50.gifOd pewnego czasu nawiedza mnie dziwna wizja róż padających na drogę i roztrzaskujących się jak szkło. Do tego ktoś kogoś ściga, ktoś przed kimś ucieka… Wszystko to rozgrywa się w niespokojnej, onirycznej i delirycznej (nyo cio XD) atmosferze, okraszone kobiecym krzykiem o pomoc, dobiegającym z pędzącej czarnej… karety? Pewnie ktoś tę panią porwał, ale kto i dlaczego… Nawet chętnie bym się dowiedziała, gdybym umiała stworzyć coś wyglądającego jak skrzyżowanie kiczowatego horroru z równie kiczowatym kryminałem.

Dobrze, już się odmarzam… Mój stan można w tej chwili określić tylko jako „za dużo L’arca” O__o A konkretnie jednaj piosenki, w której się zakochałam bez pamięci, o. Za jej niepowtarzalne brzmienie i jakiś taki klimacik… A to, że w momentach gdy pan H. śpiewa „maware”, panna M. słyszy „my wallet” i łapie fazę, to już szczegół i nie należy się go czepiać XD
Albo dobra, poczepiajmy się, bo faza wraca. Chodziłam wczoraj po sieci w gorączkowym poszukiwaniu jakiegoś przekładu, żeby zrozumieć o czym tam w ogóle śpiewają i zepsuć sobie opinię o piosence XD Khem, OK, nie przesadzajmy XD W każdym razie po znalezieniu doszłam do wniosku, że albo jednak nie znam angielskiego, albo z tym przekładem jest coś nie tak, albo cały tekst jest najzwyczajniej w świecie kompletnie bez sensu. Ale nie, coś takiego nie ma prawa przeszkadzać osobie, która swego czasu zasłuchiwała się trzema z trzech zdatnych do słuchania albumów Ich Trojga i z wypiekami na twarzy starała się zrozumieć, co autor miał na myśli… Aż w końcu doszła do wniosku, że nieważne co słowa tych piosenek mają wyrażać, ważne, że ciekawie razem wyglądają. O. I to jest moja podstawa do dzikich wizji, a wizje mam dzikie, nie ma co. Ostatni raz chyba miałam tak jeszcze przy teledyskach z Shamanic Princess, ale wtedy to były wrażenia nie tylko dźwiękowe, ale także wizualne… Choć już chyba nigdy nie będę mogła słuchać „A thousand words” czy „Moondance” bez wizji. Ale to dobrze, może dzięki temu wreszcie takie jedno opowiadanie zrozumiem i skończę.

A skoro już drążę temat j-music i wynikających z niej głupawek – wspominałam już, że „Vanilla” live jest ZŁA? Co ja mówię „Vanilla” jest ogólnie zła, nie tylko live i nie tylko gdy się na nią patrzy. Damn, Tencia i Vanny rozkręciły mi fazę i teraz masowo ściągam teledyski, w których wyskakuje takie chude wymejkapowane coś, co się wije jak piskorz, a Miyak na to patrzy i się cieszy. A, jeszcze przy okazji śpiewa. Gackt, znaczy się, bo Miyak to tylko się kiwa do rytmu. A śpiewa straszliwie SŁODKO, dlatego słucham tylko dwóch jego piosenek regularnie, ale poza tym to śpiewa całkiem fajnie, dlatego słucham aż dwóch jego piosenek regularnie.
UWAGA: „regularnie” = „over and over again” :P

Siły Wyższe, widzicie i nie grzmicie?! Napisałam chyba pierwszą w życiu notkę od początku do końca J-muzyczną i żyję @__@

A tymczasem Kokia-sama zostałą taka zaniedbana T___T

I nawet Luna Sea jakby troszeczkę T___T

Koniec głupawek, idę pisać zaległe notki na światy, bo amok rysowniczy jakby odrobinkę ustąpił, trzeba wykorzystać okazję.

Jest mi źle na umyśle, ale dobrze na duszy, oby jak najdłużej >;D