star-miya blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 5.2006

    got27.gifLojalnie ostrzegam – nigdy nie zastanawiajcie się nad imieniem dla syna, będąc na ostrej fazie. Nawet jeśli jeszcze go nie macie.

    Rewanżu dla Vanny część 2 – Dziwny Wynik Dziwnej Weny

    W każdej chwili mogłem się zatrzymać. Oczywiście, że mogłem. Tylko, ze wtedy to stworzenie o zmieniającym się co chwilę wyglądzie zniknęłoby mi z oczu na dobre, a czułem, że nie mogę do tego dopuścić.
    – Dlaczego mi uciekasz? – zawołałem w jego stronę jak mogłem najgłośniej.
    A czym jestem Josephie Flint? – przemówiło stworzenie wielogłosem.
    – Nie dowiem się, dopóki mi nie powiesz! – rzuciłem niespokojnie, słysząc nasilające się z tyłu hałasy, bębny i dziki jazgot piszczałek – Co tu jest grane?
    Jak możesz gonić coś, czego nawet nie znasz? – roześmiała się istota i nie przestała biec.
    Ja też nie przestałem. Przenikliwe dźwięki otoczyły mnie zewsząd – a może rozbrzmiewały tylko w moim umyśle? – i wiedziałem już, że nie tylko ja jestem tutaj ścigającym. Ta olbrzymia kreatura z mnóstwem łbów znowu za mną podążała, a jedna z jej głów miała twarz Nancy. Żałowałem, że nie ma tu Pen, która mogłaby ją rozjechać czarnym karawanem.
    Ale tak naprawdę coraz mniej myślałem. I coraz bardziej się bałem…

    Uniosłem powieki, kiedy hałas w mojej głowie urwał się nagle – jakby ktoś wyciągnął kabel od wzmacniacza z kontaktu.
    Dokoła było ciemno, a ja leżałem przykryty czymś potwornie grubym. Gdy spróbowałem się podnieść, okazało się, że chyba wszystkie moje mięśnie są temu przeciwne, taki byłem obolały i zesztywniały. Zdołałem tylko unieść głowę i zobaczyć wysoki kształt w cylindrze, pochylony nad kominkiem, dźgając polana pogrzebaczem. Dziwne, wcześniej nie zauważyłem, by w tym pokoju był jakiś kominek… Ciężko opadłem z powrotem na poduszkę, wywołując skrzypienie sprężyn.
    – Ha, żyjesz – mój „cień na czarnej ścianie” odwrócił się na pięcie, upuszczając pogrzebacz – Powinienem był się tego domyślić po twoich odpałach, ale wiesz, mogły być dla zmyłki. Spisek ciemnych sił.
    Podszedł, wziął z komody latarkę i włączył ją. Miał podkrążone oczy i nosił koszulkę z napisem M-ALICIOUS WORLD, o dziwo białą.
    – Jakie odpały? – odezwałem się z trudem.
    Uśmiechnął się, świecąc mi z wyraźnym upodobaniem w oczy.
    – Telepałeś się jak galareta i przemawiałeś dawno już zapomnianym prajęzykiem – pochylił się nade mną, zniżając głos do ochrypłego szeptu – I wszystko wskazywało na to, że…
    Byłem pewien, że się zgrywa, a jednak nie mogłem powstrzymać niepokoju. Oczywiście Alice to zauważył i było mu to w smak.
    – …Że twoja dusza… – rozczapierzył palce i wykrzywił usta w upiornym uśmiechu – Gdzieś wędrowała! – dokończył z emfazą, znowu kierując na mnie światło latarki. Zacisnąłem powieki i pozostałem tak dopóki jej nie odsunął.
    – Tak… Świetnie – westchnąłem – A poważnie?
    Wyprostował się i przeszedł kilka kroków, diametralnie zmieniając wyraz twarzy.
    – Dobra – skinął głową – Otóż rzucałeś się po łóżku i dyszałeś jak po biegu maratońskim, wydając z siebie niezrozumiały bełkot. Podejrzewam, że twoja dusza gdzieś wędrowała.
    Miałem ochotę złapać się za głowę, ale ręce za bardzo mnie bolały.
    – Dzięki – przewróciłem oczami – Nie ma jak zdrowa, rozsądna ocena sytuacji.
    Nie wyłączając latarki, Alice przemaszerował na drugą stronę łóżka i odsunął zasłonę – zasłonę? Nie wyjrzał jednak przez okno, lecz przyglądał mi się uważnie.
    – Moja siostra nie powinna była prosić cię o pomoc – zawyrokował wreszcie.
    Nie odpowiedziałem, choć w duchu przyznawałem mu rację. Gdybym otworzył usta, pewnie bym raczej ziewnął.
    – Z drugiej zaś strony, dobrze zrobiła – stwierdził po namyśle – Ciekawe rzeczy z tego wynikają.
    – Dlaczego jej tu nie ma? – zapytałem cierpko, nie chcąc komentować jego słów.
    – Poszła znaleźć szamana, żeby sprowadził twoją duszę z powrotem – usłyszałem i przyjąłem to ze spokojną rezygnacją, bo czegóż właściwie mogłem się spodziewać? – Chyba jej się udało, więc lepiej pośpij, skoro już jesteś w ciele. Poczekam na nią.
    – A ty nie zamierzasz spać? – spytałem, czując jak powieki same mi opadają – Sam wyglądasz jakbyś tego potrzebował.
    – Zostało jedno łóżko – Alice parsknął śmiechem – Miałbym ryzykować życiem, nie zostawiając go jej? Myślę, że dzisiaj będę zwisał z sufitu.
    – Cylinder ci spadnie – zauważyłem.
    – No tak, to może być problem – dobiegło mnie, ale nie odezwałem się już, bo zmorzył mnie sen.

