Tak sobie słucham tej nieszczęsnej (i cudownie inspirującej) Szalotki i o ile zazwyczaj przywołuje mi do głowy wspomnienie o pewnej Damie, która przewija się przez światy od czasu do czasu, o tyle dziś myślę o nieszczęśliwych zakochaniach. Taak. Może to ta pogoda. O nieszczęśliwych zakochaniach w opowieściach, dodam, bo innych przypadków nie znam. I tak się zazwyczaj zdarza, że ofiarą strzały amora jest niewiasta, bo w przeciwnym przypadku robi się wokół niej harem. A może coś przeoczyłam? Wspomniałabym uczucie Kou Seiyi do Usagi, ale jego płeć jest kwestionowalna :P
Nyo dobra, przypuśćmy, że mamy bohaterkę zakochaną nieszczęśliwie w facecie, który:
a) jej nie zauważa (Hiiragi)
b) zauważa, ale nie bierze pod uwagę (Hiiragi?)
c) jest zimnym draniem i perfidnie ją wykorzystuje (Hiiragi!)
d) w ogóle kocha inną i mu przykro (albo nie).
W tej sytuacji boahterka ma dwa wyjścia. Po pierwsze, zmarnieć z tęsknoty i jako malowniczy trup popłynąć łódką prosto pod okno swojego obiektu, który złapie errora. Ewentualnie nawiedzać go z zaświatów, gwarantując, że jeśli obiekt jest zimnym draniem, to od tego na pewno dostanie wyrzutów sumienia. Chyba że, jak w Tormencie, ma amnezję i może tylko zastanawiać się, co to za baba i czego chce. A potem i tak dostać wyrzutów sumienia.
Po drugie, może taka wyleczyć się z zakichania, znaleźć sobie nowy obiekt i żyć długo i szczęśliwie. Jak Uta Yumeno, której należy się za to kopniak. Jak Ayumi Yamada, której zajęło to tyyyle czaaasu (bycia strzeżoną przez stado jednorożców). Jak moja kochana Vaneshka wreszcie, która po tym przeżyciu nabrała charakteru. I dobrze, życzę im szczęścia, pod warunkiem, że obiekt zastępczy nie okaże się ciołkiem bez iskry (i chwała ci, Ketris, że też się wyrobiłeś).

Co z kolei przywodzi mi na myśl zjawisko wyższości ciołków bez charakteru nad wyrazistymi antagonistami. Bo jakoś tak się składa, że zazwyczaj są antagonistami XD
Pamiętam, jak w „Ani na uniwersytecie” Ania napisała opowiadanie, dała je do przeczytania znajomym… i została objechana za odstrzelenie antagonisty i wyswatanie bohaterki ze smętnym muminkiem, który wygłaszał kwiecisty monolog przez dwie strony, nie dając biedaczce dojść do głosu. A tymczasem antagonista był porządnym męskim mężczyzną z charakterem i zdecydowanie lepszym wyborem. I to, niestety, często się zdarza! Czego ci autorzy się boją – że będą takiego musieli zreformować? Że im to nie wyjdzie i zepsują udanego postacia? W to jeszcze mogę uwierzyć… Ewentualnie może taki nie stworzyłby dobranej pary z bohaterką – ale w takim razie po grzyba tak między nimi iskrzyć przez większość opowieści? Żeby na koniec go odstrzelić albo wysłać do Ameryki?
Niby nie dziwi mnie, dlaczego Emilka Starr nie wybrała Deana ostatecznie, ale nigdy nie zrozumiem, co widziała w Teddym Kencie. Że kolega tfurca?…
Albo spoko, wyswatajmy taką Utę z zupełnie zwyczajnym chłopakiem z sąsiedztwa, akurat wtedy, kiedy dotychczasowy zimny drań zdał sobie sprawę z własnych uczuć. O ile wcześniej nie kibicowałam temu pairingowi (bo pairingi w rodzaju „fangirl + idol” wywołują u mnie załamanie łapek), o tyle Hiiragiego miałam wielką ochotę wygłaskać. Nie spuścić lania, bo tak późno mu to przyszło, ale właśnie wygłaskać…
Po prostu nie mogę nie stawać w obronie wszystkich Maurycych Lennoxów w opowieściach :(

Zastanawiam się, jak to jest w odwrotnym przypadku, ale trudno powiedzieć. Podobno mężczyźni poślubiają zołzy, tak głosi pewien bestseller, ale że napisała go kobieta, to może być teza przekłamana :P W haremówkach zwykle wybór pada na tsundere, ale że bohaterowie są jacy są, nie zamierzam ich brać pod uwagę _^_

Śmiesznie jest, bo w zasadzie miałam pisać o czymś zupełnie innym, ale już zdążyłam zapomnieć, o czym.

