gol5_.gifA teraz, kiedy przyjdzie do płacenia za prąd, od razu się wyda, że te straszne pieniądze to przez te dwa telewizory w dwóch pozostałych pokojach, o!!!
…Odzwyczajenie się od kompa to niezła rzecz, jak się ma przez pół dnia całe mieszkanie dla siebie.
A czasem i dłużej.
I mamę-bibliotekarkę. To już druga w rodzinie, a ja pewnego dnia będę trzecia, w końcu. O ile nie wyląduję w jakiejś strasznej firmie, w roli tłumaczki równie strasznych dokumentów.

A teraz pozwólcie, że Wam zacytuję świeżo poznaną prawdę życiową:

„Gumka jest w czeku najważniejszą rzeczą, jaka w ogóle istnieje.”

Tak powiedział nam wczoraj pan B. od terminologii handlowej, czołowy gaduła naszej szkółki. Przedmiot, o którym mowa, byłby nawet fajny, gdyby nie było tyle zapamiętywania i gdybym nie była na nim taka śpiąca :P Ale kiedy pan B. opowiada, jak to Amerykanie w polsce się zachwycali zniczami, że „to takie zmyślne świeczki”, to doprawdy trudno nie słuchać…
Kolejny, zwany tłumaczeniem umów, będzie moją zmorą do końca semestru, kiedy to pojawi się w mym życiu KSIĘGOWOŚĆ, ale do tego jeszcze trochę czasu zostało. Odrabiamy sobie zadanka domowe pełne dziwnych sformułowań, a gdy nadchodzi pora ich sprawdzania, pani Q. powiada nam: „O, tu w oryginale były dwa błędy logiczne, trzeba było je znaleźć”. Ooo, cudnie. Nie powiem, bywa tyleż traumatycznie, co fazowo, kiedy to zajmujemy się umową o przyrządzenie omletu czy też o budowę kontenerowca… Nie zdziw się, drogi bloczku, jeśli pewnego dnia zacznę tu przemawiać archaizmami! One są takie śliczne *___* I te wszystkie hereof, hereby, thereunder itepe, itede… Jejku. Za dwa tygodnie będziemy z tego test pisać.
Przedmiot trzeci, czyli tłumaczenie dokumentów unijnych, jest moim ulubionym, choć się z początku nie zapowiadało. Też jest dość fazowy, jak wszystko widziane ślepkami dziecka, które się na tym kompletnie nie zna XD ale za to nawet nieźle toto umie. To konkretne. W dodatku ostatnie zajęcia, potem się idzie do domu… Znaczy, tfu. Na dworzec. I czeka się ponad godzinkę na pociąg. Na szczęście czeka się z trójką ludków z którymi było się w koledżu, więc nawet jak się chce spać, to jest szansa, że oni zbudzą.
ALE! Od kiedy odkryliśmy w szkółce bufet, w którym możemy nażłopać się herbatek owocowych, nawet spanie aż tak bardzo nie łapie!
…A herbatka wiosenna smakuje jak trawa. A zimowa – jak trawa z cynamonem.
Uczymy się w dawnej szkole Wehrmachtu, gdzieś na odludziu, które jest całkiem miłe i spacerowe, w odróżnieniu od reszty Wrocławia, składającej się głównie z ulic i skrzyżowań. Nawet powoli zaczynam zapamiętywać drogę na przystanek tramwajowy! ^o^v

…Nie, nie czuję się dziś normalna. Że co? Że to nic nowego? Zaiste.
A teraz macham Wam łapami i idę poczytać twórczość pani Lindgren. Wrócę, kiedy przyjdzie do oglądania Avatara. Albo bizonów. Albo czytania Rayearthek. Albo wreszcie przepisywania radosnej twórczości własnej – moje zeszyty już nie czują się zaniedbywane :>