black_goth.gifOstatnio niezwyke łatwo spaprać mi nastrój i wybić z rytmu. Najlepiej mówiąc rzeczy, które w zamierzeniu mają mnie zmotywować, a w rezultacie wywierają presję i zniechęcają. I mam wrażenie, że wszystkich dokoła zawodzę.
Co prawda zapomnieć o tym, odprężyć się i znaleźć powód do śmiechu jest mi niemal równie łatwo, ale jeśli potem chcę zasiąść do pisania albo chociaż do układania, nadal trzęsą mi się ręce i wizje też mocno drgają.

Na pocieszenie kupiłam sobie śliczną bluzeczkę, choć zostałam zaciągnięta na zakup butów. Na szczęście się nie powiódł, więc… Ha, jak już zapałam uczuciem do jakiegoś ciucha, to nawet potrafi się we mnie odezwać ta nieszczęsna kobieca natura, której brak często wypomina mi rodzina!

Zainspirowana TYM oto tematem na forum, wyruszyłam wczoraj do bibci i wypożyczyłam „Achaję”, ha! Upewniłam się, że czegoś takiego w życiu nie napiszę – i zapewne skoczę w najbliższym czasie po następny tom, żeby sprawdzić, ile jeszcze nieszczęść może się zwalić na główną bohaterkę. Takie nieszczęścia to ja zwalałam na swoje bohaterki pół życia temu, ale na szczęście wyrosłam. Teraz jeszcze bardziej marzy mi się jakaś książka pani McKillip albo Jones, albo i Funke… W baśniowych klimatach czuję się zdecydowanie najlepiej.
Co nie znaczy, że umiem pisać baśniowo. Jak tak patrzę na swoją twórczość, to widzę, że umiem głównie powielać baśniowość już napisaną, ale czy czegoś takiego nie robię co chwilę, już odruchowo? Powinnam dawno się przyzwyczaić. Nyo i może jak już zacznę bywać we Wrocku i zrobię się światowa, to i książki będzie mi łatwiej znaleźć?…