star-miya blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 7.2011

    Nabrałam ochoty, by napisać o wspominkach z dawnych lat, jakie mię ostatnio dopadły, a dotyczyły Dziecięcego Marzenia nr 3 o
    pracy głosem. Niestety, po pierwsze podczas pisania od razu przypominam sobie, że do tego musiałabym mieć charyzmę, dykcję,
    talent, być rozmowna i umieć słuchać samej siebie bez skrzywienia.Po drugie, a może po pierwsze i pół, jak się jest
    niespełnionym dzieckiem przed trzydziestką i odgrzebuje się dziecięce marzenia, to może się skończyć konfrontacją, napływem
    gorzkiego cynizmu i rozprawieniem się z marzeniami na dobre. Aż tak źle raczej ze mną nie jest (uff), ale… kiedy mowa o
    dziecięcych marzeniach, nie ma siły, by nie wróciły do mnie Sailorki, a zwłaszcza nieszczęsna Super S-ka, która była, jaka
    była, ale miała też parę trafionych motywów. I z perspektywy czasu smutnych. Bo one wszystkie marzyły, nieprawdaż, o
    pomaganiu ludziom, hodowaniu kwiatków i pieczeniu ciasteczek, karierze estradowej, sukcesach, miłości i czym tam jeszcze, a
    przecież wiedziały, jaka je czeka przyszłość. Wieczne stanie na straży pokoju we wszechświecie i świecenie kryształami na
    wrogów. Nie pamiętały o tym na co dzień? Nie chciały pamiętać? Co powiedziałyby na ten temat, gdyby je zapytać? Manga to już
    całkiem się z tymi marzeniami rozprawiła pod koniec, anime jeszcze się pod tym względem trzymało…
    O Sailorkach musiałam wspomnieć, bo wszak w późnej podstawówce łapałam za magnetofon, urządzałam w swoim pokoju studio i je
    do tego studia zapraszałam, a co! Z początku sama wszystkie seiyuowałam (ojeja, jak to dumnie zabrzmiało!) i chyba nawet były
    do rozróżnienia; potem wciągnęłam do zabawy koleżankę, podzieliłyśmy się rolami i fazowałyśmy razem, nakręcając się nawzajem.
    I Rei zawsze mówiła przez nos, bo zrobiłyśmy z niej wieczną alergiczkę. Nie jestem pewna, ale chyba miałyśmy do niej jakieś
    pretensje – że jak tylko się pojawiała, kradła cały blask, czy coś takiego?… ;P
    A z drugą koleżanką wyśpiewywałam koncerty. Często improwizowane. Ale to jest jakieś takie trochę straszne wspomnienie, wolę
    go na wierzch nie wyciągać X__x
    Śpiewanie trzymało się mnie przez chwilę i do dziś mam jego napady, zwłaszcza kiedy nikt nie słyszy. Ale najbardziej chciałam
    być właśnie radiówką – podawać wiadomości, zapowiadać muzykę, a przede wszystkim występować w słuchowiskach. Byłam tym
    dzieciem, które w szkole się pierwsze zgłaszało do recytowania wierszyków i czytania czytanek, dostając za to o tyyyle
    uznania ze wszystkich możliwych stron. Nie do wiary, prawda? I ten dzieć właśnie, będąc w pierwszej klasie, wystąpił z
    kawałkiem bajki na konkursie czytankowym – a raczej poza konkursem, bo i poza konkurencją – dostając morze pochwał i wbijając
    się w dumę. Wtedy nie wiedział jeszcze, że dzieci są chwalone, bo je chwalić należy, i że kiedy zacznie dorastać, nie
    powinien wiecznie jechać na uznaniu przeznaczonym dla tamtego dziecia, bo ten napęd się kiedyś wyczerpie. A potem coraz
    rzadziej miał ochotę się odzywać w obecności klasy, ale to już całkiem inna historia, łącząca się również z tą o dzieciu,
    który nie został dzielną bohaterką, dosyć szara i w gruncie rzeczy nudna.
    Ale ze mnie jest bardzo statyczna istota, dlatego umiłowanie muzyki we mnie pozostało, dlatego jestem głosową fetyszystką,
    dlatego zazdroszczę ludziom, którzy nawijają gdzieś tam w eterze i zawsze wiedzą, co powiedzieć, albo śpiewają na scenie i
    nie chrypną. I z całego serca podziwiam tych, którzy ożywiają swoimi głosami postacie w anime, a odkąd coraz więcej mam do
    czynienia z grami w pełni ugłosowionymi, to i w grach. Moooże oprócz dubbingu w FF10, do którego się pewnie nigdy nie
    przekonam, chyba że zamknę oczy i zapomnę jak koszmarnie niezgrana jest część audio z częścią wizualną. A może jednak zapomnę
    od razu? Kiedy już wreszcie zagram w toto z Vanny, będę mogła myśleć o fajniejszych rzeczach w trakcie – na przykład o tym,
    kto tam miał kogo cosplayować ;)
    Taaak. A skoro już było o tym nawijaniu na żywo w eterze, to nie mogę nie wspomnieć o tym, jak chyba ze dwie godziny
    nawijałam wraz z uke do mikrofonu o zrzuceniu bomby na Mazury i co z tego wynikło. Mianowicie napastnik miał zrzucić tę bombę
    na Hiroszimę, ale przespał swoją kolejkę zahibernowany gdzieś na morzu przez czterdzieści parę lat, a kiedy już się
    rozmroził, pomylił kurs. I po zrzuceniu bomby na Mazury stał się wielką sensacją i celebrytą, i tematem do całej serii
    dalszych reportaży, zwłaszcza po tym, jak zaczął cięgiem oświadczać się pielęgniarkom. Na-bo-gów. Ja to muszę odkopać i
    przesłuchać. I te Sailorki też!!!
    Dobrze, że tu przyszłam, bo dobija mnie ten Red Garden coraz bardziej, a ponieważ Level E ciągnie się
    powolutku, nie miałam czym odreagować. Zanim więc dam nura w czeluście szafki w poszukiwaniu kasety z Sailorkami, wstawię
    jeszcze to coś poniżej, żeby potem nie musieć tego szukać, o!

