star-miya blog

    Twój nowy blog

    Wpisy, których autorem jest Julia

    Nabrałam ochoty, by napisać o wspominkach z dawnych lat, jakie mię ostatnio dopadły, a dotyczyły Dziecięcego Marzenia nr 3 o
    pracy głosem. Niestety, po pierwsze podczas pisania od razu przypominam sobie, że do tego musiałabym mieć charyzmę, dykcję,
    talent, być rozmowna i umieć słuchać samej siebie bez skrzywienia.Po drugie, a może po pierwsze i pół, jak się jest
    niespełnionym dzieckiem przed trzydziestką i odgrzebuje się dziecięce marzenia, to może się skończyć konfrontacją, napływem
    gorzkiego cynizmu i rozprawieniem się z marzeniami na dobre. Aż tak źle raczej ze mną nie jest (uff), ale… kiedy mowa o
    dziecięcych marzeniach, nie ma siły, by nie wróciły do mnie Sailorki, a zwłaszcza nieszczęsna Super S-ka, która była, jaka
    była, ale miała też parę trafionych motywów. I z perspektywy czasu smutnych. Bo one wszystkie marzyły, nieprawdaż, o
    pomaganiu ludziom, hodowaniu kwiatków i pieczeniu ciasteczek, karierze estradowej, sukcesach, miłości i czym tam jeszcze, a
    przecież wiedziały, jaka je czeka przyszłość. Wieczne stanie na straży pokoju we wszechświecie i świecenie kryształami na
    wrogów. Nie pamiętały o tym na co dzień? Nie chciały pamiętać? Co powiedziałyby na ten temat, gdyby je zapytać? Manga to już
    całkiem się z tymi marzeniami rozprawiła pod koniec, anime jeszcze się pod tym względem trzymało…
    O Sailorkach musiałam wspomnieć, bo wszak w późnej podstawówce łapałam za magnetofon, urządzałam w swoim pokoju studio i je
    do tego studia zapraszałam, a co! Z początku sama wszystkie seiyuowałam (ojeja, jak to dumnie zabrzmiało!) i chyba nawet były
    do rozróżnienia; potem wciągnęłam do zabawy koleżankę, podzieliłyśmy się rolami i fazowałyśmy razem, nakręcając się nawzajem.
    I Rei zawsze mówiła przez nos, bo zrobiłyśmy z niej wieczną alergiczkę. Nie jestem pewna, ale chyba miałyśmy do niej jakieś
    pretensje – że jak tylko się pojawiała, kradła cały blask, czy coś takiego?… ;P
    A z drugą koleżanką wyśpiewywałam koncerty. Często improwizowane. Ale to jest jakieś takie trochę straszne wspomnienie, wolę
    go na wierzch nie wyciągać X__x
    Śpiewanie trzymało się mnie przez chwilę i do dziś mam jego napady, zwłaszcza kiedy nikt nie słyszy. Ale najbardziej chciałam
    być właśnie radiówką – podawać wiadomości, zapowiadać muzykę, a przede wszystkim występować w słuchowiskach. Byłam tym
    dzieciem, które w szkole się pierwsze zgłaszało do recytowania wierszyków i czytania czytanek, dostając za to o tyyyle
    uznania ze wszystkich możliwych stron. Nie do wiary, prawda? I ten dzieć właśnie, będąc w pierwszej klasie, wystąpił z
    kawałkiem bajki na konkursie czytankowym – a raczej poza konkursem, bo i poza konkurencją – dostając morze pochwał i wbijając
    się w dumę. Wtedy nie wiedział jeszcze, że dzieci są chwalone, bo je chwalić należy, i że kiedy zacznie dorastać, nie
    powinien wiecznie jechać na uznaniu przeznaczonym dla tamtego dziecia, bo ten napęd się kiedyś wyczerpie. A potem coraz
    rzadziej miał ochotę się odzywać w obecności klasy, ale to już całkiem inna historia, łącząca się również z tą o dzieciu,
    który nie został dzielną bohaterką, dosyć szara i w gruncie rzeczy nudna.
    Ale ze mnie jest bardzo statyczna istota, dlatego umiłowanie muzyki we mnie pozostało, dlatego jestem głosową fetyszystką,
    dlatego zazdroszczę ludziom, którzy nawijają gdzieś tam w eterze i zawsze wiedzą, co powiedzieć, albo śpiewają na scenie i
    nie chrypną. I z całego serca podziwiam tych, którzy ożywiają swoimi głosami postacie w anime, a odkąd coraz więcej mam do
    czynienia z grami w pełni ugłosowionymi, to i w grach. Moooże oprócz dubbingu w FF10, do którego się pewnie nigdy nie
    przekonam, chyba że zamknę oczy i zapomnę jak koszmarnie niezgrana jest część audio z częścią wizualną. A może jednak zapomnę
    od razu? Kiedy już wreszcie zagram w toto z Vanny, będę mogła myśleć o fajniejszych rzeczach w trakcie – na przykład o tym,
    kto tam miał kogo cosplayować ;)
    Taaak. A skoro już było o tym nawijaniu na żywo w eterze, to nie mogę nie wspomnieć o tym, jak chyba ze dwie godziny
    nawijałam wraz z uke do mikrofonu o zrzuceniu bomby na Mazury i co z tego wynikło. Mianowicie napastnik miał zrzucić tę bombę
    na Hiroszimę, ale przespał swoją kolejkę zahibernowany gdzieś na morzu przez czterdzieści parę lat, a kiedy już się
    rozmroził, pomylił kurs. I po zrzuceniu bomby na Mazury stał się wielką sensacją i celebrytą, i tematem do całej serii
    dalszych reportaży, zwłaszcza po tym, jak zaczął cięgiem oświadczać się pielęgniarkom. Na-bo-gów. Ja to muszę odkopać i
    przesłuchać. I te Sailorki też!!!
    Dobrze, że tu przyszłam, bo dobija mnie ten Red Garden coraz bardziej, a ponieważ Level E ciągnie się
    powolutku, nie miałam czym odreagować. Zanim więc dam nura w czeluście szafki w poszukiwaniu kasety z Sailorkami, wstawię
    jeszcze to coś poniżej, żeby potem nie musieć tego szukać, o!

    Tak Miyaki poprawiają
    sobie humorek:
    przez nakanokimi
    RANYBORSKIECOTEŻCISEIYÛPOTRAFIĄWYPRAWIAĆZTYMIGŁOSAMIJATEŻTAKCHCĘ!!! *____*

    A skoro już się nauczyłam wstawiać całe filmiki na bloga, to teraz zaszpanuję!

    #07 – A Song That Reminds You Of A Certain Event.
     