    Resztę nocy przespałem twardo, bez żadnych „odpałów”. Obudziło mnie trzaśnięcie drzwi i burczenie w brzuchu. To pewnie od tego zapachu jajecznicy, który właśnie napłynął do pokoju.
    Podniosłem się, próbując sobie poradzić z ciężką pierzyną, która do tego miała kwiatowy wzorek i ogólnie mnie przerażała. Talerz z jajecznicą stał na stoliku, przykrytym koronkową serwetą; tak samo koronkowe były zasłony w oknie. Ściany miały kolor pastelowego błękitu, a przy drugim łóżku stała biała toaletka. Podświadomie spodziewałem się puszystego dywanu – i miałem rację.
    Pen właśnie zaczęła poprawiać i tak już porządnie pościeloną kołdrę, przy okazji ofukując o coś siedzącego w fotelu brata. Asa trefl miała tym razem przypiętego do kieszeni flanelowej koszuli, a jej włosy były w jeszcze większym nieładzie niż zwykle, co mnie jakoś rozczuliło.
    – O, ranny ptaszek się zbudził – powiedziała melodyjnie, odwracając się do mnie – Wiesz, że już południe? Wcinaj śniadanie, bo przed nami pracowity dzień.
    – Ale ty prowadzisz – zastrzegł sobie Alice słabym głosem. Sennym czy zrezygnowanym?
    – Twój samochód? W życiu – prychnęła jego siostra, po czym zwyczajnie ściągnęła mnie z łóżka i zaczęła je ścielić. Miałem zamiar zaprotestować, gdy nagle uświadomiłem sobie, że już nic mi nie dolega. Byłem rześki i gotowy na powitanie dnia.
    Może ta nocna rozmowa też była tylko snem? A może po prostu zacząłem wariować? To by mnie akurat nie zdziwiło…
    – Słuchaj, co to jest właściwie za miejsce? – zapytałem Pen, rozglądając się po pokoju. Kominek był na miejscu, a w nim pełno popiołu.
    – No, jak to? Przecież kamienica pani Winters! – zdziwiła się, jakby to było najzupełniej oczywiste.
    – Ale jak to się stało, że nie jesteśmy już w motelu? Miałem chyba trochę za długą przerwę w życiorysie i…
    – Moja siostrzyczka nas tu przyciągnęła – wyjaśnił Alice melancholijnie – Żeby mieć ubaw, widząc jak szanowna właścicielka tego miejsca piorunuje mnie wzrokiem.
    – Jak zwykle przesadzasz – westchnęła Pen.
    – Tu są pastelowe ściany. A ty jesteś wygodnicka.
    – Po prostu mam inne wartości niż ty – ucięła dziewczyna i podprowadziła mnie do stolika. – Mój brat mieszka z tyłu klubu – poinformowała scenicznym szeptem – Ciesz się, że nigdy cię tam nie zaprosił.
    – W przeciwieństwie do niektórych, potrafię się dostosować do każdych warunków – powiedział zainteresowany w przestrzeń.
    – Dobra, dobra. Możesz już równie dobrze zacząć reżyserować te tandetne horrory, wtedy będzie cię stać wyłącznie na obskurne motele – prychnęła jego siostra, po czym uśmiechnęła się do mnie. – A teraz jedz. Sama robiłam.
    Nie mogłem nie odwzajemnić uśmiechu. Nie mogłem też, co prawda na pół świadomie, unieść dłoni i dotknąć jej policzka, spojrzeć w jadowicie zielone oczy. Ona też na mnie popatrzyła, choć nie wiem czy w jej wzroku było roztkliwienie, czy raczej drwina. Pod pewnymi względami była trudniejsza do rozszyfrowania niż jej bliźniak.
    – Przestań go hipnotyzować – przerwał nam tenże przez zęby – Daj mu zjeść i jedźmy.
    – Dokąd mamy jechać? – zapytałem go, równocześnie nabierając prędko w usta porcję jajecznicy. Doprawdy, pachniała zachęcająco, a smakowała wyśmienicie. Czy gdybym powiedział o tym Pen, miło by to przyjęła?
    – Na pewno nie do „Krainy Czarów” – dziewczyna odsunęła się ode mnie z założonymi rękami, jakby zmieszana.
    – A dlaczego nie? – obruszył się Alice – Biorąc pod uwagę, że została pod opieką Zolta, może pożreć mnie żywcem, jeśli nie wrócę tam odpowiednio wcześnie.
    – Zolta?! Bogowie… – Pen złapała się za głowę – Przecież zawsze, kiedy wybywasz, przekazujesz pałeczkę Belindzie!
    – Chyba, że nie mam czasu ani okazji – wzruszył ramionami – Wtedy prawo przechodzi na najstarszego.
    – Czemu tam nie zadzwonisz? – podsunąłem, starając się nie udławić.
    – Próbowałem, ale nikt nie odbiera. Nie mam pojęcia, kogo Zolt zostawił przy telefonie, zanim sam poszedł doglądać klienteli… O ile kogoś w ogóle.
    Wyobraziłem sobie tego żylastego starca szalejącego na parkiecie z butelką whiskey, podszczypując dziewczyny i zrobiło mi się słabo.
    – Dokąd mamy jechać? – powtórzyłem, odganiając sprzed oczu nieznośną wizję.
    – Jak to dokąd? – zdziwiła się znowu Pen – Przecież do Pytii, nie dałeś nam innego wyboru.
    Zachciało mi się kląć, ale zauważyła to w porę i spojrzała na mnie z dezaprobatą.

