27.gifPowiedzmy.. Jest sobie zespół. Kilku młodych, charyzmatycznych, przyjemnych do popatrzenia, a może nawet niekiedy i do posłuchania. Pragnących coś światu przekazać, a może coś wykrzyczeć, wyrazić siebie, może zrobić coś znaczącego. Może ich piosenki dają do myślenia. I co? Jak się z tym zgadza stadko rozpiszczanych fangirli? Co one widzą, ładne buzie? Czy słyszą ładne głosy i ważne słowa, czy zagłuszają je swoim piskiem? O co im w ogóle chodzi i jak bardzo się to kłóci z ideą zespołu? Czy zespół w ogóle ma jakąś swoją ideę, czy tylko pozuje? A może, tak jak Yaten Kô, wyrzucają listy miłosne od wielbicielek, stwierdzając cynicznie, że nie o ich względy im chodzi, że one są bezmyślne i nie rozumieją ich sztuki?

Hmm, a czy odpłynięcie w takie wywody oznacza, że powinnam czuć się zagrożona, bo mój własny wewnętrzny fangirl zaczyna się domagać nowej strawy? Czy może wprost przeciwnie – powinnam to przyjąć bez zaskoczenia?
Swoją drogą, chętnie bym sobie posłuchała ThreeLights śpiewających coś innego niż tylko te dwie piosenki, które pojawiły się w anime.

Jak tak patrzę na swe notki pisane we wspomnianym wczoraj transie twórczym, zastanawiam się czy są dowodem na to, że zmądrzałam, czy raczej zgłupiałam? A może próbuję sobie po prostu udowodnić, że stać mnie na Głębię, Filozofię i Artyzm? Dziś ze mną jeszcze dziwniej niż wczoraj, bo dziś jestem po Pani Wyroczni i już zdążyłam się przekonać, że książki pani Atwood zostawiają we mnie dziwny zamęt i dziwne ambicje, ich bohaterki o popapranym dzieciństwie, rodzinie, życiu zawodowym i uczuciowym też. A, i zainteresowaniach też. Może ja sobie wrócę do czytania pana Carrolla, jego twórczość sama w sobie jest zamętem, a zostawia najwyżej zawrót głowy i poczucie przedobrzenia. Zwłaszcza jak się przeczyta za dużo książek z rzędu.

Dzisiaj. Jest. Dziwniej. Co nie znaczy, że gorzej.

Analizuję sobie moje opowieściowe „group-shoty” (nie mylić z shotą!) i liczę, ile z nich zawiera po 13 osób. Tak jakoś mam tendencje do tej liczby, sama nie wiem dlaczego. Z przekory? Ale ta, o której zaczęłam myśleć wczoraj, nie ma prawa być aż tak liczna… Choć może powinna. Może liczniejsza. Może rozszczepiona jaźń nie powinna mieć tylko siedmiu części, być tak mało złożona. Ale cóż, liczba ma tu pewne symboliczne znaczenie, więc jest pechową siódemką i trudno!
Potrzebne mi siedmioliterowe imię męskie, które NIE brzmi Zygfryd, do jasnej anielki, skoro delikwentów ma być siódemka. Każde z nich ma jakąś jedną cechę charakterystyczną, jakiś konkretny odłamek duszy pierwowzoru, który NIE nazywał się Zygfryd, jak już wspomniałam. Za to był magiem, dźwiękmistrzem i człowiekiem o wielu tajemnicach. Siódemka natomiast jest niekompletna (w różnych tego słowa znaczeniach) i zdeterminowana. Ponieważ są różnymi aspektami tej samej osoby, czują się mocno od siebie zależni i to ich denerwuje. Trójka z nich głównie walczy, trójka knuje, a siódme pozostaje na razie enigmą. Siódemka kategorycznie musi dostać własne twarze i własne zalążki osobowości, bo zalążek fabuły już ma…
Moje wewnętrzne lęki najbardziej właśnie wołają do mnie o te twarze. O nierozpoznawalność. O swojowłasność. Ale nie zamierzam im na razie ulegać, bo po pierwsze do martwienia się mam póki co summonera, a po drugie natchnienie mi zagląda przez ramię, uśmiechając się szeroko. Albo mu się podoba, albo mnie potem wyśmieje przed innymi natchnieniami, nie wiem. Ale nie mogę się nie oduśmiechnąć, to zaraźliwe…