Noelle.gif[Asahi]
Szary, kanciasty budynek, stojący pośrodku placu, różnił się od innych szarych i posępnych budynków dokoła wielobarwnymi oknami i dzwonnicą. Co prawda dzwon milczał od kiedy Asahi sięgała pamięcią, a pewnie nawet dłużej, ale często chodziła na wieżyczkę, kiedy chciała zostać sama ze swoimi myślami. Tym razem patrzyła na wieczorne niebo, zasnute ciemnymi chmurami, marząc, by zdarzyło się coś ciekawego.
Co prawda w ostatnich miesiącach wiele się działo dokoła, ale nie miało wpływu na nią samą. To właśnie była zła strona pracy w Schronisku Zagubionych – tutaj było się jakby trochę „obok” wszystkiego. Żyło się w spokoju, ale także w stanie pewnej ignorancji…
W melancholijne rozmyślania dziewczyny wdarł się nagle warkot motoru. Prędko wychyliła się przez okno i zobaczyła hamujący przed budynkiem czarny motocykl z dziwnie znajomym czerwonym symbolem. Zsiadł z niego młody mężczyzna o jasnorudych włosach, ubrany w czarną kurtkę.
Kiedy wszedł do środka, Asahi ogarnęło uczucie, że historia się powtarza, choć w trochę inny sposób.
Podekscytowana zbiegła na dół, gdzie nagle dało się słyszeć kilka podniesionych głosów. Oczywiście w przedsionku była już przełożona schroniska, a także sporo innych pracowników.
– Lepiej stąd odejdź! – grzmiała władcza kobieta, przed którą wszyscy w okolicy czuli respekt – Zanim znów ktoś wtargnie by napiętnować cię znakiem hany!
– Nie ma już organizacji – odpowiedział gniewnie przybysz – Na jakim świecie żyjecie?!
– Dajcie mu spokój! – Asahi wdarła się między niego a kolegów – Bo przestaniemy słynąć z naszej gościnności!
Przełożona spojrzała na nią z ukosa, wreszcie wzruszyła ramionami i odeszła. Pozostali również powoli rozeszli się do swoich zajęć. Widać woleli zwalić na nią całą odpowiedzialność – w razie czego łatwiej wyrzucić jedną osobę niż ryzykować zamknięcie schroniska.
Asahi odetchnęła z ulgą i zerknęła na rudowłosego. Wciąż trzymał ręce w kieszeniach i uśmiechał się półgębkiem.
– Chodź, zrobię ci coś ciepłego do picia – powiedziała – W taką pogodę lepiej siedzieć w ciepełku, zamiast rozbijać się po mieście na motocyklu, wiesz?
Nie odpowiedział, ale poszedł za nią do kamiennej sali z mnóstwem miejsc siedzących i poczekał, aż przyniesie mu zrobiony przez siebie napar. Był przyjemnie ciepły i pachniał przyprawami.
– Chyba mam deja vu – powiedział rudowłosy niskim, szorstkim głosem, wdychając ten zapach.
– Co takiego? – nie zrozumiała.
– Takie uczucie… Jakby już kiedyś się to przeżyło – mówił powoli, próbując odpowiednio sformułować wyjaśnienie – Mój sensei mówił, że to słowa z „języka miłości” – dodał, krzywiąc się jakby zjadł coś kwaśnego.
– Byłeś tu już kiedyś – przypomniała ostrożnie Asahi – Pamiętasz?
– Akurat to pamiętam dość wyraźnie – zmarszczył brwi – Mówiłaś wtedy, że w tym miejscu można odnaleźć spokój ducha. Dlatego tu wróciłem.
Upił kilka łyków z kubka, a potem oddał jej i zaczął przechadzać się po sali. Miał zamaszyste ruchy i spuszczoną głowę. Asahi przyglądała mu się uważnie; poprzednim razem wyglądał na całkowicie zagubionego, teraz zaś nie aż tak, ale wyraźnie był zdenerwowany. Skoro nie było już organizacji, która by go ścigała, to może się z kimś pokłócił albo…?
Wreszcie dał sobie spokój i usiadł, wbijając wzrok w stojący pod oknem posąg kobiety.
– Tu był kiedyś kościół, tak? – odezwał się. Nadal szorstko, jakby próbował ją do siebie zniechęcić.
