliśmyrozmaite kfiatki tłumaczeniowe z cudzoziemskich hoteli i restauracji. Z ichniego NA angielski. Tak, z polskiego też. I brawa dla każdego, kto mi powie, cóż to może być roasted duck let looselimpid red beat soup with cheesy dumplings in the form of a finger, bo naszą grupę to zmogło. Z nauczycielką na czole czele.

    AKAAAAAAAAAACJEEEEEEEEEEE!!! *___*

    Taaak, i to by było sysko, co dziś mam do powiedzenia. Bo mroczna opowieść o tym, jaką to mam pogodę oraz jak Evil Overlord domagał się masażu, przez co zdarłam sobie skórę na palcach, jest zdecydowanie zbyt krwawa i brutalna, by zasługiwać na wzmiankę XD

    Lżej mi. O tak, lżej. Aż mam ochotę piszczeć z radości.
    Szczerze mówiąc, od rana miałam uczucie, że coś się dzisiaj wydarzy. Coś dobrego. Co prawda, często mi ono towarzyszy, a potem się gdzieś rozpływa, ale nie tym razem. Bo wiedziałam, co – odblokuję się i przestanę bać się innych. A może siebie w towarzystwie innych. Nie wiem. Ale lżej mi.
    Może to głupie, myśleć, że takie dwa słowa wszystko załatwią i że świat od razu stanie się piękniejszy? Nyo i dobra, będę głupia, będę wierzyć, że tak :P
    Tylko niech mi ktoś, na wszystkie Siły Wyższe, wytłumaczy, dlaczego to się znowu zbiegło z pojawieniem się w mym śnie najgorszej zmory z tamtej rzeczywistości?! Co to, u licha, jest – nocą mam sen, zazwyczaj ciężko fazowy w dodatku, a o poranku budzę się lekka jak piórko? Poprzednim razem taki sen zwiastował przełamania kryzysu tfurczego, a teraz towarzyskiego? To. Jest. Chore!! X__x
    Nyo. To teraz raz-raz, wygonić resztki kataru, skombinować parasolkę przeciwsłoneczną, złapać zeszyt i na spacer.
    Najlepiej na boso, ale to już strzegół – -’

    Jeśli nie rozpiszę się tu teraz, gnana tym niesamowitym, cudownym poczuciem oczyszczenia umysłu, to kiedy? To tylko blog zapadł w sen zimowy, nie ja – choć czasem czułam, że dryfuję sobie w półśnie. Nyo, do czasu, kiedy Evil Overlord oddelegował mnie z laboratorium do świeżo otwartego ośrodka, gdzie spędziłam urocze dwa tygodnie na czytaniu, pisaniu i nawet spacerowaniu czasem. Teoretycznie powinnam go spędzać na odbieraniu telefonu z uśmiechem i przyjmowaniu rezerwacji na badania, ale cóż, skoro po pierwsze, mało kto już zdążył uświadomić sobie istnienie owego ośrodka, a po drugie, i tak nie było tam osobnego telefonu… I tak, codziennie książka. Codziennie zeszyt. Czasem spacer z centrum do domu. Ach, słodka dekadencjo, nawet urlop by ci nie dorównał!
    Teraz powraca laboratoryjne odmóżdżenie, które towarzyszy wklikiwaniu nazwisk i wyników do komputera, ale staram się jakoś trzymać. Nawet do chodzenia na 7 do pracy zaczynam się przyzwyczajać i już nie przeżywam takiego szoku o poranku XD

    A good morning, ma’am. Your early morning call.

