Kjopek.gifMILLBANKS!!! – wrzasnął niepokojąco znajomy głos.
Młody historyk z przestrachem poderwał się z krzesła; zrobił to jednak zbyt gwałtownie i runął na podłogę, a czytana przed chwilą książka wylądowała mu na twarzy. Odłożył ją niepewnie, zastanawiając się, co właściwie wyrwało go z transu, w który jak zwykle wpędziło go czytanie.
GDZIE SIĘ PODZIEWASZ, NA BOGÓW?! – odezwał się ponownie komunikator.
– Dzień dobry… – zaczął słabo Falco Millbanks, znalazłszy urządzenie leżące tuż przy jego uchu; za nic nie mógł sobie przypomnieć kiedy i dlaczego ustawił je na pełny regulator – Co się stało?
CO SIĘ STAŁO?! YUMENO WRESZCIE OTWORZYŁ, A TY PYTASZ, CO SIĘ STAŁO?!
– Co?! Kiedy?! – zerwał się od razu, całkowicie dochodząc do siebie, ale kierowniczka zdążyła już się wyłączyć, najwyraźniej obrażona. Zrezygnowany przyciszył komunikator, poprawił okulary, które i tak były już sklejone plastrem, i chwiejnym krokiem wyszedł z pokoju. Oczywiście o mało nie spadł przy tym ze schodów – jedyne przejście prowadziło bezpośrednio pod ziemię, do korytarza, który drążyła cała ekipa, z nadzieją trafienia (wreszcie) na coś ciekawego. Aż w końcu znaleźli te zapieczętowane drzwiczki w skale…
Falco szedł jak najwolniej, nie spiesząc się na spotkanie z Sahiiną Theval. Mijał kolejne wyjścia na górę i próbował sobie przypomnieć, jak właściwie dał się wrobić w pozostanie w Alkhai Golt, kiedy prawie wszyscy się rozjechali. Nawet Pai Pai wzięła sobie wolne, zostawiając za to tę nieznośną Shee’Nę, która uparcie pilnowała, by za bardzo nie rozkopano jej dawnego domu. Zdaniem Falca było już na to o wiele za późno, ale nigdy jej tego nie powiedział… Już i tak jej się naraził pytaniem, dlaczego u licha farbuje sobie włosy na kasztanowo. Niespecjalnie pasowało to do jej srebrnych oczu, choć chyba tylko on tak uważał. Taki Tadashi, na przykład, nie ustawał w komplementowaniu jej, nie przejmując się tym, że dziewczyna podśmiewa się z jego upodobania do dziwnych nakryć głowy…
Nareszcie (?) kryształowe przejście rozszerzyło się i oczom historyka ukazała się dziura jak po sporej eksplozji. Shee’Na próbowała rozgonić rękami kurz i dym, i zajrzeć do środka, co nie bardzo jej się udawało, natomiast kierowniczka stała z założonymi rękami i wyglądała jak chmura gradowa. Obie były mocno przykurzone. Gdzieś z boku leżały zdobione drzwiczki, które jeszcze niedawno były zapieczętowane.
– Chyba nie chcę wiedzieć, jak on to otworzył… – jęknął Falco, przyglądając się temu pobojowisku.
– Nie chcesz wiedzieć?! – Sahiina ruszyła ku niemu, odgarniając włosy z czoła i ciskając wzrokiem pioruny – Gdybyś tu był, to może zdołałbyś go powstrzymać!
– A potem byś mi robiła wyrzuty, że to zrobiłem – historyk cofnął się przezornie, omal nie nadeptując na własny ogon.
– W zasadzie masz rację – szefowa zatrzymała się i zamaszyście odwróciła. Falco odetchnął z ulgą; dobrze ją znał i wiedział, po co tutaj została. Była pracoholiczką i nie przepuściła żadnej okazji, by uczynić choć mały krok do kolejnego odkrycia.
– Słuchajcie, jeśli obudzimy coś nie… – zaczął niepewnie, ale Shee’Na zagłuszyła jego słowa.
– Tadashi, żyjesz?! – zawołała w głąb nowo otwartej groty, a może komnaty? Dym nadal zbyt wiele zasłaniał.
– Żyję, żyję! – rozległo się z wnętrza. Tadashiego Yumeno zawsze było słychać dużo wcześniej niż widać, ale tym razem prędko wyłonił się z szarych kłębów, wyraźnie dumny z siebie. Tym razem nosił na głowie coś, co przypominało tiarę igryjskiego kapłana, ale było niebieskie. Shee’Na podejrzewała, że jest zrobione z pomalowanej tektury, ale pokaźny wzrost kolegi nie pozwalał się temu bliżej przyjrzeć.