    Tak Miyaki poprawiają
    sobie humorek:
    przez nakanokimi
    RANYBORSKIECOTEŻCISEIYÛPOTRAFIĄWYPRAWIAĆZTYMIGŁOSAMIJATEŻTAKCHCĘ!!! *____*

    A skoro już się nauczyłam wstawiać całe filmiki na bloga, to teraz zaszpanuję!

    #07 – A Song That Reminds You Of A Certain Event.
     
    Myślałam o tym długo i dłużej, i dłuuużej, ale zawsze na słowa „certain event” jako pierwszy przychodzi mi do głowy zjazd
    wakacyjny w 2004 roku. Nie wiem, może to też sprawka flashbacków z czasów, kiedy wszystko było Lekkie, Łatwe i Przyjemne
    (TM), ale samo wspomnienie też jest przyjemne. Zawiera spadające gwiazdy, dziurawy pomost, nieistniejący namiot, taniec nad
    jeziorem z kamienną twarzą (nie moją) i przedzieranie się nocą przez krzaki, z komórkami w roli latarek.
    I o ile piosenek, które mi się kojarzą, mam dobre kilka, o tyle najbardziej oszywista jest przecież ta:

    A nie? :>

    #02. Ulubiona postać
    Że niby z gry, uważacie. Bo przecież postaci z gier wcale nie jest od cholery i ciut-ciut i wcale nie znalazłam całego stadka
    sobie do kochania. I wcale nie mam o taaakieeego dylematu. Ale zaraz ten brak dylematu rozwiążę w sposób może dyskusyjny, ale
    jedyny, jaki mam, oddając swój głos na…
    Komandor Shepard (która jest kobietą)

     
    Rozwiązanie dyskusyjne, bo to w końcu postać z erpega, a postać z erpega, jak wiadomo, jest zwykle pustym kostiumikiem na
    self-insertion, rrright? A FIGA. Bo o ile owszem, mogłam ją do pewnego stopnia odgrywać i kierować jej decyzjami, o tyle
    bardzo szybko objawiła swój własny mocny charakter, nieodpartą charyzmę i umiejętność radzenia sobie nawet w najbardziej
    kiepskich sytuacjach (nyo, powieeedzmy). Normalnie takie postacie nazywa się merysułami – i owszem, jeśli istnieją żywe,
    wiarygodne i przekonujące merysuły, to bez wątpienia Shepcia wiedzie wśród nich prym. Pokochałam ją błyskawicznie, bo okazała
    się taką postacią, o jakich lubię… hmm, o jakich chciałabym pisać bez żadnego przerysowania…
     
