star-miya blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 6.2006

    Calpurnia.gifTak sobie jakoś płynę przez egzystencję swą. Z jednej strony zalatana, zdenerwowana rozmaitymi przeciągającymi się koledżowymi sprawami, ale z drugiej strony… Mogąc ciągle wyłączyć się na chwilę i odpłynąć, nadal z niezachwianą pewnością, że życie potrafi być piękne.
    Na zmianę nakręcona, sfazowana, zadumana, chwytana za serce, zawieszana w napięciu – kolejność przypadkowa. Zadziwiana i zaskakiwana w momentach, kiedy już zaczynam myśleć, że nic więcej nie jest w stanie mnie zaskoczyć…
    Jakbym w ogóle miała jakieś prawo tak myśleć. Może za następne cztery albumy to ponowanie rozważę.

    Co to ja kiedyś napisałam? Że jeśli mam do wyboru fangirlowe bredzenie okołomuzyczne albo nawiedzone bredzenie okołopisarskie, zdecydowanie lepiej dla mnie i otoczenia będzie wybrać to drugie? Och, nadal tak myślę, żeby nie było! Ale co zrobić, kiedy się nie da rady nastroić na pisanie? Znaczy… Jest trochę takich rzeczy, które powinnam pisać i nawet takich, które chciałabym pisać, ale trudno mi się na nich skoncentrować na wystarczająco długo.
    Chooociaż po czytaniu do drugiej w nocy tego zatrzęsienia horoskopów i analizowaniu osobowości co poniektórych osobliwości, zaczyna mnie opanowywać taki dziwny nastrój…
    A tak w ogóle to horoskopy są zue. Zue, zue i jeszcze raz zue. Nie można ich za to nie kochać, ne?

    Przeszły dwie burze, czai się trzecia, wiatr hula, a chrabąszcze latają jak wariaty. Ponieważ wreszcie jest czym oddychać, wyszłam na wytęskniony spacer i skierowałam swe kroki do kaseciarni, ze szlachetnym zamiarem wypożyczenia Dumy i Uprzedzenia. Wróciłam z Harrym Potterem i Czarą Ognia… Grejt. Czytałam ostatnio, odświeżyłam sobie pamięć, pora schować lęk do szuflady i zobaczyć, jak mocno to draństwo poobcinali.
    A skoro już przy filmach jestem, Wyznania Gejszy ogląda się prawie tak fajnie jak się ich słucha. Rozszyfrowywanie tego boskiego akcentu ZAWSZE jest dla mnie ekscytującym doświadczeniem XD
    I zawsze będę pamiętać, żeby przy nalewaniu herbaty z wdziękiem uchylać rękawa, odsłaniając nadgarstek :>

    - Bo my jesteśmy dziećmi Koszmaru i Opowieści.
    - A które z nich jest waszą matką?

    Jutro moje urodziny.
    Doprawdy, wyczekuję ich jakby miały mi przynieść coś niezwykłego…

    goth11.gifChyba jednak najważniejszym powodem, dla którego nie chodzę na imprezy, jest przebywanie z dala od mojej ulubionej muzyki, w otoczeniu jakiejś obcej, w dziwnych klimatach, składającej się głównie z irytującego rytmu.
    Jakim cudem ja w ogóle wytrzymałam swój półmetek i studniówkę?!
    Ale tak ogólnie było miło. A brat Justyny w stanie nietrzeźwym tańczy mniej więcej tak jak ja w stanie trzeźwym, miałam zatem ciekawe doświadczenie, o. I mam zielone spodnie teraz. Miejscami.

    You never cared for anyone – anyone
    You never cared for anyone – at all
    Any love that youve ever given me,
    You only gave me for your ego…

    Swoją drogą, nadal się zastanawiam nad tą muzyką. Dlaczego w jednych przypadkach wiem dokładnie, która piosenka jest z jakiego albumu, a w innych słucham jak leci i nawet nie wiem, jak te albumy się nazywają? Albo dlaczego uparcie mienię się czyjąś fanką, podczas gdy połowy piosenek tego kogoś nie znam, a słuchając połowy drugiej połowy, zastanawiam się obłędnie, gdzie też ja jestem i jakim cudem mnie tu zawiało? I wreszcie dlaczego jedne odkrycia muzyczne owocują gwałtownymi zrywami, szaleństwem, hajem i wreszcie przedawkowaniem, a przy innych jest po prostu uszczęśliwiające przywiązanie, porywające, ale i kojące zarazem? Właściwie wychodzi na to, że ze wszystkich moich tak szumnie i dumnie zwanych idoli tylko Kokia-sama nigdy nie miała na mnie zgubnego wpływu.
    Nie jestem pewna, do czego powinnam zmierzać w tym wywodzie i co powinno z niego wynikać, ale jak mogę być czegokolwiek pewna, rockandrollując się nagminnie? Z wyjątkiem tego, że nie chcę nigdy przedawkować?

