35.gifBzium.
Tak, wiem, to niezwykle inteligentne rozpoczęcie.
Doszłam do budującego wniosku, że sensowniej dla mnie jest oglądać teledyski z FFów niż grać w FFy. Oprócz ósemki, w którą prędzej czy później, ale zagram. Może dlatego, że tak jest za mało filmików, by z nich poznać fabułę? A wiadomo, że mi w grach chodzi głównie o fabułę, więc jeśli wystarczą same filmiki, by ją zrozumieć, równie dobrze mogę tylko je oglądać, zamiast się frustrować, że przerywają je jakieś tam walki, ne?
Tyle że wtedy największym niebezpieczeństwem jest właśnie zrozumienie, o co chodzi.
Obejrzałam sobie otóż wszystkie po kolei filmiki z FFXII, które razem trwają ponad 5 godzin. I nic a nic się nie wczułam. Może mój problem polegał na tym, że jestem wybitnie apolityczna, a polityki w tym draństwie było sporo, naprawdę sporo. Może miało swój udział oglądanie po japońsku, zaglądając do tłumaczenia tylko w wyjątkowych przypadkach – ale też od początku miałam wrażenie, że gdybym wszyściutko rozumiała, i tak by mi to nie pomogło. Fabuła polegała głównie na uganianiu się za kolejnymi grudkami tego czegoś, na punkcie czego wszyscy wkoło mieli obsesję i co mogłoby zniszczyć świat, gdyby zebrać tego odpowiednio dużo. A także na pragnieniu uwolnienia małego niewinnego państewka spod jarzma dużego złego imperium, o. Zresztą jego się z drugim wiąże.
Mam wrażenie, że na miejscu Ashe poważnie bym się zastanowiła, dlaczego Occuria proponują mi pomoc, po czym uznałabym, że po prostu wykorzystują mnie do własnych celów, które niekoniecznie są dobre dla ludzi, i kazałabym im spadać. Ale to tak na marginesie.
A może problem tkwi w postaciach? Gadały i łaziły, łaziły i gadały, a ja nie mogłam wyczuć jakimi są osobami. Nie, nie mówię o wszystkich – sporo z nich ma potencjał, choć mógłby być lepiej wykorzystany. Balflear ujął mnie swoim kompleksem (hyhyhy) głównego bohatera (i głosem, a co ciekawsze, po angielsku też), a Fran opanowaniem i jakąś taką mądrością (i głosem, dzięki czemu chyba wiem, jaką seiyû mogłabym zaangażować do T’Surith), choć jej cackanie się z Mgłami i mały berserk z tego powodu troszkę tym zachwiał… Aaale nie przeszkodził. Basch jest fajny, ale trochę za szybko wiadomo, o co chodzi, by mógł mnie porządnie zaintrygować. Dla odmiany Gabranth… Chciałabym wiedzieć więcej. Bardzo bym chciała i to niekoniecznie dlatego, że konflikty braterskie frapują mój umysł ostatnio. W ogóle Sędziowie jakoś mi zapadli w pamięć – może to przez te STRASZNE zbroje – i pewnie byłoby mi żal Drace, gdybym już wcześniej nie zdążyła wyłączyć emocji, zakładając, że czekanie aż się przydadzą, to strata czasu. Z Vayne’a mogłoby coś być, gdyby nie był jednym ze wspomnianych osobników z obsesją i gdyby nie końcowe transformacje, przy których brakowało mi tylko zawołania „Na potęgę Posępnego Czerepu”… Natomiast jego braciszek mnie przeraża. Ja wiem, to jest nawet bardziej irracjonalne niż me lęki odnośnie Luna Sea, ale jak taki dzieciak nawija o obiekcie obsesji więcej niż cała reszta postaci naraz, to musi być przerażające. I ma pyszczek zblazowanego i nad wiek rozwiniętego osobnika, który gotów jest z naukową dokładnością powyrywać owadowi nóżki żeby sprawdzić jak sobie potem poradzi. Tak, wiem, że chłopaczek jest miły i ujmujący, i pragnie dobra ogółu, ale zostało mi spaczenie po trailerze i słuchaniu go po angielsku, i już sobie raczej nie pójdzie. Ashe jest księżniczką w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu i to właśnie ją prędzej jestem skłonna nazwać główną bohaterką niż to rozmemłane chłopczysko, którego jedyną cechą jest to, że mu brat umarł. Poważnie. Ja nie wiem, po co ten Vaan tam jest. Już prędzej wiem, po co jest Penelo, która mianowicie dobrze pełni rolę Przyjaciółki z Dzieciństwa™ – ale też jest piekielnie normalna, ZBYT normalna na tę przygodę. Choć z drugiej strony, lubi się z Larsą, co samo w sobie jest skjeri, ale jak mówiłam, to moje prywatne skrzywienie.
Nad czym mogłabym piać z zachwytu – nad grafiką. Jest pi-ję-kna. Jest baś-nio-wa. Co prawda dwunastka zawsze już będzie zakłócała moje myśli o tych grach, które to myśli zwykle są w kolorach granatu, fioletu i zachodzącego słońca, czasem z domieszką zieleni… Natomiast o dwunastce myślę na biało-złoto, właśnie z powodu tej grafiki. Design ciuchów pozostawił u mnie traumę na całe życie, ale te lokacje! Te powietrzne pojedynki! Rozumiecie, drodzy Zdesperowani Czytelnicy, dlaczego wolę trzymać się teledysków? Bo jest w nich to wszystko, czego potrzebuję i nie muszę wiedzieć, o co chodzi w fabule, żeby czuć się zainspirowana. Zdecydowanie lepiej, jeśli nie wiem. Może dlatego w innych FFach – nawet do pewnego stopnia w siódemce – czułam jakąś baśniowość, a w dwunastce, po obejrzeniu całości, gdzieś by mi się ulotniła, gdyby nie teledyski i próby odcięcia się od tej piekielnej fabuły. Brrr.
Och, jak zniechęcam. Airel, chûsa, dalej chcecie w to grać, czy odstraszyłam? Jeśli tak*, to wybaczcie.
Nie, nie uleciała mi inspiracja. I wiem z całą pewnością, że jeśli mi się zdarzy wrócić do Aztodii – a zdarzy się, bo ją sobie ukochałam równie mocno jak DeNaNi i Stary Świat – chętnie napisałabym opowieść dziejącą się kilkadziesiąt lat przed Koroną. I ta opowieść bez wątpienia zawierałaby księżniczkę podbitego państwa. I pirata z klasą. I chłopaka pragnącego takim piratem zostać – może nawet z Przyjaciółką z Dzieciństwa™. I, bonusowo, jednego czarnoksiężnika. A potem skręciłaby ostro w taką stronę, by moja niezaspokojona potrzeba realizacji potenciału została spełniona. Prych.

Miało być więcej, miało być sensowniej, aaale skleroza wygrała.

*Same sobie zinterpretujcie, do której opcji można owo „tak odnieść :P