got27.gifLojalnie ostrzegam – nigdy nie zastanawiajcie się nad imieniem dla syna, będąc na ostrej fazie. Nawet jeśli jeszcze go nie macie.

Rewanżu dla Vanny część 2 – Dziwny Wynik Dziwnej Weny

W każdej chwili mogłem się zatrzymać. Oczywiście, że mogłem. Tylko, ze wtedy to stworzenie o zmieniającym się co chwilę wyglądzie zniknęłoby mi z oczu na dobre, a czułem, że nie mogę do tego dopuścić.
– Dlaczego mi uciekasz? – zawołałem w jego stronę jak mogłem najgłośniej.
A czym jestem Josephie Flint? – przemówiło stworzenie wielogłosem.
– Nie dowiem się, dopóki mi nie powiesz! – rzuciłem niespokojnie, słysząc nasilające się z tyłu hałasy, bębny i dziki jazgot piszczałek – Co tu jest grane?
Jak możesz gonić coś, czego nawet nie znasz? – roześmiała się istota i nie przestała biec.
Ja też nie przestałem. Przenikliwe dźwięki otoczyły mnie zewsząd – a może rozbrzmiewały tylko w moim umyśle? – i wiedziałem już, że nie tylko ja jestem tutaj ścigającym. Ta olbrzymia kreatura z mnóstwem łbów znowu za mną podążała, a jedna z jej głów miała twarz Nancy. Żałowałem, że nie ma tu Pen, która mogłaby ją rozjechać czarnym karawanem.
Ale tak naprawdę coraz mniej myślałem. I coraz bardziej się bałem…

Uniosłem powieki, kiedy hałas w mojej głowie urwał się nagle – jakby ktoś wyciągnął kabel od wzmacniacza z kontaktu.
Dokoła było ciemno, a ja leżałem przykryty czymś potwornie grubym. Gdy spróbowałem się podnieść, okazało się, że chyba wszystkie moje mięśnie są temu przeciwne, taki byłem obolały i zesztywniały. Zdołałem tylko unieść głowę i zobaczyć wysoki kształt w cylindrze, pochylony nad kominkiem, dźgając polana pogrzebaczem. Dziwne, wcześniej nie zauważyłem, by w tym pokoju był jakiś kominek… Ciężko opadłem z powrotem na poduszkę, wywołując skrzypienie sprężyn.
– Ha, żyjesz – mój „cień na czarnej ścianie” odwrócił się na pięcie, upuszczając pogrzebacz – Powinienem był się tego domyślić po twoich odpałach, ale wiesz, mogły być dla zmyłki. Spisek ciemnych sił.
Podszedł, wziął z komody latarkę i włączył ją. Miał podkrążone oczy i nosił koszulkę z napisem M-ALICIOUS WORLD, o dziwo białą.
– Jakie odpały? – odezwałem się z trudem.
Uśmiechnął się, świecąc mi z wyraźnym upodobaniem w oczy.
– Telepałeś się jak galareta i przemawiałeś dawno już zapomnianym prajęzykiem – pochylił się nade mną, zniżając głos do ochrypłego szeptu – I wszystko wskazywało na to, że…
Byłem pewien, że się zgrywa, a jednak nie mogłem powstrzymać niepokoju. Oczywiście Alice to zauważył i było mu to w smak.
– …Że twoja dusza… – rozczapierzył palce i wykrzywił usta w upiornym uśmiechu – Gdzieś wędrowała! – dokończył z emfazą, znowu kierując na mnie światło latarki. Zacisnąłem powieki i pozostałem tak dopóki jej nie odsunął.
– Tak… Świetnie – westchnąłem – A poważnie?
Wyprostował się i przeszedł kilka kroków, diametralnie zmieniając wyraz twarzy.
– Dobra – skinął głową – Otóż rzucałeś się po łóżku i dyszałeś jak po biegu maratońskim, wydając z siebie niezrozumiały bełkot. Podejrzewam, że twoja dusza gdzieś wędrowała.
Miałem ochotę złapać się za głowę, ale ręce za bardzo mnie bolały.
– Dzięki – przewróciłem oczami – Nie ma jak zdrowa, rozsądna ocena sytuacji.
Nie wyłączając latarki, Alice przemaszerował na drugą stronę łóżka i odsunął zasłonę – zasłonę? Nie wyjrzał jednak przez okno, lecz przyglądał mi się uważnie.
– Moja siostra nie powinna była prosić cię o pomoc – zawyrokował wreszcie.
Nie odpowiedziałem, choć w duchu przyznawałem mu rację. Gdybym otworzył usta, pewnie bym raczej ziewnął.
– Z drugiej zaś strony, dobrze zrobiła – stwierdził po namyśle – Ciekawe rzeczy z tego wynikają.
– Dlaczego jej tu nie ma? – zapytałem cierpko, nie chcąc komentować jego słów.
– Poszła znaleźć szamana, żeby sprowadził twoją duszę z powrotem – usłyszałem i przyjąłem to ze spokojną rezygnacją, bo czegóż właściwie mogłem się spodziewać? – Chyba jej się udało, więc lepiej pośpij, skoro już jesteś w ciele. Poczekam na nią.
– A ty nie zamierzasz spać? – spytałem, czując jak powieki same mi opadają – Sam wyglądasz jakbyś tego potrzebował.
– Zostało jedno łóżko – Alice parsknął śmiechem – Miałbym ryzykować życiem, nie zostawiając go jej? Myślę, że dzisiaj będę zwisał z sufitu.
– Cylinder ci spadnie – zauważyłem.
– No tak, to może być problem – dobiegło mnie, ale nie odezwałem się już, bo zmorzył mnie sen.