– Tak mówią – przyznała dziewczyna, siadając obok niego – Ale to było w czasach, kiedy Ha’O'Hana nie była jeszcze zamknięta na wiarę, więc nawet nie wiem co się robi w takim „kościele”.
– Może to i lepiej – prychnął – Spotkałem już paru bogów i nie byli jakoś specjalnie warci czczenia.
Oczy Asahi zrobiły się wielkie jak talerzyki. Domyślała się, że chłopak wiele przeszedł od poprzedniej wizyty, ale żeby aż tak…?
– A przypomniałeś już sobie swoje imię? – zaryzykowała.
– Pewnie nigdy sobie nie przypomnę – pokręcił głową – Ale pewnie już by do mnie nie pasowało.
– W takim razie znalazłeś sobie inne?
– Nazwano mnie na nowo – odpowiedział takim tonem, że wolała już o nic nie pytać. Siedzieli więc bez słowa przez dłuższą chwilę. Rudowłosy tym razem wpatrywał się w sufit, zaciskając dłonie w pięści. W końcu podniósł się szybkim, gwałtownym ruchem, aż Asahi się spłoszyła.
– I co? – spytała, patrząc na niego z niepokojem.
– I nic. Prawdę mówiąc, to miejsce jest koszmarnie przereklamowane.

[Tomine]
Na dziedzińcu postawionego na planie podkowy budynku drzewa szumiały jakąś swoją pieśń, do której rytm wyznaczał szczęk stali. Dwie postacie o krótkich jasnych włosach poruszały się jak błyskawice, raz po raz ścierając się w pojedynku.
Oprócz fryzur łączyło je tylko to, że obie miały szpady i dobrze wiedziały, jak się ich używa. Starsza i wyższa była uosobieniem gracji i opanowania, natomiast jej przeciwniczka, choć walczyła świetnie, ruszała się bardziej chaotycznie, trochę jak podlotek, który nie wie, co zrobić z rękami i nogami. Była też po dziecięcemu podekscytowana.
To ona pierwsza przystanęła, gdy kropla deszczu spadła jej na nos.
– No nie – jęknęła – Tomine, możemy zrobić przerwę? Nie cierpię deszczu!
– Jak chcesz – wysoka kobieta o włosach koloru złota również się zatrzymała – Naprawdę wtłoczono ci umiejętność fechtunku sztucznie do głowy? Walczysz jak wprawiony szermierz.
Dziewczyna rozpromieniła się na taką pochwałę.
– Ty też! – zawołała ze szczerym podziwem.
Tomine nie mogła powstrzymać śmiechu. Kiedy ścinała włosy w żałobie po Mitsubachi, nie sądziła, że kiedykolwiek będzie chciała mieć inną przyjaciółkę, lecz teraz odczuwała ciepło w sercu. Co prawda relacje z takim dzieckiem trudno było nazwać partnerskimi, ale musiała przyznać, że szczerze polubiła Enrith. Żywiła wobec niej podobne instynkty opiekuńcze co wobec Hyô, poza tym lepsza jedna żywa Amazonka od tuzina zdezaktywowanych androidów.
– Właściwie dlaczego mieszkamy tutaj, a nie w głównym budynku? – zainteresowała się Enrith.
– A nie podoba ci się tu? – uśmiechnęła się słabo Tomine. Nie miała ochoty wracać do opuszczonej kwatery głównej, dlatego urządziła się w koszarach. Większość pomieszczeń była zdemolowana, ale przynajmniej w trzech pokojach dawało się mieszkać.
– Nie, tylko chyba Noelle się męczy – dziewczyna zmarszczyła śmiesznie nos – Ja bym się męczyła.
– Przecież mieszka praktycznie sama, a inaczej nie mogłam was rozmieścić. Gdybym miała więcej miejsca w pokoju, przyjęłabym cię do siebie, a jej dała osobną kwaterę…
– Dlatego właśnie trzeba tu zrobić radykalny remont! – stwierdziła Enrith stanowczo.
Tym razem uśmiech wyższej kobiety nie był wymuszony; mała miała rację i zarażała swoją energią.
– Czyżbyś już czuła się tu przynależna?
– Gdzieś trzeba – Enrith wyszczerzyła ząbki – Skoro Noelle tylko się snuje jak cień, to przynajmniej ja muszę pokazywać, że mi zależy, nie?
– A dlaczego właściwie tutaj przyjechała?