    A dlaczego Shepard jest kobietą, poza tym, że BO TAK? Nawiązując do poprzedniej części notki, ta pani wiele zawdzięcza
    genialnie dopasowanemu i pełnemu charakteru głosowi, za co jestem skłonna postawić pani Jennifer Hale ołtarzyk i bić pokłony
    *___* Dla odmiany Shepcio brzmi straszliwie bezpłciowo, w przeciwnym razie już dawno przeszłabym nim grę i poderwała mój
    osobisty obiekt westchnień, wzdeeech… Oszywiście są i tacy, którzy powiedzą, że właśnie nie, bo on brzmi jak żołnierz z
    prawdziwego zdarzenia, a ona jak baba z wiecznym PMSem, ale to już zahacza o pytanie o voice acting, a do tego jeszcze kiedyś
    dojdę.
    Gwoli dopełnienia obrazu – moja Shepcia, która tak tu ładnie pozuje, jest sentinelem (taki space-operowy mag/łotrzyk), ma dwie wredne traumy z
    przeszłości, dwie następne z teraźniejszości i bliznę, której prawie nie widać, płych – -’ 

    Dobranoc, dziubaski! Jeśli nie porwie mnie rysowanie następnego fanarta do RG, zasnę z uśmiechem. NYAN~! =^.^=

    Miałam pisać zupełnie o czym innym, ale się, cholera, nie da.
    Czekam z utęsknieniem na treci sezon Pamiętników wampirów. Pozostaję nieutulona w żalu po zakończonej Grze o tron. Gdybym mogła je nadal oglądać, to czy emocje, które teraz wylewają mi się przez uszy, rozłożyłyby się równo, czy tylko jeszcze bardziej by się spotęgowały?
    Co mnie podkusiło do oglądania dwóch anime na zmianę (z przerwami na trzecie, krótsze, a ściągające się dłużej)? Oglądam Macross Frontier, tęskniąc za Hervem Red Garden. Oglądam Red Garden, tęskniąc za Macrossem. Z jednej strony urocza (to słowo zawsze wzbudza we mnie podejrzliwość, ale cóż) przygodowo-śpiewana space opera, z drugiej – obyczajówka z zabijaniem w tle, przez którą mam coraz większą ochotę się rozryczeć. Wciągające fabułki, udane zestawy postaci, całe dnie zastanawiania się, o co tu właściwie biega i do czego zmierza, kogo należałoby wygłaskać i wyściskać, a komu odgryźć głowę. Odstawiłabym któreś na potem, ale sama myśl o tym boli, przez co jestem rozdarta jako ta nieśmiertelna sosna z [tfu]Ludzi bezdomnych[/tfu].
    Trochę mi brakuje poprzedniego, całkiem przecież niedawnego stanu ducha, który najczęściej objawiał się skakaniem dookoła pokoju, piszcząc o tym, jak to bogowie mnie kochają. Ale wolę, żeby mi się kabelki nie przepaliły, a czas na to będzie, kiedy filmowa wersja Alicji w Krainie Bizonów* zagości już na moim ekranie.