Resztę nocy przespałem twardo, bez żadnych „odpałów”. Obudziło mnie trzaśnięcie drzwi i burczenie w brzuchu. To pewnie od tego zapachu jajecznicy, który właśnie napłynął do pokoju.
Podniosłem się, próbując sobie poradzić z ciężką pierzyną, która do tego miała kwiatowy wzorek i ogólnie mnie przerażała. Talerz z jajecznicą stał na stoliku, przykrytym koronkową serwetą; tak samo koronkowe były zasłony w oknie. Ściany miały kolor pastelowego błękitu, a przy drugim łóżku stała biała toaletka. Podświadomie spodziewałem się puszystego dywanu – i miałem rację.
Pen właśnie zaczęła poprawiać i tak już porządnie pościeloną kołdrę, przy okazji ofukując o coś siedzącego w fotelu brata. Asa trefl miała tym razem przypiętego do kieszeni flanelowej koszuli, a jej włosy były w jeszcze większym nieładzie niż zwykle, co mnie jakoś rozczuliło.
– O, ranny ptaszek się zbudził – powiedziała melodyjnie, odwracając się do mnie – Wiesz, że już południe? Wcinaj śniadanie, bo przed nami pracowity dzień.
– Ale ty prowadzisz – zastrzegł sobie Alice słabym głosem. Sennym czy zrezygnowanym?
– Twój samochód? W życiu – prychnęła jego siostra, po czym zwyczajnie ściągnęła mnie z łóżka i zaczęła je ścielić. Miałem zamiar zaprotestować, gdy nagle uświadomiłem sobie, że już nic mi nie dolega. Byłem rześki i gotowy na powitanie dnia.
Może ta nocna rozmowa też była tylko snem? A może po prostu zacząłem wariować? To by mnie akurat nie zdziwiło…
– Słuchaj, co to jest właściwie za miejsce? – zapytałem Pen, rozglądając się po pokoju. Kominek był na miejscu, a w nim pełno popiołu.
– No, jak to? Przecież kamienica pani Winters! – zdziwiła się, jakby to było najzupełniej oczywiste.
– Ale jak to się stało, że nie jesteśmy już w motelu? Miałem chyba trochę za długą przerwę w życiorysie i…
– Moja siostrzyczka nas tu przyciągnęła – wyjaśnił Alice melancholijnie – Żeby mieć ubaw, widząc jak szanowna właścicielka tego miejsca piorunuje mnie wzrokiem.
– Jak zwykle przesadzasz – westchnęła Pen.
– Tu są pastelowe ściany. A ty jesteś wygodnicka.
– Po prostu mam inne wartości niż ty – ucięła dziewczyna i podprowadziła mnie do stolika. – Mój brat mieszka z tyłu klubu – poinformowała scenicznym szeptem – Ciesz się, że nigdy cię tam nie zaprosił.
– W przeciwieństwie do niektórych, potrafię się dostosować do każdych warunków – powiedział zainteresowany w przestrzeń.
– Dobra, dobra. Możesz już równie dobrze zacząć reżyserować te tandetne horrory, wtedy będzie cię stać wyłącznie na obskurne motele – prychnęła jego siostra, po czym uśmiechnęła się do mnie. – A teraz jedz. Sama robiłam.
Nie mogłem nie odwzajemnić uśmiechu. Nie mogłem też, co prawda na pół świadomie, unieść dłoni i dotknąć jej policzka, spojrzeć w jadowicie zielone oczy. Ona też na mnie popatrzyła, choć nie wiem czy w jej wzroku było roztkliwienie, czy raczej drwina. Pod pewnymi względami była trudniejsza do rozszyfrowania niż jej bliźniak.
– Przestań go hipnotyzować – przerwał nam tenże przez zęby – Daj mu zjeść i jedźmy.
– Dokąd mamy jechać? – zapytałem go, równocześnie nabierając prędko w usta porcję jajecznicy. Doprawdy, pachniała zachęcająco, a smakowała wyśmienicie. Czy gdybym powiedział o tym Pen, miło by to przyjęła?
– Na pewno nie do „Krainy Czarów” – dziewczyna odsunęła się ode mnie z założonymi rękami, jakby zmieszana.
– A dlaczego nie? – obruszył się Alice – Biorąc pod uwagę, że została pod opieką Zolta, może pożreć mnie żywcem, jeśli nie wrócę tam odpowiednio wcześnie.
– Zolta?! Bogowie… – Pen złapała się za głowę – Przecież zawsze, kiedy wybywasz, przekazujesz pałeczkę Belindzie!
– Chyba, że nie mam czasu ani okazji – wzruszył ramionami – Wtedy prawo przechodzi na najstarszego.
– Czemu tam nie zadzwonisz? – podsunąłem, starając się nie udławić.
– Próbowałem, ale nikt nie odbiera. Nie mam pojęcia, kogo Zolt zostawił przy telefonie, zanim sam poszedł doglądać klienteli… O ile kogoś w ogóle.
Wyobraziłem sobie tego żylastego starca szalejącego na parkiecie z butelką whiskey, podszczypując dziewczyny i zrobiło mi się słabo.
– Dokąd mamy jechać? – powtórzyłem, odganiając sprzed oczu nieznośną wizję.
– Jak to dokąd? – zdziwiła się znowu Pen – Przecież do Pytii, nie dałeś nam innego wyboru.
Zachciało mi się kląć, ale zauważyła to w porę i spojrzała na mnie z dezaprobatą.