    If you let me, I’ll untie your sensuality,
    I’ll open up your heart and satisfy my greed!

    Drogi podmiocie liryczny, bez obrazy, ale chrzanisz. Co za „if you let me”?! Czy jakikolwiek porządny „flesh-fanatic psychopath” czekałby grzecznie aż mu obiekt pozwoli?! A wstyd, a wstyd.

    - To brzmi jak kiepskie naśladownictwo Kiplinga. Czytałaś go ostatnio?
    - Owszem
    .

    Na szczęście nie ma szans, by ktoś kiedyś powiedział mi „to brzmi jak kiepskie naśladownictwo Gaimana”… Choćby dlatego, że jego się nie da naśladować. Hmm. A właściwie dlaczego akurat Gaimana, a nie Tomaszewskiej? Bo jej się tym bardziej nie da?

    - Prakseda? Nazwij ją Proxima! Proxima Centauri!

    Cyganki za mną biegają masowo. Nyo, może nie aż tak masowo, bo do tej pory ledwo dwie, ale jednak. Co ja w sobie mam, że przyciąga je jak magnes? Zgodnie twierdzą, że nie chcą wróżyć, tylko o coś zapytać, na co ja mam do wyboru zatrzymać się i usłyszeć albo wyszczerzyć się radośnie i twardo iść dalej… A ciekawa jestem, jasny gwint XD Tylko na wszelki wypadek wolę być kompletnie spłukana zanim zdecyduję się dowiedzieć.

    w_003.gifHmm…
    *patrzy wzrokiem dość błędnym na swój nowy layout*
    To się musiało tak skończyć…
    I wbrew pozorom nie mam na myśli tylko piosenki przewodniej :> Ja po prostu chciałam mieć ładny layout z Rikku, ale nie mogłam znaleźć obrazka, z którym mogłabym sobie poradzić w obróbce… Nyo to się jeszcze trochę pododawało.
    *patrzy wzrokiem jeszcze bardziej błędnym na poprzednią notkę*
    T-tak, nyo to pokierujmy się, towarzyszko Yagami, do głównego wątku naszych rozmyślań. Wspominałam już, że wena pogaimanowa jest dziwna? Nie dość, że koczuję na kanapie w Empiku coby Chłopaków Anansiego czytać, nie dość, że podryfowałam na zupełnie obce wody wielkiego Oceanu Muzyki i, o zgrozo, nawet mi z tym dobrze, nie dość, że zaczęłam Amerykańskich Bogów od nowa, to jeszcze zaczęło łazić mi po głowie takie oto nowe coś, co przesłania mi bezczelnie wszystko, co powinnam w tej chwili pisać – światy, Koronę, co najmniej jedną postać dla Avellany… Toto oczywiście nie ma ułożonej fabuły, bo po co, ma za to galerię osobliwości… Znaczy, osobowości… Nyo, rozmaite indywidua, o których może mało wiem, ale czuję, że ich znam. Znaczy, troje głównych bohaterów to normalne, że znam, ale ostatnio staje mi przed oczami zakręcona gromadka – bo ja mam jakąś słabość do Zakręconych Gromadek, jeszcze większą nawet niż do Intrygujących Szlachetnych Rodów. Widzę ich wyraźnie – Belindę, Ochmistrzynię Doskonałą w jej powłóczystych sukniach, Chestera z jego uśmiechem od ucha do ucha i efektami specjalnymi, Mercy (Mercy, d’oh!) z uwodzicielskim głosem i tym loczkiem a la Lisa Stansfield, Beatrice i Lewisa, którzy nie potrzebują słów by wyrazić siebie, Zolta z piersiówką i ujmującym sposobem bycia przez telefon (__^__), pyskatą Anitę the „Kelnerką Jestem Frajerze Co Podać”… I to przecież jeszcze nie wszyscy, w tym zadymionym bajzlu zwanym szumnie „WoNdErLaNd”. A człowiek odpowiedzialny za ten bajzel szaleje na parkiecie z tymi upartymi rusałkami, całą odpowiedzialność odłożywszy gdzieś do kąta. Chyba jednak trochę się we mnie wda…

    - Bo jedno z nas jest piątym asem, tym z rękawa.
    - Ale nie powiemy, które!

