Nabrałam ochoty, by napisać o wspominkach z dawnych lat, jakie mię ostatnio dopadły, a dotyczyły Dziecięcego Marzenia nr 3 o
pracy głosem. Niestety, po pierwsze podczas pisania od razu przypominam sobie, że do tego musiałabym mieć charyzmę, dykcję,
talent, być rozmowna i umieć słuchać samej siebie bez skrzywienia.Po drugie, a może po pierwsze i pół, jak się jest
niespełnionym dzieckiem przed trzydziestką i odgrzebuje się dziecięce marzenia, to może się skończyć konfrontacją, napływem
gorzkiego cynizmu i rozprawieniem się z marzeniami na dobre. Aż tak źle raczej ze mną nie jest (uff), ale… kiedy mowa o
dziecięcych marzeniach, nie ma siły, by nie wróciły do mnie Sailorki, a zwłaszcza nieszczęsna Super S-ka, która była, jaka
była, ale miała też parę trafionych motywów. I z perspektywy czasu smutnych. Bo one wszystkie marzyły, nieprawdaż, o
pomaganiu ludziom, hodowaniu kwiatków i pieczeniu ciasteczek, karierze estradowej, sukcesach, miłości i czym tam jeszcze, a
przecież wiedziały, jaka je czeka przyszłość. Wieczne stanie na straży pokoju we wszechświecie i świecenie kryształami na
wrogów. Nie pamiętały o tym na co dzień? Nie chciały pamiętać? Co powiedziałyby na ten temat, gdyby je zapytać? Manga to już
całkiem się z tymi marzeniami rozprawiła pod koniec, anime jeszcze się pod tym względem trzymało…
O Sailorkach musiałam wspomnieć, bo wszak w późnej podstawówce łapałam za magnetofon, urządzałam w swoim pokoju studio i je
do tego studia zapraszałam, a co! Z początku sama wszystkie seiyuowałam (ojeja, jak to dumnie zabrzmiało!) i chyba nawet były
do rozróżnienia; potem wciągnęłam do zabawy koleżankę, podzieliłyśmy się rolami i fazowałyśmy razem, nakręcając się nawzajem.
I Rei zawsze mówiła przez nos, bo zrobiłyśmy z niej wieczną alergiczkę. Nie jestem pewna, ale chyba miałyśmy do niej jakieś
pretensje – że jak tylko się pojawiała, kradła cały blask, czy coś takiego?… ;P
A z drugą koleżanką wyśpiewywałam koncerty. Często improwizowane. Ale to jest jakieś takie trochę straszne wspomnienie, wolę
go na wierzch nie wyciągać X__x
Śpiewanie trzymało się mnie przez chwilę i do dziś mam jego napady, zwłaszcza kiedy nikt nie słyszy. Ale najbardziej chciałam
być właśnie radiówką – podawać wiadomości, zapowiadać muzykę, a przede wszystkim występować w słuchowiskach. Byłam tym
dzieciem, które w szkole się pierwsze zgłaszało do recytowania wierszyków i czytania czytanek, dostając za to o tyyyle
uznania ze wszystkich możliwych stron. Nie do wiary, prawda? I ten dzieć właśnie, będąc w pierwszej klasie, wystąpił z
kawałkiem bajki na konkursie czytankowym – a raczej poza konkursem, bo i poza konkurencją – dostając morze pochwał i wbijając
się w dumę. Wtedy nie wiedział jeszcze, że dzieci są chwalone, bo je chwalić należy, i że kiedy zacznie dorastać, nie
powinien wiecznie jechać na uznaniu przeznaczonym dla tamtego dziecia, bo ten napęd się kiedyś wyczerpie. A potem coraz
rzadziej miał ochotę się odzywać w obecności klasy, ale to już całkiem inna historia, łącząca się również z tą o dzieciu,
który nie został dzielną bohaterką, dosyć szara i w gruncie rzeczy nudna.
Ale ze mnie jest bardzo statyczna istota, dlatego umiłowanie muzyki we mnie pozostało, dlatego jestem głosową fetyszystką,
dlatego zazdroszczę ludziom, którzy nawijają gdzieś tam w eterze i zawsze wiedzą, co powiedzieć, albo śpiewają na scenie i
nie chrypną. I z całego serca podziwiam tych, którzy ożywiają swoimi głosami postacie w anime, a odkąd coraz więcej mam do
czynienia z grami w pełni ugłosowionymi, to i w grach. Moooże oprócz dubbingu w FF10, do którego się pewnie nigdy nie
przekonam, chyba że zamknę oczy i zapomnę jak koszmarnie niezgrana jest część audio z częścią wizualną. A może jednak zapomnę
od razu? Kiedy już wreszcie zagram w toto z Vanny, będę mogła myśleć o fajniejszych rzeczach w trakcie – na przykład o tym,
kto tam miał kogo cosplayować ;)
Taaak. A skoro już było o tym nawijaniu na żywo w eterze, to nie mogę nie wspomnieć o tym, jak chyba ze dwie godziny
nawijałam wraz z uke do mikrofonu o zrzuceniu bomby na Mazury i co z tego wynikło. Mianowicie napastnik miał zrzucić tę bombę
na Hiroszimę, ale przespał swoją kolejkę zahibernowany gdzieś na morzu przez czterdzieści parę lat, a kiedy już się
rozmroził, pomylił kurs. I po zrzuceniu bomby na Mazury stał się wielką sensacją i celebrytą, i tematem do całej serii
dalszych reportaży, zwłaszcza po tym, jak zaczął cięgiem oświadczać się pielęgniarkom. Na-bo-gów. Ja to muszę odkopać i
przesłuchać. I te Sailorki też!!!
Dobrze, że tu przyszłam, bo dobija mnie ten Red Garden coraz bardziej, a ponieważ Level E ciągnie się
powolutku, nie miałam czym odreagować. Zanim więc dam nura w czeluście szafki w poszukiwaniu kasety z Sailorkami, wstawię
jeszcze to coś poniżej, żeby potem nie musieć tego szukać, o!