    I nawet znajduję swoje małe przyjemności w tym wklikiwaniu. Czy to normalne, widzieć imiona i nazwiska i zastanawiać się, jakimi osobami mogą być ci, którzy je noszą? Chyba mniej niż czytanie napisów na nagrobkach, bo one przynajmniej zawierają czasem epitafia, a nie ciąg dolegliwości mniej lub bardziej rzeczywistych. Albo zastanawiam się, jak się żyje z imieniem Spirydion albo Seweryna. Kiedy już nazwę swoją przyszłą córkę Prakseda, będę jej mogła zadać to pytanie :P
    Dochodzą do tego godziny ciężko ranne, spędzane w zabiegowym i stanowiące uroczy przekrój ludzkich zachowań. Co można powiedzieć o dorodnej pannicy (potem się okazuje, że miała ona raptem 11 lat, ale mimo wszystko), która zapłakuje się z panicznym lękiem i wzbrania przed jednym małym ukłuciem, a co wyrośnie z niemowlaka, który nie przestaje się śmiać do pielęgniarek nawet podczas owego kłucia? Nyo, dorośli też się zdarzają nieźle udani. Ale do umiejętnego studiowania ludzkich charakterów jeszcze sporo mi brakuje, o ile w ogóle kiedyś przestanie.

    Wake up, love.

    I zazdroszczę każdemu, kto poza opowieściami potrafi pisać eseje, recenzje, artykuły, scenariusze, poezję i cokolwiek tam jeszcze. Sama na takim tle pozostaję tylko niepozorną kolekcjonerką. Zbieram opowieści dla siebie, zamiast dawać je innym, w takiej formie, w jakiej powinny zostać przekazane. Dostrzegam piękno, odczuwam błogostan albo szarpią mną silne emocje – i wchłaniam to wszystko w siebie, i tak już zostaje…
    Tak, tak, nie dość, że znowu jestem po Emilce, to jeszcze po Gaimanie. I znajduję się w tym stanie, kiedy wierzę, że wszystko jestem w stanie osiągnąć. Dlatego nawet nie myślę o moim ostatnim pojedynku opowiadaniowym, żeby przypadkiem mi nie przeszło… I marzę o urlopie, żeby przedpołudnia też spędzać tylko sama ze sobą.

    Can you not see that little light up there?

    Bogowie, jakie to chore uczucie, ta świadomość bycia najstarszą stażem. Teoretycznego bycia mądrą i zorientowaną, a do tego konieczności tłumaczenia Rodzynkowi i Justynce, na czym tak właściwie polega nasza praca… Ach, kiedy pomyślę sobie, do jakich wniosków oni muszą dochodzić, słuchając owych tłumaczeń, czuję się prawdziwym czarnym charakterem!

    Masz krostę na czele.

    A tak poza tym to w tym semestrze królują zajęcia z pisania po polsku. Takich kfjatków, jakie tam trzeba poprawiać i takiej fazy, jaką daje to poprawianie, za świecą szukać XD

    …Tako rzecze hurtownia papiernicza, do której biegam po teczki do akt osobowych.

    Wstawiam ten wpis na próbę, albowiem panel przeszedł jakieś dziwne metafory* i nie bardzo wiem, jak się po nim poruszać i co z tego wyniknie. Ale w sumie ostatnio wiem tylko jak się poruszać ulicami między przychodniami i mym miejscem pracy. To poruszanie się, a konkretnie dłuuugie spacery z wynikami i probówkami, ratują mi życie. Siedzenie w laboratorium jest fajne, ale po pierwsze wyłącza mi mózg, a po drugie niedługo się pewnie skończy. Natomiast siedzenie w biurze i porządkowanie nie bardzo zidentyfikowanych dokumentów jest całkowicie wbrew mej chaotycznej naturze. I stresujące przez to jak jasny gwint.
    Nie żebym się specjalnie prosiła o taki staż. Mniej biurowych po prostu nie było.