– O ile wiem, ktoś ją ścigał… No to ten tamten uznał, że tutaj jej nikt nie doścignie, dlatego ją przywiózł… – zaczęła nieskładnie Enrith, ale w tej samej chwili uświadomiła sobie, że deszcz się wzmógł.
– Aaa! – zapiszczała i zaczęła prychać jak kot – O psiakość, motyla noga w pasiastej skarpecie… Znaczy, bez obrazy… Wredny deszcz!
Tomine objęła ją przyjaźnie, kręcąc głową ze śmiechem, i obie skierowały się do wejścia. Zanim jednak przez nie przeszły, zatrzymała się i rozejrzała czujnie.
– Panna Steryard nas słuchała – powiedziała głośno.
– Co? – Enrith spojrzała na nią z nieszczęśliwą miną – No chodźmy już, dobrze?!

[Noelle]
Skryła się prędko za oknem, zamykając je z trzaskiem. Wyglądało na to, że tutaj ściany mają uszy.
Rzeczywiście, snuła się jak cień. Była tu już od pewnego czasu, a jeszcze nie wiedziała, gdzie tak naprawdę jest. Nikt jej tego miejsca nie tłumaczył.
Nie żeby kogoś pytała. Za bardzo była zajęta zastanawianiem się, po co właściwie tu jest.
Czy Kaede rzeczywiście chodziło o to, żeby po prostu ukryć się przed Cairellem? Jeśli tak, to na Rozdrożu byłaby względnie bezpieczna. Zresztą nie bałaby się ani nic takiego; do ewentualnego ponownego spotkania zdążyłaby odpocząć i nabrać sił. Na dalsze udawanie twardej i groźnej dziewczyny, która wie, czego chce.
Teraz zaś… Cóż, była pozostawiona samej sobie. Mieszkańcy tego miejsca zachowywali się wobec niej z rezerwą, natomiast Kaede znikał gdzieś z samego rana, zanim się zbudziła, i wracał, kiedy już spała. A przecież wcześniej zarzekał się, że nie ma tu żadnych spraw i w ogóle najlepiej wolałby nie mieć z Ha’O'Haną nic wspólnego… W porządku, ona też czuła się trochę niezręcznie przez ten wspólny pokój, ale nie reagowała tak ostentacyjną niechęcią, tylko… No właśnie, snuła się.
Wyszła na kolejny spacer po koszarach, mrugając powiekami, jakby coś jej wpadło do oka. Na przykład odłamek diabelskiego lustra z baśni Andersena. Ale w takim razie powinna patrzeć na świat chłodno i bez emocji, a tymczasem…
Minęło ją dwóch facetów w czarno-srebrnych mundurach, którzy na jej widok zawsze salutowali, jakby była kimś ważnym. Tamta kobieta, która tu rządziła, wspominała, że to zdesperowane niedobitki czegoś tam, nie mające się gdzie podziać… Znów zaczęła się zastanawiać, gdzie trafiła.
A potem wpadła na tego chłopaka o przeraźliwie błękitnych włosach i przez następne kilka chwil nie odstępował jej na krok.

[Sei'Hyô]
Powoli zbliżała się północ, a deszcz padał w najlepsze, ale duch lodu nadal stał w wejściu, czekając na powrót Kaede.
Ostatnio sporo obserwował przybyszkę z innego świata, Noelle. Tomine mówiła, że ta dziewczyna zasługiwałaby na naszywkę z haną, a Tomine zazwyczaj wiedziała co mówi i miała dobre oko. Ale może za często zdawał się na jej osąd zamiast na własny? Chyba już czas spróbować być człowiekiem i zacząć myśleć jak człowiek.
Kiedy usłyszał znajomy warkot, odetchnął z ulgą.
– Trochę się bałem, że po takiej ulewie nic z ciebie nie zostanie – roześmiał się na widok Kaede, który po zeskoczeniu z motocykla wpadł do budynku, otrząsając się z wody – Cieknie z ciebie strumieniami.
– Wyjdź tam, zamiast zęby suszyć – rudowłosy spojrzał na niego spode łba – Może trochę urośniesz.
– Dziękuję, ale nie…
– Więc po co tak stoisz w drzwiach?
– Martwiłem się o ciebie – przyznał Hyô – Ha’O'Hana bez organizacji, która by ją trzymała w ryzach, stała się… Bardziej nieobliczalna.