– Zrobiłeś taką wielką dziurę, żeby osobiście móc się tam wcisnąć? – zapytał Falco, stając obok srebrnej smoczycy. Dorównywał jej wzrostem, nieco wyższy od pełnokrwistych teggitów.
– No oczywiście! – odrzekł donośnie Tadashi, prostując się i pokazując towarzyszom dziwną białą skrzynkę – Ale tylko takie coś tam było…
– Pokaż! – Sahiina wyrwała mu gwałtownie znalezisko, by po chwili delikatnie postawić je na ziemi (Falco stłumił prychnięcie). Wykonane z nieznanego tworzywa, było zadziwiająco ciepłe w dotyku.
– Wiecie, czuję się jak złodziejka – odezwała się nagle Shee’Na – Ktoś to przecież tu zostawił specjalnie, żeby nikt inny tego nie znalazł… A co my robimy?
– Jesteśmy archeologami, a nie hienami cmentarnymi! – ucięła twardo kierowniczka – Zresztą, skoro tu kiedyś mieszkałaś, ta rzecz powinna przejść pod twoją opiekę.
– Taaak? No to proszę mi ją oddać.
– Zaraz, chwileczkę – kierowniczka jakby straciła grunt pod nogami, ale zaraz odzyskała rezon – My ci to zaniesiemy w jakieś bezpieczne miejsce, a ty… – złapała smoczą czarodziejkę za ramiona i lekko popchnęła ku zadymionej dziurze – Wejdź do środka i sprawdź, czy nie została tam jakaś wredna klątwa. A jeśli została, to spróbuj ją złamać. W ten sposób najlepiej się przysłużysz.
Zagadanej i zdezorientowanej Shee’Nie pozostało tylko skinąć głową i zniknąć w pomieszczeniu, z którego wcześniej wyszedł Tadashi.
– A teraz otwieramy! – szepnęła Sahiina z przejęciem, a w jej oczach pojawił się dobrze znany całej ekipie głód.
Po problemach z drzwiami spodziewali się równie wielkich – jeśli nie większych – trudności z otwarciem skrzynki, tymczasem wystarczyło tylko podnieść pokrywkę (Tadashi wyglądał na zawiedzionego). Wnętrze było obite czymś miękkim i przetykanym… Nićmi? Przewodami? I zawierało srebrnoszare jajo wielkości ludzkiej głowy.
Kierowniczka zerknęła porozumiewawczo na Tadashiego, który wziął skrzynkę i przesłał podobne spojrzenie Falcowi… A następnie wszyscy troje wybiegli do korytarza.
– Tam, tam! – wysoki archeolog wskazał pierwsze schody na lewo. Jego szefowa syknęła z rozdrażnieniem; starali się przecież uciec przed… to znaczy, poruszać nie tylko jak najszybciej, ale i jak najciszej.
– Dajcie spokój, to jest na sto procent smocze jajo, więc Shee’Na powinna je dostać – wydyszał Falco, gdy już wbiegli na górę – A tymczasem tak… Dobiegliśmy… Gdzie? Do jadalni.
Jego towarzysze rozejrzeli się po ciemnym pomieszczeniu, po czym Tadashi odstawił znalezisko na stół, usiadł i wybuchnął gromkim śmiechem.
– Nie ma się z czego śmiać – burknęła Sahiina, zapalając światło… I nagle odskoczyła w tył z otwartymi ustami. Zaskoczeni Falco i Tadashi spojrzeli w jej stronę i zobaczyli nieznajomego jasnowłosego mężczyznę w szarym garniturze i kapeluszu. Za nim, tuż przy ścianie, stał ktoś jeszcze, ale widać było tylko jego skrzydła – piękne, ciemnofioletowe.
– Co do… Jak tu weszliście?! – wykrztusiła zdenerwowana kierowniczka.
Mężczyzna tylko posłał jej miły uśmiech i ukłonił się, uchylając kapelusza.
– Proszę mnie nie czarować i odpowiedzieć! Kim pan jest i skąd się pan tu wziął?!
Niezrażony jej tonem sięgnął do kieszeni i wyjął służbową legitymację. Sahiina prawie wyrwała mu ją z ręki. Przebiegła wzrokiem po danych Rigela Thierneya z Loghlinu, aż zatrzymała się na bez wątpienia oryginalnej pieczęci Wydziału Kontroli.