    got40.gifEven when your breath was taken
    Czy to tak a propos Vannysiowej utraty oddechu momentami? @__@

    Cóż, dygresje okołotwórczościowe nadal są odłożone na notkę następną, bo obecnej nie planowałam. Piszę ją pod wpływem chwili, bo… Bo tak. Bo nie dość, że mam regularne napady Ostrej Fazy, to do tego rozklejam się kompletnie, rozczulam i rozanielam. Za dużo, za dużo piosenek wczoraj poznałam, za dużo mnie chwyciło za… gardło? _^_
    Ale to jest dobre uczucie, takie miłe, oczyszczające i jakby mnie ktoś tkliwie głaskał po łebku. To taki dziwny kontrast z tymi wszystkimi poisonami i innymi dangerous menami, którymi się ostatnio zasłuchiwałam. Może dlatego?

    Hm. Przeczytałam całe 4 rozdziały Chłopaków Anansiego i już mnie wena trzepie. A wena pogaimanowa jest… Dziwna O_o

    Nyo i jeszcze tu ogłoszę, że potrzebny mi chrzestny dla syna :P Jak już go kiedyś będę miała, znaczy, bo w końcu mi ta gorliwa Cyganka wywróżyła dwóch, nie? Plus córkę :> Więc tak już na zapas szukam… I nie, nie nazwę go Wieńczysław, spokojna głowa :>

    Even when your blue eyes turned to grey

    gol94_.gifHmm… *patrzy na nagłówek* Tam z założenia miał być jakiś kawałek z Poison, ale nie bądźmy tacy monotematyczni, piosenki pana Coopera też mogą sobie czasem odpocząć…
    *patrzy jednym zębatym oczkiem na swój Media Player*
    …Dobra, może się wyraziłam troszkę na wyrost. Ale faktem jest, że dzisiaj zaczęła mi chodzić po łebku Virginia pani Amos i nie chce z owego łebka wyjść. Zresztą ja nie mam zupełnie nic przeciwko temu, żeby tam była, bo się zakichałam w niej. Chyba przez tę rozkołysaną melodię, uspokajającą i niepokojącą zarazem… Acz pewnie kiedy się lepiej wczytam w tekst, zakicham się jeszcze bardziej, zobaczymy.