– Znaczy, coś mogłoby mi się stać? – Kaede uśmiechnął się szyderczo – Może Tomine by mnie wtedy kazała wypchać i postawić pod ścianą, obok swoich zdezelowanych Amazonek. I zdjęcia Mitsubachi otoczonego kwiatami. Zakład, że tak wygląda jej pokój, co?
– Jesteś okrutny.
– A dlaczego miałbym nie być? Zasłużyliście.
– Ale ta dziewczyna, Noelle, nie zasłużyła. A jednak wobec niej zachowujesz się jeszcze okrutniej.
– Przestań bredzić – obruszył się Kaede – Co ona ma niby z tym wspólnego?!
– Miałem okazję trochę się jej przyjrzeć, kiedy ty rozbijałeś się po całej Ha’O'Hanie.
Na te słowa Kaede rzucił się w stronę Hyô, jakby chciał rozszarpać go na strzępy. Poprzestał jednak na złapaniu go za poły kurtki i uniesieniu lekko do góry.
– Myślisz, że co ty wiesz?! – warknął – Masz ją zostawić w spokoju, rozumiesz?!
– Tak jak ty – duch lodu zachował zimną krew – Tomine ma rację, mówiąc, że przydałoby ci się porządne lanie.
– Mówi całkiem jak mój sensei… Ale jest za miękka, więc poprzestanie na gadaniu – rudowłosy puścił go nagle i odsunął się. Hyô miał pewne problemy ze złapaniem równowagi, bo choć spadł na nogi, poślizgnął się na powstałej na podłodze kałuży. Kiedy wreszcie stanął pewniej, zobaczył, że Kaede już odszedł.
– Myślisz, że nic nie wiem? – burknął – Chyba jednak więcej niż ten wariat. Nawet jeśli tylko w teorii.

[Kaede]
Ostatnio łapał się na tym, że chyba wolałby cofnąć czas i przywrócić przeszłość, zamiast tak jak teraz, miotać się pomiędzy sprzecznymi uczuciami. Wtedy wszystko było proste – wiedział, czego chce (uciec) i czego nie chce (być obiektem eksperymentów)… Jednak niczego mu nie dawały te szaleńcze przejażdżki po najbardziej znienawidzonych obszarach Hany. A już na pewno nie powroty co wieczór do tego najbardziej znienawidzonego.
Szedł korytarzem, tupiąc ciężkimi butami i klnąc w duchu na Hyô, który oczywiście wymądrzał się na temat spraw, o których nie miał pojęcia. Wszyscy dokoła nie mieli pojęcia. Sam też nie miał i chyba tym frustrował się najbardziej.
Wreszcie zatrzymał się przed drzwiami do swojego pokoju. Zawsze otwierał je jak najciszej, tak samo jak niemal bezszelestnie układał się do snu. Czy raczej do żałosnej parodii snu.
Ku jego zdziwieniu światło było zapalone, a Noelle siedziała skulona na łóżku. Długie czarne włosy zasłaniały jej twarz, ale prędko uniosła głowę, słysząc szczęk klamki.
– Nie śpisz? – zapytał głupio. Nie w sensie samego pytania (choć właściwie też), ale jego tonu, brzmiącego jakby robił jej wyrzuty.
– Czy muszę zawsze kłaść się wcześnie, jak grzeczna dziewczynka? – uśmiechnęła się lekko, choć głos miała jakby zduszony – Chciałam ci choć raz powiedzieć „dobry wieczór”.
– Dobry wieczór – warknął, zły na siebie, na nią i na cały świat. Na to, że tak się starał wybić ją sobie z głowy, aż tu…
Uśmiechnęła się szerzej i zdał sobie sprawę, że sam do siebie kręcił głową, co zdenerwowało go jeszcze bardziej. Nie zamierzając się już odzywać, zdjął przemoczoną kurtkę i rzucił na podłogę śpiwór. W tym czasie Noelle zdążyła już spoważnieć; widać udało mu się ją zniechęcić swoją postawą. Całe szczęście.
Nie mógł się jednak powstrzymać od zerknięcia na nią ponownie. Skuliła się jeszcze bardziej i odpłynęła gdzieś w swoje marzenia. Była tak niesamowicie krucha i bezbronna, że po prostu chciał… No, w każdym razie nie mógł w to uwierzyć.
– Jak to robisz? – wyrwało mu się.
– Co takiego?
