Lżej mi. O tak, lżej. Aż mam ochotę piszczeć z radości.
Szczerze mówiąc, od rana miałam uczucie, że coś się dzisiaj wydarzy. Coś dobrego. Co prawda, często mi ono towarzyszy, a potem się gdzieś rozpływa, ale nie tym razem. Bo wiedziałam, co – odblokuję się i przestanę bać się innych. A może siebie w towarzystwie innych. Nie wiem. Ale lżej mi.
Może to głupie, myśleć, że takie dwa słowa wszystko załatwią i że świat od razu stanie się piękniejszy? Nyo i dobra, będę głupia, będę wierzyć, że tak :P
Tylko niech mi ktoś, na wszystkie Siły Wyższe, wytłumaczy, dlaczego to się znowu zbiegło z pojawieniem się w mym śnie najgorszej zmory z tamtej rzeczywistości?! Co to, u licha, jest – nocą mam sen, zazwyczaj ciężko fazowy w dodatku, a o poranku budzę się lekka jak piórko? Poprzednim razem taki sen zwiastował przełamania kryzysu tfurczego, a teraz towarzyskiego? To. Jest. Chore!! X__x
Nyo. To teraz raz-raz, wygonić resztki kataru, skombinować parasolkę przeciwsłoneczną, złapać zeszyt i na spacer.
Najlepiej na boso, ale to już strzegół – -’