    Myślałam o tym długo i dłużej, i dłuuużej, ale zawsze na słowa „certain event” jako pierwszy przychodzi mi do głowy zjazd
    wakacyjny w 2004 roku. Nie wiem, może to też sprawka flashbacków z czasów, kiedy wszystko było Lekkie, Łatwe i Przyjemne
    (TM), ale samo wspomnienie też jest przyjemne. Zawiera spadające gwiazdy, dziurawy pomost, nieistniejący namiot, taniec nad
    jeziorem z kamienną twarzą (nie moją) i przedzieranie się nocą przez krzaki, z komórkami w roli latarek.
    I o ile piosenek, które mi się kojarzą, mam dobre kilka, o tyle najbardziej oszywista jest przecież ta:

    A nie? :>

    #02. Ulubiona postać
    Że niby z gry, uważacie. Bo przecież postaci z gier wcale nie jest od cholery i ciut-ciut i wcale nie znalazłam całego stadka
    sobie do kochania. I wcale nie mam o taaakieeego dylematu. Ale zaraz ten brak dylematu rozwiążę w sposób może dyskusyjny, ale
    jedyny, jaki mam, oddając swój głos na…
    Komandor Shepard (która jest kobietą)

     
    Rozwiązanie dyskusyjne, bo to w końcu postać z erpega, a postać z erpega, jak wiadomo, jest zwykle pustym kostiumikiem na
    self-insertion, rrright? A FIGA. Bo o ile owszem, mogłam ją do pewnego stopnia odgrywać i kierować jej decyzjami, o tyle
    bardzo szybko objawiła swój własny mocny charakter, nieodpartą charyzmę i umiejętność radzenia sobie nawet w najbardziej
    kiepskich sytuacjach (nyo, powieeedzmy). Normalnie takie postacie nazywa się merysułami – i owszem, jeśli istnieją żywe,
    wiarygodne i przekonujące merysuły, to bez wątpienia Shepcia wiedzie wśród nich prym. Pokochałam ją błyskawicznie, bo okazała
    się taką postacią, o jakich lubię… hmm, o jakich chciałabym pisać bez żadnego przerysowania…
     
    A dlaczego Shepard jest kobietą, poza tym, że BO TAK? Nawiązując do poprzedniej części notki, ta pani wiele zawdzięcza
    genialnie dopasowanemu i pełnemu charakteru głosowi, za co jestem skłonna postawić pani Jennifer Hale ołtarzyk i bić pokłony
    *___* Dla odmiany Shepcio brzmi straszliwie bezpłciowo, w przeciwnym razie już dawno przeszłabym nim grę i poderwała mój
    osobisty obiekt westchnień, wzdeeech… Oszywiście są i tacy, którzy powiedzą, że właśnie nie, bo on brzmi jak żołnierz z
    prawdziwego zdarzenia, a ona jak baba z wiecznym PMSem, ale to już zahacza o pytanie o voice acting, a do tego jeszcze kiedyś
    dojdę.
    Gwoli dopełnienia obrazu – moja Shepcia, która tak tu ładnie pozuje, jest sentinelem (taki space-operowy mag/łotrzyk), ma dwie wredne traumy z
    przeszłości, dwie następne z teraźniejszości i bliznę, której prawie nie widać, płych – -’ 

    Dobranoc, dziubaski! Jeśli nie porwie mnie rysowanie następnego fanarta do RG, zasnę z uśmiechem. NYAN~! =^.^=

    Miałam pisać zupełnie o czym innym, ale się, cholera, nie da.
    Czekam z utęsknieniem na treci sezon Pamiętników wampirów. Pozostaję nieutulona w żalu po zakończonej Grze o tron. Gdybym mogła je nadal oglądać, to czy emocje, które teraz wylewają mi się przez uszy, rozłożyłyby się równo, czy tylko jeszcze bardziej by się spotęgowały?
    Co mnie podkusiło do oglądania dwóch anime na zmianę (z przerwami na trzecie, krótsze, a ściągające się dłużej)? Oglądam Macross Frontier, tęskniąc za Hervem Red Garden. Oglądam Red Garden, tęskniąc za Macrossem. Z jednej strony urocza (to słowo zawsze wzbudza we mnie podejrzliwość, ale cóż) przygodowo-śpiewana space opera, z drugiej – obyczajówka z zabijaniem w tle, przez którą mam coraz większą ochotę się rozryczeć. Wciągające fabułki, udane zestawy postaci, całe dnie zastanawiania się, o co tu właściwie biega i do czego zmierza, kogo należałoby wygłaskać i wyściskać, a komu odgryźć głowę. Odstawiłabym któreś na potem, ale sama myśl o tym boli, przez co jestem rozdarta jako ta nieśmiertelna sosna z [tfu]Ludzi bezdomnych[/tfu].
    Trochę mi brakuje poprzedniego, całkiem przecież niedawnego stanu ducha, który najczęściej objawiał się skakaniem dookoła pokoju, piszcząc o tym, jak to bogowie mnie kochają. Ale wolę, żeby mi się kabelki nie przepaliły, a czas na to będzie, kiedy filmowa wersja Alicji w Krainie Bizonów* zagości już na moim ekranie.

    Swoją ścieżką, to podejście do oglądania wiele wyjaśnia na temat pt. „dlaczego Miyak przestał recenzować”… Zbyt osobiste podejście, ot. W czasach czynnego udziału w hodowaniu Tanuka, coby wyrósł duży i silny, brałam do omawiania takie anime, do których byłam przywiązana, albo takie, od których większość pozostałych recenzentów odpadła z gwizdem albo nawet nie mogła się zmusić do zaczęcia (wakuwaku, tenshi ni naritaaaaaaaaai~!). Nyo i jakoś tak często na jedno wychodziło, i już-już byłam bliska zrecenzowania Onegai My Melody, na szczęście w porę się opamiętałam. Żebym przywiązała się do czegoś aktualnie oglądanego/czytanego/słuchanego/granego, wystarczy mi jakiś jeden szczegół, postać, scenka, nutka itepede – i choć rozsądek wskazuje mi cały szereg wad tego czegoś, przywiązana pozostaję. I jak ja mam o tym mówić albo pisać poza gronem wtajemniczonych znajomych, którzy rozumieją? Co mogę powiedzieć od strony treści, co miałoby sens, a co mogę powiedzieć od strony technicznej WOGLE? Zamiast dzielić jakąkolwiek twórczość na dobrą i złą, dzielę na porywającą (MNIE) i nie porywającą (MNIE). I chyba jedynym anime, jeśli nie wręcz jedynym czymkolwiek, które uwielbiam bezkrytycznie i bez oporów, jest Utena, którą niedawno obejrzałam trzeci raz w życiu (znaczy, w całości, a nie urywki), po paru latach – i z każdym kolejnym obejrzeniem upewniam się, że jest to najlepsze anime, jakie widziałam. I że być może nawet coraz więcej z niego rozumiem, choć ciągle nie potrafię ubrać tego w słowa.
    Wróciłabym do Gravi, tak mi się wczoraj pomyślało, kiedy znowu chciało mi się ryczeć (NA GWIZDEK JA CZYTAŁAM TEN CHOLERNY SPOILER DO RED GARDEN!? T__T). Wróciłabym sprawdzić, czy przyciąganie znowu zadziała. Na razie trochę się boję, ale pewnie przestanę, bo oszywiście mało mi tęsknot, więc zatęskniłam za Hiro.