Tak Miyaki poprawiają
sobie humorek:
przez nakanokimi
RANYBORSKIECOTEŻCISEIYÛPOTRAFIĄWYPRAWIAĆZTYMIGŁOSAMIJATEŻTAKCHCĘ!!! *____*

A skoro już się nauczyłam wstawiać całe filmiki na bloga, to teraz zaszpanuję!

#07 – A Song That Reminds You Of A Certain Event.
 
Myślałam o tym długo i dłużej, i dłuuużej, ale zawsze na słowa „certain event” jako pierwszy przychodzi mi do głowy zjazd
wakacyjny w 2004 roku. Nie wiem, może to też sprawka flashbacków z czasów, kiedy wszystko było Lekkie, Łatwe i Przyjemne
(TM), ale samo wspomnienie też jest przyjemne. Zawiera spadające gwiazdy, dziurawy pomost, nieistniejący namiot, taniec nad
jeziorem z kamienną twarzą (nie moją) i przedzieranie się nocą przez krzaki, z komórkami w roli latarek.
I o ile piosenek, które mi się kojarzą, mam dobre kilka, o tyle najbardziej oszywista jest przecież ta:

A nie? :>

#02. Ulubiona postać
Że niby z gry, uważacie. Bo przecież postaci z gier wcale nie jest od cholery i ciut-ciut i wcale nie znalazłam całego stadka
sobie do kochania. I wcale nie mam o taaakieeego dylematu. Ale zaraz ten brak dylematu rozwiążę w sposób może dyskusyjny, ale
jedyny, jaki mam, oddając swój głos na…
Komandor Shepard (która jest kobietą)

 
Rozwiązanie dyskusyjne, bo to w końcu postać z erpega, a postać z erpega, jak wiadomo, jest zwykle pustym kostiumikiem na
self-insertion, rrright? A FIGA. Bo o ile owszem, mogłam ją do pewnego stopnia odgrywać i kierować jej decyzjami, o tyle
bardzo szybko objawiła swój własny mocny charakter, nieodpartą charyzmę i umiejętność radzenia sobie nawet w najbardziej
kiepskich sytuacjach (nyo, powieeedzmy). Normalnie takie postacie nazywa się merysułami – i owszem, jeśli istnieją żywe,
wiarygodne i przekonujące merysuły, to bez wątpienia Shepcia wiedzie wśród nich prym. Pokochałam ją błyskawicznie, bo okazała
się taką postacią, o jakich lubię… hmm, o jakich chciałabym pisać bez żadnego przerysowania…
 
A dlaczego Shepard jest kobietą, poza tym, że BO TAK? Nawiązując do poprzedniej części notki, ta pani wiele zawdzięcza
genialnie dopasowanemu i pełnemu charakteru głosowi, za co jestem skłonna postawić pani Jennifer Hale ołtarzyk i bić pokłony
*___* Dla odmiany Shepcio brzmi straszliwie bezpłciowo, w przeciwnym razie już dawno przeszłabym nim grę i poderwała mój
osobisty obiekt westchnień, wzdeeech… Oszywiście są i tacy, którzy powiedzą, że właśnie nie, bo on brzmi jak żołnierz z
prawdziwego zdarzenia, a ona jak baba z wiecznym PMSem, ale to już zahacza o pytanie o voice acting, a do tego jeszcze kiedyś
dojdę.
Gwoli dopełnienia obrazu – moja Shepcia, która tak tu ładnie pozuje, jest sentinelem (taki space-operowy mag/łotrzyk), ma dwie wredne traumy z
przeszłości, dwie następne z teraźniejszości i bliznę, której prawie nie widać, płych – -’ 

Dobranoc, dziubaski! Jeśli nie porwie mnie rysowanie następnego fanarta do RG, zasnę z uśmiechem. NYAN~! =^.^=