    A tak baj de łej, doszłam do wniosku, że czytanie baśni w kombinacji ze słuchaniem The man behind the mask jest niebezpieczne. Zapamiętaj to, ewentualny Zdesperowany Czytelniku, zwłaszcza jeśli jesteś nieostrożnym młodzieńcem, który umawia się na schadzki w lesie ze swą potencjalną narzeczoną, ryzykując spotkanie z tajemniczym nieznajomym z czarownego świata, który zaproponuje Ci trzy przysługi w zamian za wypożyczenie narzeczonej na trzy noce…
    …Uff. Rzekłam na jednym wydechu.

    Nyo ale dygresje na temat radosnej tfurczości i tego, jaki Miyak ma zgryz z czarnymi charakterami, zostają odłożone na notkę następną. Mówię to zawczasu, żeby potem nie było, że nie ostrzegałam!

    Hmm. Nagrałam właśnie tacie dwie składanki. Spędził chyba z godzinę przetrząsając moje ponad 450 piosenek, coby z nich wybrać trzydzieści parę… Sama mu to zaproponowałam, bo fascynuje mnie układanie piosenek na płytach, serio. To jeden z nielicznych wyjątków, dla których zdarza mi się odstępować od Chaosu. Uwielbiam je tak dopasowywać, żeby były ze sobą porządnie zgrane, starannie i bez żadnych zgrzytów. To jak… Bo ja wiem, przygotowywanie nad kociołkiem magicznej formuły?

    A tak poza tym kwiaty akacji można mierzyć na kilogramy, wiatr wieje mocno i rozwiewa ich zapach, a ja łażę po świecie we wzmożonym stanie zakichania, o. Świetnie mi się zasypia w takim stanie – ja wiem, że to zabrzmi paradoksalnie, ale nawet jeśli śpię sama, to i tak czuję, że mnie ktoś przytula.

    I ze wzmożoną aktywnością rysuję po notatkach. Niekoniecznie własnych…
    Me: Raz w życiu go narysowałam jak trzeba… T__T
    Ania: Ale co chcesz, ładnie ci wyszedł!
    Me: Wyszedł jak debil! T__T
    Ania: Wcale nie.
    Me: Właśnie, że tak T__T
    Ania: No dobrze, wyszedł jak debil – jesteś zdolna!
    Me: Ale… Ale… O__o
    Ania: Zobacz, potrafisz tak narysować faceta, żeby uchwycić jakim jest debilem!
    Me: *załamuje się nerwowo*
    Nota bene, po chwili dołączył do nas pewien mało mi znany Maciek z drugiej grupy i wyjechał radośnie, że słyszał jak to ja ładnie mangę rysuję i czy nie machnęłabym mu dziewczyny… Byłam w ciężkim szoku, ale machnęłam. Potem się innym chwalił.
    A jeszcze wcześniej Ania mi wmawiała, że ładnie śpiewam, kiedy to czytałam notatki z metodyki do melodii Smooth Operatora czy innego Mizu no madoromi
    Teoretycznie powinno mi teraz ego rosnąć. Ale zamiast tego ucieka z przerażeniem i chowa się w kąciku.