    Trochę mi to zajęło, ale miały być dwa memy, więc będą dwa memy!

    #01 – Pierwsza gra
    Z pierwszymi grami komputerowymi** tak wogle miałam do czynienia na małym przedpotopowym (choć jeszcze nie wtedy) sprzęcie, który tata czasem przynosił nie wiem skąd, chyba z pracy; nyo i tam był Arkanoid, i taki gostek zbierający owoce jadalne, uciekając przed niejadalnymi. Potem była atarynka kuzynka Cinka, ale jakoś gorzej mi szło łażenie po nawiedzonym domu i nie danie się zabić, niż patrzenie jak Cinkowi się to udaje ;) Aż wreszcie pierwsza klasa podstawówki i prezent w postaci mojej własnej amigi 500, a dołączona do niej była…

    Moja piersa własna gra! ^o^
    Tak gwoli wyjaśnienia, głównemu bohaterowi taka wielka uchachana zielona gęba porwała rodzinkę, więc śpieszył jej na ratunek, o! Moje ulubione momenty to wchodzenie do kolejnych arsenałów i wybieranie sobie nowej giwerki – zwłaszcza jeśli trafiła się ta strzelająca we wszystkie strony bańkami mydlanymi. Naprawdę O__o

    #06 – A Song That Reminds You Of Somewhere
    Nie cierpię tego pytania, ot co! Znacznie łatwiej byłoby mi wymyślić miejsca, w których słyszę konkretną muzykę (i zwykle są to moje trasy spacerów), ale to nie to samo. Albo wydarzenia, o których będzie mowa w pytaniu następnym, a które działy się w konkretnych miejscach :P I jedyne, co w chwili obecnej przychodzi mi do głowy, to…
    LOSOWA PERUWIAŃSKA MELODYJKA!
    Czyli konkretnie Ustka. A jeszcze konkretniej – promenada w Ustce. Tzry nieszczęsne tygodnie pełne promenady w Ustce, ale wolę się w to wspomnienie nie zagłębiać za bardzo, bo znowu wyjdzie wydarzenie :P

    O jasny gwint, aż mi się humor poprawił, trzeba iść przełożyć go na energię, którą włożę w gimnastykę, która przełoży się na więcej dobrego humoru! Endorfiiiiiiiinyyyyyyyy~~~

    * Czy jakoś tak ;)
    ** Bo JESZCZE wcześniej były takie małe czarno-szare cosie z Wilkiem i Zającem, i łapaniem jajek. Ale w to już sama nie grałam O__o

    Tak sobie słucham tej nieszczęsnej (i cudownie inspirującej) Szalotki i o ile zazwyczaj przywołuje mi do głowy wspomnienie o pewnej Damie, która przewija się przez światy od czasu do czasu, o tyle dziś myślę o nieszczęśliwych zakochaniach. Taak. Może to ta pogoda. O nieszczęśliwych zakochaniach w opowieściach, dodam, bo innych przypadków nie znam. I tak się zazwyczaj zdarza, że ofiarą strzały amora jest niewiasta, bo w przeciwnym przypadku robi się wokół niej harem. A może coś przeoczyłam? Wspomniałabym uczucie Kou Seiyi do Usagi, ale jego płeć jest kwestionowalna :P
    Nyo dobra, przypuśćmy, że mamy bohaterkę zakochaną nieszczęśliwie w facecie, który:
    a) jej nie zauważa (Hiiragi)
    b) zauważa, ale nie bierze pod uwagę (Hiiragi?)
    c) jest zimnym draniem i perfidnie ją wykorzystuje (Hiiragi!)
    d) w ogóle kocha inną i mu przykro (albo nie).
    W tej sytuacji boahterka ma dwa wyjścia. Po pierwsze, zmarnieć z tęsknoty i jako malowniczy trup popłynąć łódką prosto pod okno swojego obiektu, który złapie errora. Ewentualnie nawiedzać go z zaświatów, gwarantując, że jeśli obiekt jest zimnym draniem, to od tego na pewno dostanie wyrzutów sumienia. Chyba że, jak w Tormencie, ma amnezję i może tylko zastanawiać się, co to za baba i czego chce. A potem i tak dostać wyrzutów sumienia.
    Po drugie, może taka wyleczyć się z zakichania, znaleźć sobie nowy obiekt i żyć długo i szczęśliwie. Jak Uta Yumeno, której należy się za to kopniak. Jak Ayumi Yamada, której zajęło to tyyyle czaaasu (bycia strzeżoną przez stado jednorożców). Jak moja kochana Vaneshka wreszcie, która po tym przeżyciu nabrała charakteru. I dobrze, życzę im szczęścia, pod warunkiem, że obiekt zastępczy nie okaże się ciołkiem bez iskry (i chwała ci, Ketris, że też się wyrobiłeś).

    Co z kolei przywodzi mi na myśl zjawisko wyższości ciołków bez charakteru nad wyrazistymi antagonistami. Bo jakoś tak się składa, że zazwyczaj są antagonistami XD
    Pamiętam, jak w „Ani na uniwersytecie” Ania napisała opowiadanie, dała je do przeczytania znajomym… i została objechana za odstrzelenie antagonisty i wyswatanie bohaterki ze smętnym muminkiem, który wygłaszał kwiecisty monolog przez dwie strony, nie dając biedaczce dojść do głosu. A tymczasem antagonista był porządnym męskim mężczyzną z charakterem i zdecydowanie lepszym wyborem. I to, niestety, często się zdarza! Czego ci autorzy się boją – że będą takiego musieli zreformować? Że im to nie wyjdzie i zepsują udanego postacia? W to jeszcze mogę uwierzyć… Ewentualnie może taki nie stworzyłby dobranej pary z bohaterką – ale w takim razie po grzyba tak między nimi iskrzyć przez większość opowieści? Żeby na koniec go odstrzelić albo wysłać do Ameryki?
    Niby nie dziwi mnie, dlaczego Emilka Starr nie wybrała Deana ostatecznie, ale nigdy nie zrozumiem, co widziała w Teddym Kencie. Że kolega tfurca?…
    Albo spoko, wyswatajmy taką Utę z zupełnie zwyczajnym chłopakiem z sąsiedztwa, akurat wtedy, kiedy dotychczasowy zimny drań zdał sobie sprawę z własnych uczuć. O ile wcześniej nie kibicowałam temu pairingowi (bo pairingi w rodzaju „fangirl + idol” wywołują u mnie załamanie łapek), o tyle Hiiragiego miałam wielką ochotę wygłaskać. Nie spuścić lania, bo tak późno mu to przyszło, ale właśnie wygłaskać…
    Po prostu nie mogę nie stawać w obronie wszystkich Maurycych Lennoxów w opowieściach :(