– No tak – mruknęła, nie dbając o to, że przybysz ją słyszy i szeroko się uśmiecha – Ci z góry zawsze znajdą drogę, gdzie byśmy się nie schowali…
Niestety, inspekcje czasem trzeba robić – rozległ się nagle głos w jej głowie. Drgnęła i spojrzała na kolegów; oni chyba nic nie słyszeli. Zrobiło się jej słabo.
– O niebiosa, czyżby przepracowanie? – jęknęła z rezygnacją. Tamci jakoś dziwnie na nią popatrzyli.
Przepraszam, pani Theval – jasnowłosy wyjął jej z ręki dokument i podprowadził do krzesła – Nie chciałem aż tak pani zaskoczyć… Czasami się zapominam.
– Panno – sprostowała odruchowo – I mógłby pan mówić na głos.
Przepraszam – powtórzył, a Falco i Tadashi drgnęli; najwyraźniej tym razem przekaz dotarł i do nich. Przybysz podszedł do stołu i rozpoczął dokładne oględziny jaja.
– Zjawił się pan w samą porę – uśmiechnął się historyk.
Jak na odmianę, Thierney spoważniał i odwrócił się w stronę swojego skrzydlatego towarzysza, który dotychczas stał w kącie, nie zwracając na siebie za bardzo uwagi. Wyglądał na jakieś dwanaście lat, miał rozwichrzone czarne włosy i plecione bransoletki na nadgarstkach. Teraz spojrzał na telepatę ze zdumieniem i jakby z przestrachem. Miał ochotę zrobić krok do tyłu, ale za sobą miał ścianę.
– A ten młodzieniec też z Wydziału Kontroli? – zainteresował się Tadashi – Nie za młody aby?
Mojego asystenta nie należy niedoceniać – uśmiechnął się kontroler i znów zwrócił się w stronę chłopca. Tamten kręcił głową z niedowierzaniem; najwyraźniej prowadzili jakąś ważną rozmowę w swoich umysłach. Wreszcie skrzydlaty się poddał i z ociąganiem zbliżył się do jaja, kładąc na nim dłonie. Po chwili westchnął i uśmiechnął się szeroko.
– Tak właściwie w czym rzecz? – Sahiina nie lubiła być niedoinformowana – I o co poszło?
Sam jestem tylko człowiekiem - komunikat Thierneya brzmiał nieco enigmatycznie – Natomiast natura mojego asystenta zgadza się z tym życiem, które czeka, by pojawić się na świecie. Poprosiłem go więc o nawiązanie kontaktu.
– A co takie niewyklute pisklę może powiedzieć? Poza tym nie bardzo rozumiem to o naturze…
Cóż, obawiamy się, że jest to jajo Shael’letha. Będziemy musieli je skonfiskować.
Tym razem to Sahiina spadła z krzesła. Falco nie mógł sobie odmówić odrobiny mściwej satysfakcji, choć i jego przeszedł dreszcz, kiedy odebrał przekaz telepaty.
– Bez żartów – zaczął (ciszej niż zwykle) Tadashi – Przecież wszyscy wiedzą, że srebrne smoki Chaosu wyginęły wieki temu.
A przynajmniej tak uważano do tej pory – wzruszył ramionami kontroler i podał Sahiinie rękę. Uwiesiła się na niej jak tonący na ostatniej desce ratunku.
Tymczasem na twarzy uskrzydlonego chłopca radość zastąpiła troska, która następnie przeszła w lęk. A może złość. A może oba naraz. Nagle zacisnął zęby i zaczął zrywać przewody, próbując wyciągnąć jajo ze skrzynki. Thierney zauważył to i skoczył ku niemu, chwytając go za ramiona. Gdyby używali głosów, zapewne byłyby w tej chwili podniesione.
– Korzystamy z okazji i wiejemy z jajem? – Falco mrugnął do szefowej, która znów siedziała na podłodze, puszczona przez telepatę.
Ale właśnie tę okazję wykorzystała Shee’Na aby wkroczyć do jadalni, rozejrzeć się i wybuchnąć śmiechem.
– Nie ma się z czego śmiać!! – wrzasnęła kierowniczka.
– A racja, nie ma – srebrna smoczyca wzięła głęboki wdech i tym razem wybuchnęła potokiem narzekań – Zostawiliście mnie tam, a sami planowaliście zwinąć mi jajo sprzed nosa! Za kogo mnie uważacie, za kretynkę, która nie pamięta nawet, że nie radzi sobie z łamaniem klątw?!