A teraz, Panie i Inne Panie, pozwolę sobie zapowiedzieć Wam Mema Growego! Do którego zmotywowała mnie niezawodna VanVan i zabiorę się za niego od następnej notki. Jak już się psychicznie przygotuję. Żeby mieć czym miejsce zapełniać, tak jeszcze bardziej.

1. Pierwsza gra.
2. Ulubiona postać.
3. Niedoceniona moim zdaniem gra.
4. Gra będąca moim “guilty pleasure”.
5. Postać z gry, którą najbardziej przypominam/chciałabym przypominać.
6. Najbardziej irytująca postać z gry.
7. Ulubiona growa para.
8. Najlepsza ścieżka dźwiękowa z gry.
9. Najsmutniejsza growa scena.
10. Tytuł z najlepszym gameplayem.
11. Ulubiony system z gry.
12. Gra, w którą każdy powinien zagrać.
13. Gra, którą przeszłam przynajmniej trzy razy.
14. Ostatnia growa tapeta.
15. Screen z gry, w którą aktualnie gram.
16. Gra z najlepszymi przerywnikami.
17. Ulubiony antagonista.
18. Ulubiony sprzęt do grania.
19. Screen miejsca w grze, w którym chciałabym mieszkać.
20. Ulubiony gatunek.
21. Gra z najlepszą fabułą.
22. Sequel, który mnie zawiódł.
23. Tytuł z najlepszą grafiką/stylem graficznym.
24. Ulubiona gra z czasów dzieciństwa.
25. Gra, w którą planuję zagrać.
26. Najlepszy voice acting.
27. Najbardziej epicka scena.
28. Ulubiony developer.
29. Gra, która bardzo mi się spodobała, mimo że zupełnie się tego nie spodziewałam.
30. Ulubiona gra wszech czasów.

Buhaha. Nyo, to już możemy brać się za mięsko:

#05 – A Song That Reminds You Of Someone.

Stlasne pytane, po plostu stlasne. Albowiem mam do wyboru od groma ludziów i jeszcze więcej piosenek. Bo proszę, na przykład TO i całą Tori Amos mogłabym podpiąć pod Vannysia, TO i cały Blind Guardian pod Serisię, a cały rząd filmowo-growych muzyczek z TYM na czele, pod Airelka. Opening do Cutie Honey przywodzi mi na myśl Alirkę, nieśmiertelny „Velvet Underworld” – Tencię, „Ocean Gypsy” BN – Irian, „Forever not yours” a-ha – moje pierwsze uke, „Karma” Kamelotu – Sano, całkiem sporo kawałków Origi – Avellanę, a cała Kaśka Groniec – Maieczkę. I jak miałabym wybrać z tego jednego ludzia i jedną piosenkę? :>
Zastanawiając się nad ostatecznym werdyktem zaczęłam grzebać we własnych wspomnieniach i ostatecznie mój wybór padł na…

Kliknij nas!

…te młode damy. Na zawsze bowiem pozostaną dla mnie kimś bardziej niż tylko postaciami z mangi/anime i zasługują na wyróżnienia :> A piosenka wzięła się stąd, że dzięki „wodzie, ogniowi, burzy, perły na dnie” w młodych latach śpiewałyśmy ją zbiorowo, całym naszym Sailor Teamem. I to od czasu do czasu we własnej wersji, z której pamiętam słowa: „Wspomaga naaas kryształu blaaask – więc nie złość naaas!” XD

Hmm, taak. A poza tym znalazłam taką uroczą i Całkiem Inną wersję tej piosenki, więc po prostu nie mogłam jej nie wrzucić :P

Idę rozmyślać dalej, więc następna notka też pewnie będzie okołotfurczościowa. Nie mówiąc już o tym, że okołogrowa. Strzyżcie siem.