    Zastanawiam się, jak to jest w odwrotnym przypadku, ale trudno powiedzieć. Podobno mężczyźni poślubiają zołzy, tak głosi pewien bestseller, ale że napisała go kobieta, to może być teza przekłamana :P W haremówkach zwykle wybór pada na tsundere, ale że bohaterowie są jacy są, nie zamierzam ich brać pod uwagę _^_

    Śmiesznie jest, bo w zasadzie miałam pisać o czymś zupełnie innym, ale już zdążyłam zapomnieć, o czym.

    A teraz, Panie i Inne Panie, pozwolę sobie zapowiedzieć Wam Mema Growego! Do którego zmotywowała mnie niezawodna VanVan i zabiorę się za niego od następnej notki. Jak już się psychicznie przygotuję. Żeby mieć czym miejsce zapełniać, tak jeszcze bardziej.

    1. Pierwsza gra.
    2. Ulubiona postać.
    3. Niedoceniona moim zdaniem gra.
    4. Gra będąca moim “guilty pleasure”.
    5. Postać z gry, którą najbardziej przypominam/chciałabym przypominać.
    6. Najbardziej irytująca postać z gry.
    7. Ulubiona growa para.
    8. Najlepsza ścieżka dźwiękowa z gry.
    9. Najsmutniejsza growa scena.
    10. Tytuł z najlepszym gameplayem.
    11. Ulubiony system z gry.
    12. Gra, w którą każdy powinien zagrać.
    13. Gra, którą przeszłam przynajmniej trzy razy.
    14. Ostatnia growa tapeta.
    15. Screen z gry, w którą aktualnie gram.
    16. Gra z najlepszymi przerywnikami.
    17. Ulubiony antagonista.
    18. Ulubiony sprzęt do grania.
    19. Screen miejsca w grze, w którym chciałabym mieszkać.
    20. Ulubiony gatunek.
    21. Gra z najlepszą fabułą.
    22. Sequel, który mnie zawiódł.
    23. Tytuł z najlepszą grafiką/stylem graficznym.
    24. Ulubiona gra z czasów dzieciństwa.
    25. Gra, w którą planuję zagrać.
    26. Najlepszy voice acting.
    27. Najbardziej epicka scena.
    28. Ulubiony developer.
    29. Gra, która bardzo mi się spodobała, mimo że zupełnie się tego nie spodziewałam.
    30. Ulubiona gra wszech czasów.

    Buhaha. Nyo, to już możemy brać się za mięsko:

    #05 – A Song That Reminds You Of Someone.

    Stlasne pytane, po plostu stlasne. Albowiem mam do wyboru od groma ludziów i jeszcze więcej piosenek. Bo proszę, na przykład TO i całą Tori Amos mogłabym podpiąć pod Vannysia, TO i cały Blind Guardian pod Serisię, a cały rząd filmowo-growych muzyczek z TYM na czele, pod Airelka. Opening do Cutie Honey przywodzi mi na myśl Alirkę, nieśmiertelny „Velvet Underworld” – Tencię, „Ocean Gypsy” BN – Irian, „Forever not yours” a-ha – moje pierwsze uke, „Karma” Kamelotu – Sano, całkiem sporo kawałków Origi – Avellanę, a cała Kaśka Groniec – Maieczkę. I jak miałabym wybrać z tego jednego ludzia i jedną piosenkę? :>
    Zastanawiając się nad ostatecznym werdyktem zaczęłam grzebać we własnych wspomnieniach i ostatecznie mój wybór padł na…

    Kliknij nas!

    …te młode damy. Na zawsze bowiem pozostaną dla mnie kimś bardziej niż tylko postaciami z mangi/anime i zasługują na wyróżnienia :> A piosenka wzięła się stąd, że dzięki „wodzie, ogniowi, burzy, perły na dnie” w młodych latach śpiewałyśmy ją zbiorowo, całym naszym Sailor Teamem. I to od czasu do czasu we własnej wersji, z której pamiętam słowa: „Wspomaga naaas kryształu blaaask – więc nie złość naaas!” XD

    Hmm, taak. A poza tym znalazłam taką uroczą i Całkiem Inną wersję tej piosenki, więc po prostu nie mogłam jej nie wrzucić :P

    Idę rozmyślać dalej, więc następna notka też pewnie będzie okołotfurczościowa. Nie mówiąc już o tym, że okołogrowa. Strzyżcie siem.

    O ile jutro wracam do pracy, do bycia uziemioną na pustym stoisku i siedzenia na twardym krześle, o tyle dopadłam mnie Radosna Growa Choroba, na którą lekarstwa nie ma i bardzo dobrze. Niby to nic nowego, bo growa choroba trzyma się mnie już od pierwszego atari kuzynka Marcinka, zmienia tylko stopnie natężenia i, hmm, gatunki? A z gatunkami i objawy. Kiedy zachłysnę się jakimś RPGiem, na pierwszym planie (oprócz postaci, które są tam ZAWSZE) jest fabuła, siłą rzeczy. Żeby się nią rozkoszować, ustawiam sobie najniższy poziom trudności, a przeciwników eliminuję na zasadzie „byle szybciej, bo chcę wiedzieć, co będzie dalej”. W większości moich gier wystarczy raz kliknąć na wroga i już – resztę postacie załatwiają same, a ja sobie mogę iść na herbatkę. I nie mogę się nadziwić graczom, które ściągają sobie mody utrudniające rozgrywkę i mieszające w mechanice. Kto by się przejmował mechaniką? Ech, urodziłam się storytellerką i już. Mass Effecty trochę zmieniły moje podejście, bo tam mam giwery i normalnie, porządnie strzelam do tych najemników i alienów i czuję ten ekscytujący dreszcz niebezpieczeństwa na własnej skórze. Mrrr. A teraz postanowiłam sobie odświeżyć mój zardzewiały talent do bijatyk (jest praktycznie żaden, po prostu tłukę moimi pająkowatymi dłońmi w przyciski i czasem nawet wiem, w które tłuc) i przypomnieć sobie, ile frajdy może dać spranie kogoś po pysku. Ewentualnie dać mu posmakować mego ostrza – bo głównym moim opium jest w tej chwili Samurai Deeper Kyo na emulatorze Playstation. O ile na starym kompie ten jeden emulator działać mi nie chciał, o tyle Tôga jest wywrotowcem i knoci mi działanie wszystkich pozostałych. Nyo, może oprócz Amigi. Czasami.