– Tak – odpowiedzieli jednogłośnie Sahiina i Falco.
– No to się wypchajcie, tam nie było żadnych klątw! – zawołała piskliwie dziewczyna – Skąd wiecie, może jedyną przywlekliście ze sobą, na tym cholernym jaju!!
– I tu masz rację – kierowniczka wreszcie podniosła się z podłogi – Bo to jest cholerne jajo Shael’letha.
Przez chwilę Shee’Na wyglądała jakby dostała w głowę czymś ciężkim. Wreszcie objęła się mocno ramionami i odezwała się niepewnie:
– Tu, w Alkhai Golt?
– O, widzisz, Sahiina-san? Ona nie jest taka sceptyczna jak ty – zauważył Tadashi.
– Przecież to zawsze było terytorium srebrnych smoków Ładu – ciągnęła już pewniej czarodziejka – NASZE! Żaden Shael’leth nigdy by się tu nie zbliżył!
Trójka archeologów słuchała jej z uwagą, nie uszło jednak ich oczom, że skrzydlaty chłopiec, który na chwilę oderwał się od jaja, próbował stłumić śmiech.
– I teraz to doprawdy nie ma się z czego… – chciała zakończyć Shee’Na, ale kiedy podążyła za nimi wzrokiem, jej głos przeszedł w zduszony pisk:
– …Tenari?
– Znasz go? – zdumiony Falco spoglądał to na nią, to na chłopca, który teraz uśmiechał się trochę ze skruchą, a trochę figlarnie.
– No pewnie, ale czemu on… – jej spojrzenie powędrowało ku telepacie – I czemu ON?!
Thierney westchnął bezgłośnie i przysunął się bliżej jaja, to samo zrobił chłopiec nazwany Tenarim.
– Ooo nie! – zawołała Shee’Na do towarzyszy – Na Światłość, kije połknęliście?! Nie pozwólcie im z tym zwiać!!
Pierwszy zareagował Tadashi: z jego dłoni wystrzeliły dwa pociski gwiezdnej energii i pomknęły w stronę przybyszów. Tamci mieli może dwie sekundy, by rzucić sobie porozumiewawcze spojrzenie, a może myśl… Chłopiec chwycił skrzynię z jajem, zasłonił ją sobą i wzleciał pod sufit.
W następnej chwili tak troje badaczy, jak i smoczyca, poczuli, że w ich głowach ktoś siedzi… Że ich umysły są zmącone. Właściwie nie było to niemiłe doznanie; bliższe raczej błogości i senności niż atakowi.
Nie trwało to też długo… Wystarczyło jednak, żeby jasnowłosy telepata gdzieś wyparował. Kiedy Falco i jego towarzysze się ocknęli, tylko Tenari krążył pod sufitem, przyciskając do siebie skrzynię jak cenny skarb.
– Na dół, ale już – zażądała Shee’Na, starając się, by jej głos nie drżał.
Chłopiec spełnił jej życzenie; nie wyglądał jakby obawiał się konsekwencji.
– Ty masz z nim jakieś konszachty? – Sahiina spojrzała na nią spode łba.
– To akurat teraz nieważne – ucięła czarodziejka i znów zwróciła się do Tenariego – Ważne jest, czy ty, mały gałganie, wiesz, z kim się u diabła szlajałeś?!
Skrzydlaty lekko wzruszył ramionami, a w jego oczach malowała się cała niewinność światów.
– Może zajmijmy się tym, co mieliśmy już dawno zrobić – mruknął Tadashi – Oddasz nam nasze znalezisko, młodzieńcze?
Tenari natychmiast pokręcił głową i wrócił do wyplątywania jaja z przewodów.
– Co ty wyprawiasz?! – jęknęła Shee’Na – Wiesz, co tam jest w środku?!
Nawiązałem z nim kontakt – podobnie jak Thierney, chłopiec najwyraźniej używał wyłącznie telepatii – Już od tak dawna chciało wyjść. Nie wolno go powstrzymywać, a ta klatka właśnie to robiła.
Usiadł na stole i ułożył sobie jajo na kolanach. Falco pierwszy odważył się podejść i lekko go dotknąć. Miało chropowatą powierzchnię i pulsowało.
– Wiecie, chyba jestem zmęczona – stwierdziła słabo Sahiina i klapnęła na krzesło. A kiedy to zrobiła, Tenari mrugnął do jej towarzyszy jak do dobrych przyjaciół.