gol5_.gifW poniedziałek taka dziwna pogoda była, niezdecydowana taka. To duchota, to wiatr, to chmury, to słońce. Poszłam wieczorem na spacer i w połowie drogi zatrzymałam się, by popatrzeć sobie na chmurki. Były sinofioletowe i od samego patrzenia na nie robiło się chłodno.
- Jakie wy jesteście śliczne i jak miło się na was patrzy! – pisnęłam w myślach i poszłam dalej.
Po chwili zaczęło kropić.
Po chwili kolejnej przestało. Zatrzymałam się jeszcze raz.
- O, to było fajne, ale szkoda, że nie mogłyście tak jeszcze troszkę – pomyślałam i ruszyłam w dalszą drogę. I nagle odkryłam, że im dalej idę, tym większe krople z nieba lecą. Jeszcze trochę połaziłam i skierowałam się z powrotem do domciu… I im bardziej się do niego zbliżałam, tym więcej tych kropel było.
Doszłam cała przemoczona i szczęśliwa, a pogoda okołodeszczowa trzyma się do dzisiaj. Mało tego – w tej chwili chłód taki jak jesienią! Opadnięte liście wydają się śmiać z przechodniów.
Coś takiego…
Nie sądziłam, że moc przywoływania (i do pewnego stopnia odwoływania) deszczu nadal jest we mnie. Myślałam, że odeszła lata temu, ale najwyraźniej tylko się schowała.
I bardzo dobrze, bardzo dobrze…

- Gdybyś nie patrzył na mnie oczami Hassili, wypowiedziałabym ci miejsce wśród nas, byś już więcej nie mógł rozbijać naszej rodziny.
- Ta rodzina już dawno była rozbita, cioteczko.

Chyba odkryłam w czym rzecz, skąd to poczucie hermetyczności. Kiedyś, te prawie trzy lata temu (łomatko), było nas kilka, które kształtowały pewną rzeczywistość, czy raczej pewne rzeczywistości, które w pewnym punkcie się stykały. Było to do jakiegoś stopnia wspólne, było obgadywane równo, a potem niestety co chwilę któraś przestawała pisać, wycofywała się, burzyła swoją rzeczywistość czy też budowała ją na nowo wokół siebie. Zostałyśmy w końcu we dwie w jednej rzeczywistości i… I nie wiem, czy ona zmalała, czy nie potrzebuje już nikogo i niczego więcej? Żadnej wielkiej opowieści, w której nie będzie co chwilę przerywania i kręcenia się w kółko? Sama nie wiem, w którym momencie straciłam rozeznanie i ile razy próbowałam je odzyskać. Nie powiem, że nie podoba mi się to, co się tam dzieje tak ogólnie, ale… Ale może ja po prostu jestem spragniona poklasku i potrzebne mi więcej niż dwie osoby, które jeszcze nie odpadły i nadążają? Sama nie wiem.

I’d rather live in his world
Than live without him in mine…

Czy najlepszym wyjściem jest kompletne odcięcie się od wszystkiego, co było dotychczas i zaczęcie zupełnie od początku, zupełnie inaczej? Tak jak – jeśli moje spekulacje są słuszne – zrobiła pewna bursztynowooka osóbka w noc sylwestrową? Z nową rzeczywistością dokoła?
A przede wszystkim – czy jestem w stanie coś takiego zrobić? Coraz lepiej widzę ten nowy początek, tę alternatywną opowieść, ale czy potrafię to wszystko zostawić? Czy kiedy wrócę – bo na 95% kiedyś bym wróciła – ktoś tam by wiedział, że istniałam?
Chce mi się beczeć i cieszyć zarazem.

- A więc to prawda… Ogień rzeczywiście może przynosić ciepło i ukojenie. Nie tylko zniszczenie.
- Oczywiście, inaczej spalałabym się za każdym razem, gdy na ciebie patrzę.

Czy ci, którzy chwalą te moje ponoć świetne dialogi wzięliby pod uwagę to coś powyżej? Nie, nie oglądałam znowu Ataku Klonów. Ani nie czytałam, co byłoby jeszcze bardziej traumatycznym przeżyciem.
Za to wypożyczyłam sobie znowu jakąś książkę o tematyce gwiezdno-wojennej i teraz się zastanawiam, co mnie podkusiło.
Przerobiłam też na nowo Howla, któryś tam raz z kolei. Teraz marzy mi się nabycie Zamku w Chmurach. Może jutro…?