    Nyo i nie będę ukrywać – jeśli wroga pierze po pysku jakieś ciacho, to miło popatrzeć. Jeśli cud-niewiasta – też.

    A historia o tym, jak mały Miyak nie uczył się sztuk walki, jest w zasadzie krótka i prosta – ot, najpierw mieszkał w wiosce zabitej dechami, a po przeprowadzce do Wielkiego Miasta (tak, mowa o Legnicy) szybko został tym dzieckiem, z którym nikt nie chciał ćwiczyć na w-fie, przez co kompletnie stracił wiarę i zniechęcił się do siebie. Na długo. Potem zdarzyło się jeszcze zimowisko na doczepkę do klubu karate, żeby się przekonać, że dzieci wyśmiewające się z innych dzieci jest pełno nie tylko w klasie.

    Pewnie byłam idealną ofiarą, jak wszystko, co odstaje od zbiorowości.

    Nie, żebym potem nie miała żadnych pasji związanych z ruchem. Po karate kuzyn zaraził mnie koszykówką i kupiłam sobie taką fajną kolorową piłkę, tylko grać nie bardzo było z kim (a Marcin był drągalem i zawsze mnie we wszystko ogrywał). Była Młodsza Grupa Taneczna, w której przez większość czasu chodziło się do rytmu, a ludzie do dziś się czepiają mojego sposobu chodzenia. Wreszcie było pływanie i gimnastyka, które pozostały do dziś… Myślę o DDRze, ale meble mi się trzęsą – -’

    Zaczęłabym mema growego, żeby coś więcej działo się w tych notkach, ale są dwa powody,które mnie powstrzymują. Po pierwsze, są tam rzeczy techniczne typu systemy i gameplaye, na które macham ręką, póki mi nie zawadzają. Po drugie, monotematyczność… Tak jak u Keiia łatwo się potknąć o FFVII, tak u mnie królowałby Torment z domieszką ME, a ileż można? I powód trzeci, bonusowy – nie trafiłam jeszcze na sequel, który by mnie zawiódł, wręcz  przeciwnie. Muszę poczekać na Dragon Age 2 :P

    #04 – A Song That Makes You Sad.

    Na co dzień nie zwracam na to specjalnej uwagi, ale takie coś jednak istnieje!

    COME UNDONE

    Tak sobie myślałam, czy z tym pytaniem też czegoś nie zrobić, ale może poczekam do numeru 22 :P Nie przepadam za wpędzaniem się w melancholijny nastrój z własnej woli, ale jeśli już, to własnie Come Undone przychodzi mi na myśl jako pierwsze. Alternatywą byłoby Never to know w wykonaniu Lene Marlin, ale przede wszystkim dlatego, że Się Kojarzy, a to to tamto wyżej, to tak jakoś samo z siebie.

    A teraz, wedle prośby:

    Tu mieszka Wielka Szu! Która zadomowiła się na WordPressie i też radośnie nawija o grach ;)

    A idąc za ciosem - tu mieszka panna Serika, którą trzeba zmotywować :P

    Spacer, spacer, jutro wreszcie spacer! Do pracy, ale zawsze :> 

    Nie znam dnia, w którym nagle dostanę nowy ulubiony cover. Ale czasem ten dzień zdarza się za późno i wtedy czytelnikom pozostaje słuchanie Kulki, a ja siedzę w kąciku i karmię się ich cierpieniem :P

    Mogłabym napisać o tym, jaki mam zwichrowany gust muzyczny i pławić się w radości, że w jednej – jednej! – gazeta nie bano się napisać, że Gaga NIE jest piosenkarką wybitną. Mogłabym napisać o oglądaniu jedynego w życiu anime DLA dubbingu, a nie MIMO niego i dlaczego żeby mieć konsolę, musiałabym dokupić nowy telewizor. Albo o tym, jak dziecko marzyło o nauce karate i dlaczego nic z tego nie wyszło, ale w zasadzie za dobry mam humor na to, poza tym w gruncie rzeczy niespecjalnie przepadam za tamtym dzieckiem, którym wtedy byłam. I o tym, jak bolesne jest bycie na bieżąco z ulubionym serialem, kiedy odcinki wychodzą raz w tygodniu i nie można sobie urządzić maratonu (chyba że powtórek, co bywa kuszące), ale że odcinek wychodzi akurat jutro, to jeszcze poczekam :>

    Problem tkwi w tym, że… ech, jestem nadal uziemiona i wszystkiego mi się odechciewa, najchętniej przespałabym resztę tygodnia, z przerwami na oglądanie… Nie, zaraz, w zasadzie to właśnie robię. W nocy śpię, a dnie spędzam na oglądaniu. O ile oszywiście ta paskudna machina działa. Bo czasem nie chce się włączyć. Albo się wyłączyć. Albo w ogóle. Na szczęście czasem, jak widać, chce, a wtedy mogę na przykład wydrukować tacie przepis na rogale. Tak na fali dnia dzisiejszego, świętomarcińskie. Złapał fazę na pieczenie i po dwóch falach słodkich bułek przyszedł czas na nowe eksperymenty. Mniam mniam. Jestem dobrej myśli :>

    #03 – A Song That Makes You Happy.

    Tu znowu będą dwie, a wybór miałam spośród wielu! Tylko że jedną odstąpiłam Serikowi, który też będzie robił mema, a resztę zostawię do rozterek przy pytaniu 21.

    GOES ON FOREVER
    Ta oto piosenka płynie za mną od ponad ośmiu lat, odkąd zdefiniowała mi moją osobistą Najlepszą Piosenkarkę Na Świecie i do tej pory się to nie zmieniło. Jeden z najlepszych napędów do chodzenia ze słuchadłem, niezależnie od pory roku i nastroju (który i tak zawsze wtedy robi się dobry) i… dawka optymizmu. I niech mi któraś powie, że miauczy, a ugryzę.

