gol16_.gifCzasem wracam pamięcią do „Finding Neverland”, przypominam sobie odejście żony Barriego i zastanawiam się, jak oni w ogóle zdołali się pobrać. O, albo czytam po raz kolejny „Emilkę” i jestem wściekła na Deana za jego zaborczość, a zarazem mi go szkoda – bo czuję, że miał rację, uważając, że przegrywa z jej potrzebą pisania.
Może właśnie dlatego nie chcę być kobietą niczyjego życia? Bo mogłabym niechcący złamać temu komuś serce?

Czasem jakiś złośliwy głosik wewnętrzny powiada mi, że lepiej by było, gdybym uświadomiła sobie wreszcie, że z mojego układania opowieści nic nie będzie. Mogłabym wtedy na przykład znaleźć sobie jakieś przyziemne zajęcie, które nie wymagałoby pasji, wyjść za mąż i te pe, i te de. Podejrzewam, że wtedy cała reszta świata odetchnęłaby z ulgą.

Czasem próbuję w końcu napisać Maieczce tę jej wytęsknioną romantyczną miniaturkę – i jak niby mam to zrobić, kiedy próby odpowiedniego nastrojenia się owocują takimi właśnie refleksjami? Nyo, alternatywny rezultat to zaszycie się w kącie z poduszką i wzdychanie, które jest jeszcze bardziej bezproduktywne. W tej chwili wręcz zazdroszczę autorkom romansów i chciałabym poznać ich sekret. Toż stan zakochania przegania natchnienie równie skutecznie, co stan ciężkiego wnerwienia!

Który skądinąd przytrafia mi się ostatnio dość regularnie i potem trudno mi z niego wyleźć.

A dokładnie w dzień BAKI zaczynam zajęcia w szkole translatorskiej. Jasny gwint.

Nyo, pewnie będę jeszcze żałować napisania tej notki, ale na razie idę się należycie rozbaśnić i pisać coś innego, a też zaległego ^__^