    Swoją ścieżką, to podejście do oglądania wiele wyjaśnia na temat pt. „dlaczego Miyak przestał recenzować”… Zbyt osobiste podejście, ot. W czasach czynnego udziału w hodowaniu Tanuka, coby wyrósł duży i silny, brałam do omawiania takie anime, do których byłam przywiązana, albo takie, od których większość pozostałych recenzentów odpadła z gwizdem albo nawet nie mogła się zmusić do zaczęcia (wakuwaku, tenshi ni naritaaaaaaaaai~!). Nyo i jakoś tak często na jedno wychodziło, i już-już byłam bliska zrecenzowania Onegai My Melody, na szczęście w porę się opamiętałam. Żebym przywiązała się do czegoś aktualnie oglądanego/czytanego/słuchanego/granego, wystarczy mi jakiś jeden szczegół, postać, scenka, nutka itepede – i choć rozsądek wskazuje mi cały szereg wad tego czegoś, przywiązana pozostaję. I jak ja mam o tym mówić albo pisać poza gronem wtajemniczonych znajomych, którzy rozumieją? Co mogę powiedzieć od strony treści, co miałoby sens, a co mogę powiedzieć od strony technicznej WOGLE? Zamiast dzielić jakąkolwiek twórczość na dobrą i złą, dzielę na porywającą (MNIE) i nie porywającą (MNIE). I chyba jedynym anime, jeśli nie wręcz jedynym czymkolwiek, które uwielbiam bezkrytycznie i bez oporów, jest Utena, którą niedawno obejrzałam trzeci raz w życiu (znaczy, w całości, a nie urywki), po paru latach – i z każdym kolejnym obejrzeniem upewniam się, że jest to najlepsze anime, jakie widziałam. I że być może nawet coraz więcej z niego rozumiem, choć ciągle nie potrafię ubrać tego w słowa.
    Wróciłabym do Gravi, tak mi się wczoraj pomyślało, kiedy znowu chciało mi się ryczeć (NA GWIZDEK JA CZYTAŁAM TEN CHOLERNY SPOILER DO RED GARDEN!? T__T). Wróciłabym sprawdzić, czy przyciąganie znowu zadziała. Na razie trochę się boję, ale pewnie przestanę, bo oszywiście mało mi tęsknot, więc zatęskniłam za Hiro.

    Trochę mi to zajęło, ale miały być dwa memy, więc będą dwa memy!

    #01 – Pierwsza gra
    Z pierwszymi grami komputerowymi** tak wogle miałam do czynienia na małym przedpotopowym (choć jeszcze nie wtedy) sprzęcie, który tata czasem przynosił nie wiem skąd, chyba z pracy; nyo i tam był Arkanoid, i taki gostek zbierający owoce jadalne, uciekając przed niejadalnymi. Potem była atarynka kuzynka Cinka, ale jakoś gorzej mi szło łażenie po nawiedzonym domu i nie danie się zabić, niż patrzenie jak Cinkowi się to udaje ;) Aż wreszcie pierwsza klasa podstawówki i prezent w postaci mojej własnej amigi 500, a dołączona do niej była…

    Moja piersa własna gra! ^o^
    Tak gwoli wyjaśnienia, głównemu bohaterowi taka wielka uchachana zielona gęba porwała rodzinkę, więc śpieszył jej na ratunek, o! Moje ulubione momenty to wchodzenie do kolejnych arsenałów i wybieranie sobie nowej giwerki – zwłaszcza jeśli trafiła się ta strzelająca we wszystkie strony bańkami mydlanymi. Naprawdę O__o

    #06 – A Song That Reminds You Of Somewhere
    Nie cierpię tego pytania, ot co! Znacznie łatwiej byłoby mi wymyślić miejsca, w których słyszę konkretną muzykę (i zwykle są to moje trasy spacerów), ale to nie to samo. Albo wydarzenia, o których będzie mowa w pytaniu następnym, a które działy się w konkretnych miejscach :P I jedyne, co w chwili obecnej przychodzi mi do głowy, to…
    LOSOWA PERUWIAŃSKA MELODYJKA!
    Czyli konkretnie Ustka. A jeszcze konkretniej – promenada w Ustce. Tzry nieszczęsne tygodnie pełne promenady w Ustce, ale wolę się w to wspomnienie nie zagłębiać za bardzo, bo znowu wyjdzie wydarzenie :P

    O jasny gwint, aż mi się humor poprawił, trzeba iść przełożyć go na energię, którą włożę w gimnastykę, która przełoży się na więcej dobrego humoru! Endorfiiiiiiiinyyyyyyyy~~~

    * Czy jakoś tak ;)
    ** Bo JESZCZE wcześniej były takie małe czarno-szare cosie z Wilkiem i Zającem, i łapaniem jajek. Ale w to już sama nie grałam O__o


    • RSS