    Marzyłam o tym, żeby móc śnić tak jak zasypiam – łagodnie, szczęśliwie i z cudownym poczuciem bezpieczeństwa.
    Niestety pewne marzenia mają złośliwą tendencję do spełniania się na odwrót.
    Ostatnio zatem zasypiam tak jak śnię – niespokojnie i męcząco. I budzę się po parę razy.
    Oddajcie mi tamten stan…

    *Po trzykroć cip cip kura dla co poniektórych opowiadań na blogach! XD

    gol5_.gifA teraz, kiedy przyjdzie do płacenia za prąd, od razu się wyda, że te straszne pieniądze to przez te dwa telewizory w dwóch pozostałych pokojach, o!!!
    …Odzwyczajenie się od kompa to niezła rzecz, jak się ma przez pół dnia całe mieszkanie dla siebie.
    A czasem i dłużej.
    I mamę-bibliotekarkę. To już druga w rodzinie, a ja pewnego dnia będę trzecia, w końcu. O ile nie wyląduję w jakiejś strasznej firmie, w roli tłumaczki równie strasznych dokumentów.

    A teraz pozwólcie, że Wam zacytuję świeżo poznaną prawdę życiową:

    „Gumka jest w czeku najważniejszą rzeczą, jaka w ogóle istnieje.”

    Tak powiedział nam wczoraj pan B. od terminologii handlowej, czołowy gaduła naszej szkółki. Przedmiot, o którym mowa, byłby nawet fajny, gdyby nie było tyle zapamiętywania i gdybym nie była na nim taka śpiąca :P Ale kiedy pan B. opowiada, jak to Amerykanie w polsce się zachwycali zniczami, że „to takie zmyślne świeczki”, to doprawdy trudno nie słuchać…
    Kolejny, zwany tłumaczeniem umów, będzie moją zmorą do końca semestru, kiedy to pojawi się w mym życiu KSIĘGOWOŚĆ, ale do tego jeszcze trochę czasu zostało. Odrabiamy sobie zadanka domowe pełne dziwnych sformułowań, a gdy nadchodzi pora ich sprawdzania, pani Q. powiada nam: „O, tu w oryginale były dwa błędy logiczne, trzeba było je znaleźć”. Ooo, cudnie. Nie powiem, bywa tyleż traumatycznie, co fazowo, kiedy to zajmujemy się umową o przyrządzenie omletu czy też o budowę kontenerowca… Nie zdziw się, drogi bloczku, jeśli pewnego dnia zacznę tu przemawiać archaizmami! One są takie śliczne *___* I te wszystkie hereof, hereby, thereunder itepe, itede… Jejku. Za dwa tygodnie będziemy z tego test pisać.
    Przedmiot trzeci, czyli tłumaczenie dokumentów unijnych, jest moim ulubionym, choć się z początku nie zapowiadało. Też jest dość fazowy, jak wszystko widziane ślepkami dziecka, które się na tym kompletnie nie zna XD ale za to nawet nieźle toto umie. To konkretne. W dodatku ostatnie zajęcia, potem się idzie do domu… Znaczy, tfu. Na dworzec. I czeka się ponad godzinkę na pociąg. Na szczęście czeka się z trójką ludków z którymi było się w koledżu, więc nawet jak się chce spać, to jest szansa, że oni zbudzą.
    ALE! Od kiedy odkryliśmy w szkółce bufet, w którym możemy nażłopać się herbatek owocowych, nawet spanie aż tak bardzo nie łapie!
    …A herbatka wiosenna smakuje jak trawa. A zimowa – jak trawa z cynamonem.
    Uczymy się w dawnej szkole Wehrmachtu, gdzieś na odludziu, które jest całkiem miłe i spacerowe, w odróżnieniu od reszty Wrocławia, składającej się głównie z ulic i skrzyżowań. Nawet powoli zaczynam zapamiętywać drogę na przystanek tramwajowy! ^o^v

    …Nie, nie czuję się dziś normalna. Że co? Że to nic nowego? Zaiste.
    A teraz macham Wam łapami i idę poczytać twórczość pani Lindgren. Wrócę, kiedy przyjdzie do oglądania Avatara. Albo bizonów. Albo czytania Rayearthek. Albo wreszcie przepisywania radosnej twórczości własnej – moje zeszyty już nie czują się zaniedbywane :>


    • RSS