    Z tymi postaciami swoimi to mam zgryz absolutny, przyznam szczerze. A dlaczego? A dlatego, że boję się do nich przywiązywać… Nie będę kryła, zdarzyło mi się napotkać w moich opowieściach parę takich osóbek, z których jestem tak dumna, że aż mi coś tam… Trzeszczy. I mam niekiedy taką ochotę przyglądać się im bliżej, przyglądać się jak najuważniej, włożyć w nie jak najwięcej serca, uwagi i Siły Wyższe wiedzą czego jeszcze, bo po prostu na to zasługują. Ale wtedy niestety istnieje niebezpieczeństwo, że jeśli się tak wklepię w danego delikwenta, wystąpi syndrom „co za dużo, to niezdrowo” i delikwent mi po prostu obrzydnie. Albo gorzej – nawet jeśli nie obrzydnie, stanie się zbyt przejaskrawiony, przerysowany… Jeśli to niebepieczeństwo się pojawia, po prostu w histerię wpadam. Dlatego staram się pilnować, choć może jednak mam za mało dystansu żeby pewne rzeczy zauważać tak od razu…
    Ha-haaa. A mimo wszystko jestem w stanie tak dopieszczać i dopieszczać… Jeszcze pół biedy, kiedy na danym delikwencie mi zależy – jako na osobie, nie tylko na postaci, wtedy sobie bardzo chętnie podopieszczam :D – ale ileż się można nafrustrować, kiedy jest wręcz przeciwnie! Nie żebym zmierzała do kogoś konkretnego, ale… Uff, nyo ale. Z jednym najgorszym wrogiem już się zżyłam (nie z mojego uniwersum, but still), ale chyba bym zabiła, gdybym miała zżyć się z kolejnym.
    A skoro już tak o wrogów zahaczyłam… Hmm, miałam coś tam o czarnych charakterach napisać, ne? Rzecz w tym, że nie jestem pewna, czy się nie będę powtarzać. Znaczy, a propos mojego nastawienia, na którym swe piętno odcisnęło oglądanie Sailorek, a potem czytanie książek pani Sandemo. Toż piętno właśnie albo nie pozwala mi patrzeć na czarne charaktery jak na czarne charaktery, albo wywołuje wrażenie, że nadają się one do jakiejś farsy i nigdzie indziej. Że co? Że niewiele spotkaliście w mych opowieściach czarnych charakterów, drodzy Zdesperowani Czytelnicy? To przez te Sailorki właśnie, daję głowę. Oni tam byli tacy idealnie „do polubienia”, że nyo po prostu… Po prostu. A z tymi książkami o co chodzi? Już tłumaczę. Otóż u pani Sandemo, jakkolwiek mam sentyment do jej twórczości, „ci źli” są z reguły albo ordynarnymi prostakami, albo kubieżnymi zbereźnikami, albo wreszcie zaślepionymi fanatykami. W najgorszym przypadku stanowią mieszankę którychś dwóch typów. Bez klasy, bez stylu… Jasssne, wszyscy wychowani na anime wiedzą, że zło po prostu MUSI mieć klasę i styl, nie? :> A w takiej Sadze o Ludziach Lodu był taki zasuszony i cuchnący pokurcz, na Ostateczną Walkę z którym rodzinka się przygotowywała przez parę wieków. A gdy już do tej Ostatecznej Walki doszło, nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać… _^_
    Po czymś takim po prostu nie mogę nie być spaczona, obawiam się, Był jeden czarny charakter, z którego byłam wręcz nieprzyzwoicie dumna – Tares z Nekh’An, czarnoksiężnik z Wojowniczek Poświaty. Tego to nawet ja się bałam… Choć oczywiście podziwiałam też. A na końcu również współczułam – ale skoro nawet Natsumi wreszcie zaczęła, to u mnie tym bardziej nie powinno to dziwić…
    Nie, nie da rady żebym ułożyła jakiegoś ordynarnego i zaślinionego fanatyka, i wpoiła mu ambicje władzy nad światem. Ale u mnie, obawiam się, czarny charakter może albo być normalnie, porządnie zły, albo mieć osobowość. Jedno wyklucza drugie. Pamiętacie królową Beryl z animowej wersji Sailorek? Brr…

    - Pięknie wyglądałabyś w czerwieni, Madelyn.
    - Gdybyś miał u mnie jakieś szanse, właśnie w tej chwili byś je stracił.

    Obejrzałam sobie Gnijącą Pannę Młodą i jestem prawie w pełni usatysfakcjonowana :D Prawie, bo teraz pozostaje mi marzyć o dorwaniu Charliego i Fabryki Czekolady… O Dumie i Uprzedzeniu już nie wspominając.


    • RSS