    HURRICANE 2000
    A to draństwo chodzi za mną nawet dłużej i też je kocham od piewrszego usłyszenia, czyli od kiedy tatuś kochany kupił sobie płytę, po czym stwierdził, że stare wersje lepsze. Fochnęłam się i mu zabrałam. Bo o ile starą wersję lubię, o tyle orkiestrowa jest Tym, O Co Mi Chodziło. Niezależnie, co by to miało być XD

    Serik, nie obijaj się, tylko rób tego mema się ucz!!!

    Jakże ja chcę powiewać, chcę powiewać, rozpaczliwie pragnę powiewać!!! Bez powiewania czuję się niekompletnym biszonenem. Niedowartościowanym. Wybrakowanym.

    Tak czy inaczej, od dziś do końca tygodnia siedzę w domu na zwolnieniu z okazji fiksacji żołądkowych, które pewnie do jutra mi przejdą, ale oł łel XD i patrzę na tym powiewających, zakompleksiając się na amen. Nie będę żadną damulką w opresji, będę wybawiać damulki z opresji we wzdychogenny i efektowny sposób. I efektywny!

    …Taa, kto mi uwierzy, z moją aparycją? Dodałabym sobie jakąś szpanerską bliznę, ale rodzicielka zapobiegawczo kupiła mi obieraczkę, żebym przypadkiem nie dotykała noży.

    Zwolnienie ma jedną wadę, oprócz tego, że jeśli mi faktycznie przejdzie do jutra, będzie mi głupio, bo czasem mam jakieś dziwne ataki sumienia _^_ Mianowicie tzreba siedzieć w domu i nie da się pójść na spacer. Muszę siedzieć z zasłoniętymi oknami, bo na zewnątrz taka ładna pogoda, taka kusząca! A w zeszłym tygodniu to w ogóle była jazda, co najmniej 15 stopni na wszystkich możliwych termometrach, słoneczko, jedna wielka wiosna, już czekałam, aż zerrorowane roślinki zaczną kwitnąć. I bęc, najpierw deszcz, potem zamknięcie w wieży, bo ironiczny los musiał mi się zaśmiać w twarz. Aaale. Może przynajmniej wykorzystam te dni na wyspanie się i wytforzenie? To prawie jak urlop. Tylko nie można wyjść na łapanie Wena.

    …Co najmniej 15 stopni, taaak, a te ciućmoki z galerii radośnie włączają ogrzewanie na cały regulator. A i tak znajome z pracy skarżą się, że im zimno. Toś to siok!

    Zerknęłam na ten zuy muzyczny mem i mnie zamurowało. Co to ma być, chcą żebym tu jakieś techno wrzuciła, czy co?! X__x Ewentualnie musiałabym rozróżniać te wszystkie random popowe piosenkareczki… Ale nie, jeśli o muzykę chodzi, to masochistką nie chcę być, ooo nie. Przynajmniej dopóki nie dotrę do pytania o „guilty pleasure”. I tak niniejszym podebrałam pytanie alternatywne od Irian:

    #02 – Your Favourite Cover.

    Covery są oszywiście ZUE. Chyba że usłyszę takie coś ZANIM poznam utwór właściwy XD Albo jeśli akurat śpiewa to mój ulubiony wykonawca. I proszę:

    GABA KULKA ŚPIEWA COVER

    Kulkowa muzyka łatwa nie jest, ale interesująca, owszem. I intrygująca. I wykonanie tego konkretnego utworu jest mrrruczne. Takie jest moje zdanie i ja je podzielam :D

    Z innych miłych rzeczy – nabyłam wreszcie Dobry Omen, mój własny, najwłaśniejszy Dobry Omen! Mało tego, nabyłam go w oryginale. Oryginał, proszę państwa, góruje nad przekładem w znaczącym stopniu – o ile prekład daje się czytać, owszem, czytając w wieku podstawówkowym nie miałam zastrzeżeń XD o tyle widać jak na dłoni, że popełniły go dwa ludzie. Dwa ludzie osobno. Ewidentnie nie konsultując się ze sobą. Do tego robiły te ludzie gupiutkie błędy tu i tam, wynikających z z niedorozumienia – bez znaczenia dla fabuły, ale też widoczne jak na dłoni. Nyo i widać tę śliczną mieszankę akcentów Shadwella,a to takie pouczające :D Z podobnym zachwytem patrzyłam na akcent Judysi Plum w Pat ze Srebrnego Gaju, którego przecież nijak nie dało się przełożyć (choć i tak jedno i drugie mówiło charakterystycznie). Bo ja kooocham dziwne akcenty! – powiedziało dziecko, które poszło na tegoroczny Festiwal Kultury Japońskiej i zrozumiało cały wybełkotany tam engrisz. 

    Ech, zostało jeszcze tyle książek, które chciałabym mieć… Póki co czekam na przetłumaczenie przedprzedostatniego tomu Koła Czasu. Nie jestem pewna, czy bym mu podołała w oryginale…

    Miała tu być kolejna notka oglądaniowa, tylko z większym natężeniem sensu (rrright), ale oglądanie zjadło mi kawałek mózgu, chyba właśnie ten z ośrodkiem sensu. Muszę poczekać, aż się zregeneruje.

    Oglądam bizony. Bizony Shinsengumi. Duuużo bizonów. Łaaadne bizony.

    Oraz różne dziwne rzeczy na Youtube, o.

    A teraz, ku motywacji dla Serisi: 

    Day 01 – Your Favourite Song.
    Day 02 – Your Least Favourite Song.
    Day 03 – A Song That Makes You Happy.
    Day 04 – A Song That Makes You Sad.
    Day 05 – A Song That Reminds You Of Someone.
    Day 06 – A Song That Reminds You Of Somewhere.
    Day 07 – A Song That Reminds You Of A Certain Event.
    Day 08 – A Song That You Know All The Words To.
    Day 09 – A Song That You Can Dance To.
    Day 10 – A Song That Makes You Fall Asleep.
    Day 11 – A Song From Your Favourite Band.
    Day 12 – A Song From A Band You Hate.
    Day 13 – A Song That Is A Guilty Pleasure.
    Day 14 – A Song That No One Would Expect You To Love.
    Day 15 – A Song That Describes You.
    Day 16 – A Song That You Used To Love But Now Hate.
    Day 17 – A Song That You Hear Often On The Radio.
    Day 18 – A Song That You Wish You Heard On The Radio.
    Day 19 – A Song From Your Favourite Album.
    Day 20 – A Song That You Listen To When You’re Angry.
    Day 21 – A Song That You Listen To When You’re Happy.
    Day 22 – A Song That You Listen To When You’re Sad.
    Day 23 – A Song That You Want To Play At Your Wedding.
    Day 24 – A Song That You Want To Play At Your Funeral.
    Day 25 – A Song That Makes You Laugh.
    Day 26 – A Song That You Can Play On An Instrument.
    Day 27 – A Song That Gets You In The Mood.
    Day 28 – A Song That Makes You Feel Guilty.
    Day 29 – A Song From Your Childhood.
    Day 30 – Your Favourite Song At This Time Last Year.