    couples_gothcouple1_6_16_2002.gifRozmowa (de)liryczna

    Rewanżu dla Vanny część 1 – Collected

    Przyjęcie miało się rozpocząć lada chwila i uczestnicy w eleganckich strojach już się zapewne zebrali w głównej sali – ale to było na dole, wiele pięter poniżej, gdy tymczasem winda z jedną samotną pasażerką wjechała na samą górę.
    Wyszła na dach, wzdychając z rozdrażnieniem. Nie rozumiała tylko, dlaczego ktoś wybudował w wysokich górach hotel o potwornej ilości pięter. Przeczuwała jednak, że skoro jej towarzysz jeszcze się nie pojawił w tłumie, to znajdzie go właśnie tu. I rzeczywiście, siedział niemal przy samej krawędzi, na rozłożonej marynarce, nie dbając o to, w jakim później będzie ona stanie.
    Usłyszał jej kroki i obejrzał się przez ramię.
    – Zawsze na szczycie – mruknęła – Tak ci najlepiej, prawda?
    – Dosłowny szczyt może być równie dobry jak ten metaforyczny – uśmiechnął się kącikiem ust i spojrzał w dół – Nawet niekiedy lepszy.
    – Z jednego i drugiego łatwo spaść – prychnęła, ale podeszła bliżej – Wiesz jak bolesny może być taki upadek?
    – Oczywiście – skinął głową – Przecież inaczej nie byłoby wyzwania, prawda?
    Przesunął się trochę i dał znak gestem, by usiadła obok. Trochę się bała o swoją białą kreację, a on dobrze o tym wiedział – nie przestawał się uśmiechać, ale też przyglądał jej się krytycznie.
    – Wyglądasz jak zjawa – ocenił – Szkoda, że nie włożyłaś tej czerwonej sukni bez rękawów. Pięknie wyglądałabyś w czerwieni.
    Popatrzyła na niego sceptycznie. Uważała, że sprawiałaby raczej wrażenie jeśli nie femme fatale, to na pewno czarnego charakteru. Z drugiej zaś strony… W sytuacji, w jakiej się znalazła, byłoby to nawet na miejscu. Ale przecież nie przyłączyła się do tej niebezpiecznej gry po to, by być na miejscu. Poza tym Dighenis najbardziej lubił ją w bieli – twierdził, że doskonale kontrastuje z jej mroczną urodą.
    Kiedy to było? Przecież całkiem niedawno, a jednak…
    – Powiedz – jego głos wdarł się nagle w jej myśli – Ważniejsze jest dążenie do sukcesu czy życie chwilą?
    Posłała mu osłupiałe spojrzenie. Kompletnie wybił ją z toru myśli – przez co miała w głowie mętlik – a w dodatku jeszcze takim pytaniem…
    – Dlaczego chcesz wiedzieć? – odezwała się w końcu, przekrzywiając głowę.
    – Powiedzmy, że szukam sobie motta życiowego.
    – W takim razie sam powinieneś znaleźć odpowiedź.
    – Osobiście myślę, że życie chwilą, o ile ta chwila jest odpowiednia… I pojawia się w niej szansa na zwycięstwo. Ale chciałem poznać twoje zdanie, czy to takie dziwne?
    Znów się zamyśliła. Sama uważała, że najważniejsze jest szczęście i spokój ducha, ale podejrzewała, że by ją wyśmiał. Zresztą tak było dawniej, zanim Dighenis został zabity. Zanim rzuciła wszystko żeby stanąć po stronie Chaosu… W celu zemsty.
    Śmiechu warte.
    – Mój ojciec powtarzał, że najważniejsze jest życie w zgodzie ze sobą – powiedziała, sama się dziwiąc, że właśnie to jej przyszło na myśl. Miała nadzieję, że nie zauważył napływających jej do oka łez.
    – Dziwne – stwierdził – A przecież ludzie tak lubią udawać kogoś, kim nie są…
    Zamrugała powieką bez zrozumienia. Za to z nagłą myślą, że dobrze zrobiła, podkreślając rzęsy – rzadko łapała się na tego rodzaju myślach.
    – Bo twój ojciec też był człowiekiem, prawda? – zauważył jej zmieszanie. Rzadko kiedy czegoś nie zauważał. Zwłaszcza jeśli to powinno przejść bez echa.
    Skinęła głową i odetchnęła głęboko, próbując powstrzymać ściskanie w gardle.
    – Opowiedz mi o nim – zażyczył sobie niespodziewanie, wprawiając ją w jeszcze większą konsternację – Jaki był?
    – Był… Pierwszy po wodzu naszego klanu – zaczęła niepewnie, wbijając wzrok w górski krajobraz
    - W walce nie miał sobie równych i wróżono mu wielką karierę.
    – Nie o to pytam – przerwał jej, kładąc się i przymykając oczy – Jakim był człowiekiem? Osobą?
    Westchnęła cicho, ale właściwie nic jej nie szkodziło. I tak już byli spóźnieni.
    – Dlaczego chcesz wiedzieć? – zapytała, z nieprzyjemnym wrażeniem, że się powtarza. W dodatku nie miała pewności, czy usłyszy prawdę.
    – Bo był kiedyś taki człowiek, który ulotnił się zanim przyszedłem na świat – na jego fascynującej twarzy zagościła melancholia – Nie żeby mi przez to czegoś brakowało w życiu… Ale może właśnie powinno. Pozwolisz mi zrozumieć?
    Spuściła wzrok. Kiedy właściwie przestała wpatrywać się w krajobraz? Coraz więcej chmur nadchodziło – Vayne i Bonne Marie się postarali.
    – Lubił się śmiać – szepnęła – Zawsze kiedy miał czas zabierał mnie na wycieczki do miast… Oczywiście o ile matka nie zabierała mnie wcześniej na wędrówki po lasach… I przekazywał historię przodków – miał taki zabawny sposób mówienia nawet o dramatycznych wydarzeniach. No i był niezwykle honorowy.
    – Jak cały wasz lud – skwitował – Jak ty.
    To była celna strzała, ale przywoływała więcej wspomnień.
    – Wiesz, jak się związał z moją matką? – uśmiechnęła się krzywo – Pomagał raz jej plemieniu w walce z traiggilami i uratowała mu życie swoją magią. Potem nie mogła się od niego opędzić… Nie podobały jej się te tradycje powierzania życia, spłaty długu. Ale nie przekonała go. W końcu już nie chciała go przekonywać. Serce nie sługa.
    – A widzisz – skomentował z nagłym zadowoleniem, podnosząc się – Widać w taki sposób można stworzyć całkiem udaną parę.
    – W końcu zresztą spłacił ten dług… I sam przy tym zginął – dokończyła, starając się ignorować jego słowa. Ale to było trudne, zbyt trudne, zwłaszcza, że znaleźli się w tej chwili tuż obok siebie. A w następnym momencie poczuła jego usta na swoich… Czy odwrotnie? A czy to ważne, kto robi pierwszy krok?
    …Ważne.
    Poderwała się gwałtownie i zakręciło jej się w głowie. Zareagował prędko, podtrzymując ją.
    – Powinniśmy już od dawna być na dole – mruknęła.
    – Po co to mówisz, skoro wolałabyś powiedzieć coś przeciwnego? – posłał jej ten dziwny, drwiąco-zwycięski uśmiech, którego tak nie lubiła. Za bardzo zapadał jej w pamięć.
    Nie wypuścił jej jeszcze z ramion, wyrwała się więc. Nie miała już problemów z równowagą.
    – To, że ocaliłeś mi życie, nie znaczy, że możesz je naginać jak chcesz! – zawołała z oburzeniem.
    – To twoja tradycja – wzruszył ramionami – Chcesz teraz wystąpić przeciw niej?
    Zacisnęła dłonie w pięści, aż zabolało.
    – Potrafisz tworzyć ułudę, ale nie dasz rady rozkazywać sercu. Tego nikt nie potrafi.
    – Może i nie, ale zdziwiłabyś się, ile można mu wmówić.
    Odwróciła wzrok i pozwoliła się ująć pod ramię i poprowadzić w kierunku wejścia do hotelu.
    Wsiadając do windy zastanawiała się czy zdąży jeszcze wpaść do pokoju i zmienić suknię.

