50.gifPamiętam jak moja droga Emilka Starr przeglądała recenzje swojej pierwszej (opublikowanej i niespalonej… Sprzedawca Snów, chlip…) książki. Sporo tego tałatajstwa było, bo książka świeżutka, aż się prosiła… Jedni recenzenci obejżdżali, drudzy wychwalali, a trzeci strzelali przemądrzałymi zdaniami, których sami nie rozumieli. A jednak, mimo tych chwil konsternacji, Emilka wiedziała, że żadna recenzja nie przebije tych paru słów od serca ze strony jej najbliższych (z ciotką Elżbietą włącznie), a żadna niekonstruktywna krytyka nie zmąci uczucia, które w niej te słowa wzbudzały.
I mam ochotę zawołać na cały głos: JEŚLI NIE O TO WŁAŚNIE CHODZI, TO O CO?! Czego bardziej potrzeba podczas wspinaczki alpejskimi ścieżkami, jeśli nie takiego wsparcia i co jest najprzyjemniejszą nagrodą, jeśli nie uznanie ze strony tych wspierających, którzy najlepiej czują ową wywspinaną w pocie czoła twórczość? Myślę… Nie, WIEM, że jeśli jakieś moje opowieści zostaną kiedyś wreszcie skończone i wydane, i może nawet warte rzucenia okiem i zrecenzowania, żadne mądrości profesjonalistów nie zostaną mi w pamięci tak jak Wasze* wnikliwe analizy wydarzeń i zżycie się z postaciami** tak mocno jakby nie było żadnej granicy między rzeczywistościami. Jeśli to nie daje radości z tworzenia, to co? Mając Was, to już nawet sławna nie muszę być. Ale wierzycie, więc co mi szkodzi się starać, ne?

A z kolei panią Lindgren kiedyś pytano w jakimś wywiadzie, że skoro wie jak to jest żyć w jakimś oderwanym baśniowym świecie typu Nangijala, to dlaczego nie wie jak napisać opowieść z punktu widzenia dziecka rozwiedzionych rodziców w jakiejś tam dzielnicy Sztokholmu… Dziwiło to ludzi z jakiegoś powodu. Tak sobie o tym przypomniałam, oglądając Nanę. Ha. Co to ma wspólnego z Naną? Otóż już dawno stwierdziłam, że taką normalną obyczajówkę też bym chciała napisać, jak już się porządnie wprawię i zmęczę tymi prawie normalnymi. Problem w tym, że pewnie działaby się gdzieś zupełnie poza tą tutaj rzeczywistością. Bo jestem dziwnie pewna, że cokolwiek się zdarzy, zawsze będę lepiej zorientowana w geografii, społeczeństwach i mentalności jakiegokolwiek miejsca w DeNaNi, Starym Świecie czy innej Aztodii niż każdego kraju tutaj, łącznie z własnym. O dziwo, to coś podobnego do wyjaśnienia dlaczego nie piszę fanfików.
Bo w cudzych światach czuję się nie na miejscu.
Mogę tam ino być turystką, utrwalającą sobie ładne widoki, żeby potem porównywać je z tym, co mam we własnych światach, bo co jak co, ale z tłami to sobie muszę kiedyś zacząć radzić. Tymi pisanymi.

A w ogóle to Was kocham i tyle. O.

* Wiecie, że to o Was, ne? :>
** O piszczeniu do nich już nie wspominając >:D