Ja to jednak jestem niekonsekwentna ciężko i nieuleczalnie, co? Zwłaszcza kiedy czuję nieodpartą potrzebę wyzłoszczenia się, tłumioną przez długi czas. Ot tak, na cały świat. A że akurat mam kiepski dzień, złoszczę się na którymś blogu… I zaraz mi lżej, a potem jak patrze na tę notkę, to myślę: „Łomatko, co to za gupoty?”, po czym ją kasuję, zmieniam albo przynajmniej przyklepuję nową, bo już dłużej patrzeć nie mogę. To tyle a propos tłumienia własnych frustracji, zwłaszcza gdy przejmuję się czyimiś kłopotami bardziej niż cudzymi (to ja mam jakieś kłopoty? Ach tak… Pracy szukam… Oł łel, chrzanić). Ma to coś wspólnego z niepoprawialnymi babskimi hormonami (które, nota bene, próbuję naprawić od półtora roku i oto efekty) i z moją cechą, którą mi pracowicie wytykają przyjaciółki – że zawsze robię im za rękaw do płakania, a sama im się nie wypłakuję. Rzecz w tym, że zazwyczaj po prostu nie wiem, od czego zacząć XD I świadoma jestem aż za bardzo, że jak tylko coś powiem, dla mnie samej zabrzmi to kretyńsko. Taa… I potem panuje powszechna opinia, że Miyaki się nie gocą, a ja plaskam się w czółko i nawet nie mam jak sprostować.

Dobrze w takiej chwili zobaczyć się z Alirką, o której też panuje taka opinia, tylko jeszcze bardziej. Pójdą sobie takie dwa dziecka na tradycyjny obiadek (herbata + naleśniki + popcorn), obiegną Rynek ze trzy razy, zrobią nawet Standardowe Babskie Zakupy (TM), obgadają wszystko jak leci, pofazują, pośmieją się… Natchną sie wzajemnie na rysowanie, o. Bo rysowanie wychodzi mi zdecydowanie łatwiej niż pisanie, niestety. Pewnie dlatego, że do pisania potrzebne są słowa, a jak wiadomo, słowa zabijają albo przekręcają treść :P Nyo i dlatego, że pisanie traktuję jakby poważniej, a rysowanie to głównie przyjemność.
Nie chcę, żeby pisanie stało się dla mnie obowiązkiem, muszę więc znaleźć na to jakiś sposób…

Ale co tam, w najgorszych chwilach znienacka może znaleźć się odtrutka. Moje uke przyjdzie i wygłaszcze, moja Muza dopisze i strzeli mi ładny komentarzyk, choć też ma swój dzień frustracji*, a dyżurny blogowy drań też przyjdzie i zacznie wychwalać, jaka to jestem wspaniała i w ogóle :P

Po miesiącu chodzenia na kurs teoretycznie prowadzenia własnego biznesu** zrywam się z łózia najpóźniej o wpół do ósmej, zapominając, że mogę sobie już spokojnie spać. Dzisiaj się zerwałam – a zasnąć w nocy nie mogłam z okazji oh the horror – z nagłą a niewytłumaczalną potrzebą zobaczenia mojej komórki. Tylko że nigdzie jej nie było. Gorączkowo szukałam jej tak z kwadrans, dopóki nie odkryłam, że chowa się pod prześcieradłem. Nie mam pytań…

* Podejrzewam, że już nigdy nie będę mogła wymawiać tego słowa bez ataków śmiechawki, nyo ale czasem lepszego nie znajduję XD
** A w praktyce kombinowania, nieufności, uprzedzeń, fazowych historyjek z życia wziętych, pieczenia ciast***, robienia nalewek i oglądania filmów, których nie słychać.
*** Nie, ja nie piekłam tych ciast. Są pewne granice.