    Jakbym potrafiła wybrać JEDNĄ piosenkę na pytanie, prrrych.

    #01 – Your Favourite Song.

    Nyo więc! *chrząk chrząk* Dla ułatwienia podam ulubioną piosenkę w tym roku. W liczbie dwóch.

    PIOSENKA O SZALOTCE
    Jakoś tak wypatrzyłam panią Autumn na YT, zupełnie przypadkiem. I kilka jej piosenek mnie kopnęło, zainspirowało, a w dodatku kazało się śpiewać, kiedy nikt nie słyszy. Ta najbardziej. Najpierw zachwyciłam się melodią i śpiewem, potem wsłuchałam się w słowa… I znalazła drogę do moich opowieści. Dobra, mnóstwo spraw znajduje drgę do moich opowieści, więc to nic nowego.

    PIOSENKA O KOLORACH
    Toto z kolei przyszło do mnie w albumie „Almost Alice” i jakoś tak… ujęło. Poczułam się bezpieczna, ukołysana i otoczona kolorami, nawet na spacerze w niepogodę(bo piosenka dużuruje mi na słuchadle regularnie). I zaczęło mnie gryźć: kim jesteś tak poza tym, podmiocie liryczny, nyo kim? Odezwało się coś, przedstawiło się jako T. T. T. Pogodnik, przyprowadziło towarzystwo i namieszało mi w głowie. Sama nie wiem, czy cokolwiek z tego kiedyś wyniknie. Ale piosenka mi nie zbrzydła. Lepiej – też przyprowadziła towarzystwo.

    Żeby było śmieszniej, prawie żaden komp nie reaguje, kiedy podpinam pod niego moje słuchadło. Ono samo reaguje, owszem, ładuje się grzecznie, ale żeby choć trochę zmienić playlistę? A turlaj ty dropsa, naiwna właścicielko.

    …Ale kiedy miało się przewlekły kryzys tfurczy (pod kątem pisaniowym), to już niemal mogło się mówić o martfocie. Niemal, bo zwykle jest tak, że jeśli Miyak nie pisze, to zamiast tego rysuje, a jeśli nie rysuje, drze mordkę do wtóru Kokii-sama (którą po ośmiu latach kocham niezmiennie i może śmiało koncertować w Polsce co roku, zawsze wyjdę z bolącymi łapami od klaskania), Zdzisławy Sośnickiej i *gasp!* Tiny Turner i wtedy też czuje, że żuje żyje. Bloczek niestety podpada pod pisanie (no kidding!), a wydobycie z łebka pokręconych myśli i przemiana ich w słowa to proces jeszcze trudniejszy, kiedy się przez dłuuugi czas rysowało właśnie.

    Zawodowo nie dzieje się u mnie nic nowego, towarzysko działo się we wrześniu (koffciam Was, słoneczka :>), a tfurczo, to jak mówiłam, rysowanie. Fanartów. Rysowanie fanartów. A to stąd, że RPGi zjadają mi w tym roku mózg jak nigdy wcześniej. najpierw był Dragon Age, który pod pewnymi względami prawie dogonił Torment, potem było Arcanum, które ma śliczny pomysł, ale utknęłam, bo oczka bolą od grafiki, a wreszcie oba Mass Effecty, które Torment DOGONIŁY, choć klimatem i historią różnią się jak niebo od ziemi. I bęc! Tyle świetnych postaci, tyle świetnych momentów, tyle emocji, które jakoś trzeba wyładować – to po prostu musiało prowadzić do rysowania fanartów. Do. Rysowania. Fanartów. Przeze mnie. Nie poznajem siem O__o Ale zawsze to coś nowego dla mnie, a dobre wyzwania są dobre.
    I jeśli o rysownicze wyzwania chodzi, to styl mi się postanowił odmangowić, co po połowie życia zamangowionej jest tyleż potrzebne, co dezorientujące. A główny efekt jest taki, że frustruję się jak Rasputin, próbując dać sobie radę z mimiką. A już w ogóle ciężki szlag mnie trafia na sam widok jakiejś O MATKO KOCHANA, JAK CUDOWNIE NIEDORZECZNIE EKSPRESYJNEJ MORDKI, O JASNY GWINT, CO TO BĘDZIE, ZAKOCHAŁAM SIĘ PO USZY, ALE PRĘDZEJ ZADZIABIĘ SIĘ OŁÓWKIEM Z BEZSILNEJ WŚCIEKŁOŚCI NIŻ UDA MI SIĘ UWIECZNIĆ TEN UŚMIECH, TEN UŚMIECH, TEN UŚMIECH, I CO JA TERAZ POCZNĘ?!?!?!?!?… Uff. Za to z oczkami mam fazową zabawę. Z oczkami ZAWSZE mam fazową zabawę, niezależnie od stylu. I wolę nawet nie myśleć o tłach. A goryla dla Airel w ogóle z zamknietymi oczami rysować. Dam radę.

    O, a raz na jakiś czas to nawet film mi się zdarzy obejrzeć! Zwłaszcza, że mam potworne zaległości w tym, co obejrzeć bym chciała – a to dlatego, że kiedy już jestem na stronie z torrentami w wypożyczalni, z reguły zapominam, co to było i od czego zacząć _^_ Z ostatnio obejrzanych… to będzie Kołysanka, Karate Kid i pół Rewersu, bo się zmęczyłam i przerwałam oglądanie. Pewnie się za ambitne kino brać nie powinnam. Może jestem za głupia albo film nakręcono pod określony target i ten target mu recenzje pisze? Ale skoro wypożyczyłam komedię, a dostałam jakieś smętne i przygnębiające lichowieco, to dziękuję. Za to Kołysanka, na którą ludziki wygadują, że niemądra i nieśmieszna, rozbroiła mnie kompletnie i bardzo żałuję, że nie powstała jako zamierzony serial, bo może wtedy nie zostawiłaby niedosytu. Kung-fu Karate Kid służył do zbiorowego fazowania w kinie i nic mi nie zostało, jak tylko nauczyć się Prawdziwego Kung-fu przez zakładanie i zdejmowanie kurtki :D Z tego wszystkiego tylko Kołysanka była Zaległością do Nadrobienia…
    Ale proszę nie myśleć, że ja nic poza tym! Yattaman live był? Był. Zachwycił. Tekken live był? Był. Sfazował. KoF live z Mai Shiranui w charakterze Mary Sue, trójkątującej z podobno-Kyo i podobno-Iorim był? Był. SFAZOWAŁ. Prince of Persia też live był? Był. Zainspirował. Jak Wytresować Smoka było? Było. Rozczuliło na amen. Alicja w Krainie Czarów była? Była. Utknięta w połowie drogi między Burtonem a Disneyem, ale i tak warta obejrzenia. Nyo i czegóż chcieć więcej? Chyba tylko paru starszych filmów na własność. Kiedy akurat pamiętam, o które mi chodzi.