    black_goth.gifWiosna szaleje, koledż staje na gło… dachu, nauką zawalają, natchnienie się budzi… Elfy mi po łebku znów łażą, wobec czego powinnam wreszcie skorzystać z okazji i skończyć… Khem, skończyć jak skończyć, ale ROZWINĄĆ wreszcie opowieść z Przesileniem w tle, zamiast zastanawiać się bezproduktywnie dlaczego Hassila wypiła truciznę, jaki kolor włosów ma Lierni i czy Ríllith weźmie się w garść i ucieknie z dzieckiem, czy zostanie w gnieździe węży, powolutku acz skutecznie łamana… Ja się zaczynam do nich przywiązywać, skjeri O__o

    A z drugiej strony tak mnie znowu na rysowanie bierze – czy to krótkopisem, czy to żelkiem, czy choćby pikselami w Paincie, postawienie każdej kolejnej kreski przywołuje dreszcz, a każdy dreszcz przywołuje westchnienie… Ja może dziwnie w tej chwili brzmię, ale bywa, bywa… Że coraz dokładniejsze rysowanie jest jak pieszczota, a precyzyjne wykańczanie szczegółów jak najdelikatniejszy dotyk – a kiedy już się dobiorę do twarzy albo do dłoni… A na koniec patrzy się na efekt czułym wzrokiem. Z triumfalnym uśmiechem. Można tak zmysłowo odbierać rysowanie, czy tylko mi tak odbija?
    A Airel zapytała raz: „Zawsze tak dopieszczasz wrogów?”…

    Zua i Perfidna Avellana sprawiła, że mój światopogląd zawalił się już totalnie, narobiwszy zdjęć rozmaitym zielonym kwiatkom. Z dedykacją.

    i od lat cytują swój mit?


    • RSS