w_003.gifHmm…
*patrzy wzrokiem dość błędnym na swój nowy layout*
To się musiało tak skończyć…
I wbrew pozorom nie mam na myśli tylko piosenki przewodniej :> Ja po prostu chciałam mieć ładny layout z Rikku, ale nie mogłam znaleźć obrazka, z którym mogłabym sobie poradzić w obróbce… Nyo to się jeszcze trochę pododawało.
*patrzy wzrokiem jeszcze bardziej błędnym na poprzednią notkę*
T-tak, nyo to pokierujmy się, towarzyszko Yagami, do głównego wątku naszych rozmyślań. Wspominałam już, że wena pogaimanowa jest dziwna? Nie dość, że koczuję na kanapie w Empiku coby Chłopaków Anansiego czytać, nie dość, że podryfowałam na zupełnie obce wody wielkiego Oceanu Muzyki i, o zgrozo, nawet mi z tym dobrze, nie dość, że zaczęłam Amerykańskich Bogów od nowa, to jeszcze zaczęło łazić mi po głowie takie oto nowe coś, co przesłania mi bezczelnie wszystko, co powinnam w tej chwili pisać – światy, Koronę, co najmniej jedną postać dla Avellany… Toto oczywiście nie ma ułożonej fabuły, bo po co, ma za to galerię osobliwości… Znaczy, osobowości… Nyo, rozmaite indywidua, o których może mało wiem, ale czuję, że ich znam. Znaczy, troje głównych bohaterów to normalne, że znam, ale ostatnio staje mi przed oczami zakręcona gromadka – bo ja mam jakąś słabość do Zakręconych Gromadek, jeszcze większą nawet niż do Intrygujących Szlachetnych Rodów. Widzę ich wyraźnie – Belindę, Ochmistrzynię Doskonałą w jej powłóczystych sukniach, Chestera z jego uśmiechem od ucha do ucha i efektami specjalnymi, Mercy (Mercy, d’oh!) z uwodzicielskim głosem i tym loczkiem a la Lisa Stansfield, Beatrice i Lewisa, którzy nie potrzebują słów by wyrazić siebie, Zolta z piersiówką i ujmującym sposobem bycia przez telefon (__^__), pyskatą Anitę the „Kelnerką Jestem Frajerze Co Podać”… I to przecież jeszcze nie wszyscy, w tym zadymionym bajzlu zwanym szumnie „WoNdErLaNd”. A człowiek odpowiedzialny za ten bajzel szaleje na parkiecie z tymi upartymi rusałkami, całą odpowiedzialność odłożywszy gdzieś do kąta. Chyba jednak trochę się we mnie wda…

- Bo jedno z nas jest piątym asem, tym z rękawa.
- Ale nie powiemy, które!

Z tymi postaciami swoimi to mam zgryz absolutny, przyznam szczerze. A dlaczego? A dlatego, że boję się do nich przywiązywać… Nie będę kryła, zdarzyło mi się napotkać w moich opowieściach parę takich osóbek, z których jestem tak dumna, że aż mi coś tam… Trzeszczy. I mam niekiedy taką ochotę przyglądać się im bliżej, przyglądać się jak najuważniej, włożyć w nie jak najwięcej serca, uwagi i Siły Wyższe wiedzą czego jeszcze, bo po prostu na to zasługują. Ale wtedy niestety istnieje niebezpieczeństwo, że jeśli się tak wklepię w danego delikwenta, wystąpi syndrom „co za dużo, to niezdrowo” i delikwent mi po prostu obrzydnie. Albo gorzej – nawet jeśli nie obrzydnie, stanie się zbyt przejaskrawiony, przerysowany… Jeśli to niebepieczeństwo się pojawia, po prostu w histerię wpadam. Dlatego staram się pilnować, choć może jednak mam za mało dystansu żeby pewne rzeczy zauważać tak od razu…
Ha-haaa. A mimo wszystko jestem w stanie tak dopieszczać i dopieszczać… Jeszcze pół biedy, kiedy na danym delikwencie mi zależy – jako na osobie, nie tylko na postaci, wtedy sobie bardzo chętnie podopieszczam :D – ale ileż się można nafrustrować, kiedy jest wręcz przeciwnie! Nie żebym zmierzała do kogoś konkretnego, ale… Uff, nyo ale. Z jednym najgorszym wrogiem już się zżyłam (nie z mojego uniwersum, but still), ale chyba bym zabiła, gdybym miała zżyć się z kolejnym.
A skoro już tak o wrogów zahaczyłam… Hmm, miałam coś tam o czarnych charakterach napisać, ne? Rzecz w tym, że nie jestem pewna, czy się nie będę powtarzać. Znaczy, a propos mojego nastawienia, na którym swe piętno odcisnęło oglądanie Sailorek, a potem czytanie książek pani Sandemo. Toż piętno właśnie albo nie pozwala mi patrzeć na czarne charaktery jak na czarne charaktery, albo wywołuje wrażenie, że nadają się one do jakiejś farsy i nigdzie indziej. Że co? Że niewiele spotkaliście w mych opowieściach czarnych charakterów, drodzy Zdesperowani Czytelnicy? To przez te Sailorki właśnie, daję głowę. Oni tam byli tacy idealnie „do polubienia”, że nyo po prostu… Po prostu. A z tymi książkami o co chodzi? Już tłumaczę. Otóż u pani Sandemo, jakkolwiek mam sentyment do jej twórczości, „ci źli” są z reguły albo ordynarnymi prostakami, albo kubieżnymi zbereźnikami, albo wreszcie zaślepionymi fanatykami. W najgorszym przypadku stanowią mieszankę którychś dwóch typów. Bez klasy, bez stylu… Jasssne, wszyscy wychowani na anime wiedzą, że zło po prostu MUSI mieć klasę i styl, nie? :> A w takiej Sadze o Ludziach Lodu był taki zasuszony i cuchnący pokurcz, na Ostateczną Walkę z którym rodzinka się przygotowywała przez parę wieków. A gdy już do tej Ostatecznej Walki doszło, nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać… _^_
Po czymś takim po prostu nie mogę nie być spaczona, obawiam się, Był jeden czarny charakter, z którego byłam wręcz nieprzyzwoicie dumna – Tares z Nekh’An, czarnoksiężnik z Wojowniczek Poświaty. Tego to nawet ja się bałam… Choć oczywiście podziwiałam też. A na końcu również współczułam – ale skoro nawet Natsumi wreszcie zaczęła, to u mnie tym bardziej nie powinno to dziwić…
Nie, nie da rady żebym ułożyła jakiegoś ordynarnego i zaślinionego fanatyka, i wpoiła mu ambicje władzy nad światem. Ale u mnie, obawiam się, czarny charakter może albo być normalnie, porządnie zły, albo mieć osobowość. Jedno wyklucza drugie. Pamiętacie królową Beryl z animowej wersji Sailorek? Brr…

- Pięknie wyglądałabyś w czerwieni, Madelyn.
- Gdybyś miał u mnie jakieś szanse, właśnie w tej chwili byś je stracił.

Obejrzałam sobie Gnijącą Pannę Młodą i jestem prawie w pełni usatysfakcjonowana :D Prawie, bo teraz pozostaje mi marzyć o dorwaniu Charliego i Fabryki Czekolady… O Dumie i Uprzedzeniu już nie wspominając.