– Kiedy widziałem cię z Cairellem i Daneleanem – rad nierad musiał wyjaśnić – byłaś jak niezwyciężona bogini… A teraz wydaje mi się, że mógłbym cię skruszyć jednym dmuchnięciem. To jaka jesteś naprawdę?
– Nawet bogini może się czasem zmęczyć – wzruszyła ramionami – i ukazać swoje inne oblicze. Ty pewnie też nie wszystko zawsze pokazujesz na zewnątrz, prawda?
– Właśnie, że tak – zaprotestował – Nie ma we mnie nic niezwykłego do odkrywania.
– Nie wiem – powiedziała miękko – Za mało dałeś mi się poznać.
– Nic by ci z tego nie przyszło.
– Nie wierzę – uśmiechnęła się.
Nie odpowiedział, tylko usiadł na łóżku, próbując rozścielić ten przeklęty śpiwór. Z jakiegoś powodu nie szło mu to najlepiej.
– Dlaczego zawsze tak się cieszysz na mój widok?! – rzucił, mocując się z zapięciem. Noelle zlitowała się i pomogła mu.
– A dlaczego ty patrzysz na mnie z takim głodem? – zdawało mu się, że w jej głosie dosłyszał figlarny ton. Ale kiedy na nią spojrzał, odwróciła wzrok i potrząsnęła głową, żeby włosy znów opadły jej na twarz. No dobrze, skoro odgradzała się od niego w ten sposób, nie czuł się w obowiązku jej odpowiadać (czy to aż tak było widać?!).
– Powiedzmy, że dobrze mi się kojarzysz – odezwała się jednak.
Tego już było dla niego za wiele.
– A ty mi nie! – syknął – Jakby nie wystarczyło, że wypełniasz mi głowę, kiedy nie ma cię w pobliżu, to… – zamilkł, po czym poderwał się i otworzył okno, chcąc z powrotem wystawić twarz na deszcz. Niestety w międzyczasie przestało padać.
– To…? – usłyszał. Tym razem w głosie dziewczyny brzmiało oczekiwanie i jakby… Prośba?
– Nic – pokręcił głową – Nie ma o czym mówić.
– Dlaczego? Zawsze mi przykro, że nie mamy okazji porządnie porozmawiać.
– Naprawdę? – spojrzał na nią z zaskoczeniem – Nie, daj spokój… Nie mam dla ciebie odpowiednich słów – zacisnął pięści, zmuszając się do mówienia – Zasługujesz na jakieś ładne. Poetyckie.
– Ale ja nie chcę rozmawiać z poetami, tylko z tobą – roześmiała się. Byłoby mu łatwiej, gdyby miał całkowitą pewność, że z niego drwi. Tak mu się przynajmniej wydawało.
– Naprawdę nie masz racji – powiedziała bez cienia drwiny – Jestem pewna, że jest w tobie co odkrywać.
Teraz już czuł się całkowicie w potrzasku. Z rezygnacją usiadł ponownie obok niej i wziął głęboki wdech. Powietrze było przesycone znajomym zapachem, który zawsze przeszkadzał mu zasnąć.
– Brangien-sensei się tym perfumowała – rzekł cicho do siebie – I z tuzinem innych, jeszcze dziwniejszych. Musiałem wtedy być de-gus-tan-tem.
– To werbena – wyjaśniła Noelle.
– Wszystko jedno. Jej nie pasowała.
Roześmiała się jeszcze raz. Już chyba nie było zmysłu, którym by nie rejestrował jej bliskości.
– Chcesz… Pojeździć po Hanie? – zapytał, walcząc z sennością, a raczej z nieznanym dotąd rozleniwieniem.
– Czekałam, kiedy mi to zaproponujesz.
– Mogłaś poprosić kogokolwiek – wzruszył ramionami – Już dawno temu.
– Mogłam, ale…
– …Wiem: ale nie chcesz jeździć z kimkolwiek, tylko ze mną.
– Trafiłeś w sedno – Noelle pokiwała głową z zadowoleniem.
– W takim razie lepiej się wyśpij, bo zaczynamy od jutra – rzucił, podnosząc się i kierując do drzwi – I… dobranoc.
Nie czekając na odpowiedź, wybiegł na zewnątrz. Noc była wciąż młoda, a Kaede czuł potrzebę pojeżdżenia jeszcze trochę. Choć tym razem z nieco innych przyczyn.