    Posłowotokowałam o filmach, a miałam o grach, ups? Ale każda z tych gier zasługuje na słowotok w osobnej notce, a chyba nie jestem na to psychicznie przygotowana :P Opcjonalnie mogłam pójść w jeszcze inną stronę, bo taka Kołysanka to wampiry, a wampiry mi ostatnio wróciły radośnie i intensywnie, a już prawie zapomniałam, że kiedykolwiek mi się zdarzyły. O, i jeszcze mogłabym zacząć mema piosenkowego. Żeby mieć co tu wrzucić w razie gdybym nie miała o czym pisać czyli prawie zawsze.
    Dobrej nocy życzy dziecko z jet-lagiem i idzie porządkować linki. Layout też by zmieniło, gdyby miało pomysł, na jaki :P

    Jesień to taka pora, gdy wszystko, co rośnie, złoci się i czerwieni, i tak pięknie odcina od szarości chmur, że aż przypomina to mały cud. A powietrze pachnie deszczem. I to jest motywujące.
    Zima… Zima powinna być biała, a nawet jeśli nie jest, to i tak szybko robi się ciemno i można sobie wyobrażać, zwłaszcza że powietrze pachnie mrozem. Zawinąć się w ciepłe poncho, z kubkiem herbaty z miodokrzewu, patrząc na rzędy czyichś okien, otoczonych kolorowymi światełkami. I to też jest motywujące.
    Wiosna – nyo to już oczywiste. Świat się budzi. Człowiek też się budzi ze stanu pół-hibernacji. Powietrze pachnie kwiatami i świeżą trawą, a zieleń ma ten uroczy, soczysty i jasny odcień. Drzewa spowija jakby zwiewna mgiełka, aż nagle wszystkie zaczynają kwitnąć. Pięknieć. Żyć. Jeśli to nie jest motywujące, to ja już nie wiem, co.
    A lato? Latem są wakacje, odpoczynek, pora na odnowienieżycia towarzyskiego, wyściskanie wszystkich bliskich znajomych i żerowanie na nich w poszukiwaniu pomysłów :> Ta pora, gdy gwiazdy świecą jak szalone, a jeziora zapraszają do kąpieli. Tak, to również jest motywujące, skąd wiedzieliście?

    To ja może powiem coś jeszcze, bo tak dawno się tu nie odzywałam, że aż wstyd: kiedy się czuje tę motywację, to od razu warto jest żyć. A pomysły przychodzą do mnie, żeby nie było! Nie straciłam tej motywacji, co właśnie uświadamiam sobie z całą siłą. I chociaż praca, chociaż smutki, chociaż co rusz ktoś próbuje ściągnąć na ziemię i każe dorosnąć, przez co trudniej osiągnąć ten niezwykły stan ducha, wymagany do pisania, to kiedy już znajdę czas, kiedy wprowadzę się w odpowiedni nastrój… Cóż, akt pisania nadal jest magiczny. I mam ochotę wykrzyczeć tę prawdę w głos.

    Czyż nie brzmi to jak prawda objawiona, z tych wygłaszanych przez Coelho? XD

    Może jeszcze będzie ze mnie duży dzielny koszmar.

    Dopadło mię ostatnio oklapnięcie – jak nie upał, to ulewa, na spacer iść się nie da, ciśnienie lata, samopoczucie dziwne. Potrzeba kontaktu z ludźmi, a jednocześnie taka pustka w głowie, że nie wiedziałabym, o czym z nimi pogadać, a samo wytulenie wszystkich przez net nie całkiem załatwia sprawę. Potrzeba pisania, a tymczasem wszystko wkoło rozprasza skutecznie.
    Postanowiłam przeczekać, robiąc sobie maraton Sailorek, na zmianę z oglądaniem Piratów Mrocznych Wód, czyli takiej hanna-barberowskiej serii z zamierzchłych czasów, której nigdy nie udało mi się obejrzeć całej, a lepiej późno niż wcale :> Co jednakowoż odmóżdża jeszcze bardziej, ale nie wnikajmy, przejdzie :>
    Odżywać zaczęłam, coraz wyraźniej uświadamiając sobie, że ten nadchodzący koncert Kokii-sama to nie jest szalony sen fangirla, ale nie będę z tego powodu drzeć się radośnie, bo już po północy. Na razie nie będę >:D
    I mam nadzieję, że jeszcze trochę się nawącham akacji, zanim całkiem przekwitną…

    O, a dziś w naszym bezustannie się reklamującym, a wciąż mało uczęszczanym centrum handlowym była impreza dla dzieci i rodziców na przyczepkę. Niewiele widziałam, ale rozdawano w nagrodę suszarki, gofrownice i… popcornowice? _^_ Naaajpierw był konkurs wiedzy o mamach! Poootem konkurs na pogiętego tatę (nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć)! Jeeeszcze potem cosplay i pokaz talentów – było na przykład dziewczątko ze skrzypcami, a potem drugie z konew… saksofonem. I było miło, bo muzyka grała cicho, cichuteńko, mogłam się odprężyć, a wszędzie biegały małe potworki przebrane za księżniczki. Załamałam się dopiero podczas karaoke, bo albo prowadzący nie przynieśli zróżnicowanego repertuaru, albo dzieciarnia innego nie znała. Szły na zmianę trzy piosenki Feel i jedna Dody. Tak przez godzinkę z hakiem. Z przerwą na „Orła cień” i „Hej sokoły”. Na bogów! Czy dzisiejsze dzieci słuchają tylko Dody i Feel? Moje ewentualne dzieci nie będą słuchały Dody i Feel O__o Będą wyrzutkami społeczeństwa, ale trudno, nie pozwolę im. Mam traumę. Bardzo.
    Ale poza tym było fajnie XD

    I chcę drugi tom „Muzyki Marie”. I „Łups!”.

    I zastanawiam się bezustannie, co było pierwsze: Korona czy Ogrody?


    • RSS