Yagaminyo.gifRzucam się między stanami umysłu mniej lub bardziej gwałtownie, niekiedy tylko przepływając spokojnie, jak woda przy bezwietrznej pogodzie. Między punktami widzenia, między pozycjami, stanowiskami, opiniami i racjami bytu, choć może tych ostatnich za wiele nie powinno być. Racje bytu? Gdzie, skąd, jakie racje bytu?
Raz fanka „zwyczajna” – obserwująca, oglądająca fanarty, słuchająca soundtracków dla samej przyjemności słuchania – innym razem istota próbująca wniknąć w cudzą opowieść i wczuć się w nią „od środka”, na siłę bo na siłę, ale nadal, coraz bardziej zawzięcie, chcąc zapomnieć o nieznośnym głosie rozsądku. I tak na zmianę, na zmianę, w kółko.
Nawet nie Mary Sue, bo ani nie pcham się w centrum uwagi, ani nie wdaję się w romans z ulubionym postaciem, ani przede wszystkim nie jestem wszechmogąca, o powalaniu aparycją nie wspominając. Jeśli więc nie Mary Sue, to kto? Może należę do jakiegoś nowego, niedefiniowalnego jeszcze gatunku? To z jednej strony dobrze, bo nie lubię stereotypów i szufladkowania, a z drugiej strony nie pozwala mi znaleźć sobie miejsca tak naprawdę. Może dlatego, żem niedoświadczona, nieszczęsna taka, która tak naprawdę pierwszy raz osobiście weszła w czyjąś rzeczywistość. Bywało za to, że wciągałam kogoś do naszej albo że posyłałam postacie z własnych opowieści. Ale z takimi Renê, Andromedą, Nomi-chan czy tym bardziej Xemedi-san nie potrafiłabym się utożsamić, a każda z nich pewnie by się obraziła, gdyby przykładano do nich tę samą miarę, co do Mary Sues… Przynajmniej JA tak uważam. Całe szczęście, że nie piszę fanfików, z wyjątkiem DN cztery lata temu i paru okazjonalnych ścinków, które odzwierciedlają mój obecny stan umysłu. Pomnożony gdzieś tak przez 4.
I całe szczęście, że postawiona między żądzą mordu na jednym osobniku, bezproduktywnym wzdychaniem do drugiego i przejmowaniem się wręcz histerycznie trzecim i czwartym, zawsze mam alternatywę meczu ping-ponga z piątym. To jakieś pocieszające :D