w_003.gifByło tak jak zwykle.
Choć nigdzie nie było ani śladu słońca, ciemność nie zapadała – w górze rozciągał się czysty błękit, zakłócany tylko kilkoma obłokami. Wiał lekki wiatr, ale nie widać było by przesuwały się po niebie.
Każdy wnikliwy obserwator uznałby to za podejrzane. Dla Cairella jednak było tak jak zwykle.
Chwilę trwało zanim wspiął się na wzgórze, które jego towarzyszka od dawna uważała za najlepszy punkt widokowy. Sam nie wiedział dlaczego obawiał się, że tym razem jej tam nie zastanie…
Ale nie, „ten raz” jeszcze (jeszcze?) nie nadszedł. Siedziała na trawie, wystawiając twarz na rześki powiew wiatru. Oczy miała przymknięte i wyglądało na to, że nie wie, co się dokoła dzieje. A działo się sporo; przynajmniej Cairell zdawał sobie z tego sprawę.
– Duszki kwiatowe powinny tańczyć wokół ciebie – powiedział cicho, nadal z tym nieuzasadnionym (czyżby?) lękiem – A tymczasem tylko aura się burzy.
Czarnowłosa dziewczyna jeszcze przez chwilę nie zwracała na niego uwagi. Wreszcie spuściła głowę i zarzuciła na nią kaptur. Nie otworzyła oczu, nie obdarzyła go nawet jednym spojrzeniem.
– Zabierz mnie do miejsca, gdzie bywają duszki kwiatowe – powiedziała spokojnie – A jeśli się nie pojawią, dopiero wtedy rób mi wyrzuty.
– Nie powinnaś była odchodzić z moim bratem – skrzywił się – Mówisz prawie jak on.
– Nadal robisz mi wyrzuty – wzruszyła ramionami – Najpierw powiedz, w czym problem, a wtedy znów stanę się dla ciebie godną partnerką w rozmowie.
Przeklinając się w duchu Cairell usiadł obok niej. To prawda, że potrafili spędzać długie godziny na dyskusjach, które zawsze budziły w nim euforię. Dawno już nie spotkał takiej osoby jak ona… Ale to było zanim porwał ją ten przeklęty Danelean. Co się zmieniło i czyja to była wina?
A może tak naprawdę nic, może to tylko jego wyobraźnia…?
Z irytacją odgarnął na bok jasne włosy, które rozwiał wiatr. Ostatnio żywił jakąś irracjonalną urazę do wiatru.
– Aura wokół ciebie się burzy – powtórzył z większym naciskiem – Znów ktoś po ciebie zmierza.
– Niemożliwe – dziewczyna uniosła lekko brwi – Ostrzegałam, żeby mnie nie szukali. Sam mi to umożliwiłeś, pamiętasz?
– I wierzysz, że tak po prostu posłuchali? To w końcu twoja rodzina…
– A czy Danelean by cię szukał? – wypuściła celną strzałę.
Cairell prychnął tylko i położył się na trawie, podkładając ręce pod głowę.
– Nie mamy czasu użerać się z twoimi… Tymi, którzy idą ci na ratunek – te słowa wymówił z całą ironią, na jaką było go stać – W ogóle mamy coraz mniej czasu, pamiętasz?
Wydawało mu się, że wiatr powiał mocniej.
Czarnowłosa wstała gwałtownie i wbiła w niego wzrok. Cięła nim jak sztyletami. Zatrutymi.
– Czy JA pamiętam?! – zapytała zimno – Który już raz zadajesz mi to pytanie? Ale dobrze, odpowiem ci: oczywiście, że pamiętam… Nie, nie przerywaj. A czy TY pamiętasz? Czy może z twojej strony to tylko puste słowa?
Cairell wpatrywał się w nią jak zahipnotyzowany. Nie znał jej takiej, nie pamiętał, żeby kiedykolwiek… Chociaż nie, raz. Przy ich pierwszym spotkaniu.
Ale wtedy była zbyt zdezorientowana, zbyt zagubiona. Potrafił odczytać jej aurę, choćby nie wiadomo jak próbowała ją stłumić, więc dobrze o tym wiedział. Teraz jednak było zupełnie inaczej – budziła w nim niemal przerażenie.
– Noelle, posłuchaj… – zaczął, ale ucięła jego słowa jednym machnięciem ręki.
– Mamy coraz mniej czasu, powiadasz – mówiła na pozór spokojnie, ale wokół niej burzyła się moc, kłębiła się coraz szybciej, niewidoczna dla oczu zwykłych śmiertelników, ale wcale przez to nie mniej niebezpieczna – A co robisz?! Wylegujesz się i prowadzisz jałowe konwersacje?! Dlaczego, dlaczego musiałam trafić akurat na kogoś takiego jak ty?!
To zabolało. Bardziej niż Cairell się spodziewał, a tymczasem ona o tym doskonale wiedziała.
Ale on też potrafił ranić. Unikając jej spojrzenia, leniwie podniósł się z trawy. Na jego twarz powrócił lekko kpiarski uśmiech, ale zielone oczy błysnęły groźnie.
– Ktokolwiek cię poszukuje – odezwał się powoli – Jeśli tu dotrze, zabijesz go.
– Nie, jeśli wreszcie nie nauczysz się kontrolować mojej mocy – odparła – Może raczej sam to zrobisz. Nie po to zgodziłam się na to zobowiązanie, żeby na twój rozkaz zabijać moich najbliższych.
Znów się uśmiechnął – nasączył ten uśmiech całym jadem, jaki w sobie znalazł – i wolnym krokiem zaczął schodzić ze wzgórza. Już się nie odezwał.
Noelle znowu została sama. Usiadła z powrotem, podciągając kolana pod brodę, i zapatrzyła się w niebo. Zawsze miała wrażenie, że jego błękit mógłby ją wessać gdyby trochę dłużej się w niego wpatrywała. Miałaby wtedt spokój od czarnoksiężników, od zobowiązań, od przeszłości i przyszłości…
Wyciągnęła rękę, jakby chcąc pochwycić jeden z nieruchomych obłoków. A potem zapatrzyła się na swoją dłoń, bo nagle wróciło do niej echo odległego wspomnienia. A może nie tak odległego? Tutaj czas tak bardzo się rozmywał…
Czy jesteś prawdziwa?
Ciarki ją przeszły, gdy przypomniała sobie tamte słowa, wypowiedziane przecież przez zupełnie obcego człowieka.
Przygryzła wargi i zacisnęła dłoń w pięść z nagłą obawą, że zacznie przez nią prześwitywać błękit.

For Vanny ^_^