w_003.gifTak, tym razem będzie o twórczości. Przykro mi :P

Dawno temu miałam kogo posyłać do już przez innych opowiedzianych historii, żeby mogły zostać opowiedziane troszkę inaczej albo w ogóle zostać przewrócone do góry nogami. I to było fajne.
Pamiętasz, Renê?
A teraz siedzisz na swoim tronie pośród gwiazd i nie masz czasu na takie zabawy… I kiedy czasem mam ochotę znów się pobawić, nie mam już kogo posłać.
Nie, wróć. Może i bym kogoś znalazła. Zawsze się ktoś znajdzie. Ale teraz to się już boję. Już się odzwyczaiłam.

Z pisaniem w pierwszej osobie mam ten mały problem, że tracę dystans tam gdzie chciałabym go zachować. A może inaczej: z ciężkim sercem przełamuję ten dystans tam gdzie chciałabym go zachować. Choć czasem stare przyzwyczajenia wracają i potem mi się obrywa, że stałam z boku i pozwalałam na nadmiar dramatyzmu, choć mogłam się ruszyć i mu zapobiec.
W czym rzecz? W tym, że pisząc z punktu widzenia uczestniczki wydarzeń, nie mogę być obiektywna i postacie są dla mnie tylko i wyłącznie żyjącymi osobami, wśród których mam swoje osobiste sympatie i antypatie… Tym razem nie o to chodzi, że tracę przez to kontakt z rzeczywistością, tylko o to, że brak mi tego obiektywizmu. Punkt widzenia autorki jest o tyle fajny, że mogę sobie te postacie traktować troszkę jak obiekty badania (co nie znaczy, że przedmiotowo), obserwować ich osobowości, analizować ich motywy… Stojąc z boku i ciesząc się, że nie muszę się do nich wtrącać.
Choć paradoksalnie jako autorka czuję się za nich bardziej odpowiedzialna niż jako uczestniczka.
Z drugiej zaś strony, z pisaniem w trzeciej osobie też mam pewien mały problem, mianowicie zmianę stosunku do co poniektórych postaci. Ofkoz jest paru takich, których zawsze uwielbiam tak samo :D Ale weźmy taką Xemedi-san – cokolwiek kombinuje, jest entuzjastycznie oklaskiwana przez autorkę, podczas gdy uczestniczce najpewniej wysiadałyby nerwy w trakcie prób niewplątania się w te kombinacje. Ha! A jak się jakiś perfidny czarny charakter pojawi? To, co uczestniczkę w nim odrzuci, autorkę może zafascynować, zaimponować jej i w ogóle skłonić do uznania go za niepospolitą osobowość.

Zresztą do tego nie muszę być autorką. Mogę – i najczęściej po prostu JESTEM – być czytelniczką/oglądaczką/whatever. I wtedy mogę sobie ile chcę serdecznie nie cierpieć tego czarnego charakteru i zarazem analizować jego postępowanie, i w ogóle jest fajnie.
A potem, gdy już absolutnie wszystko przemawia przeciw niemu i knowania dochodzą do punktu kulminacyjnego, nagle okazuje się, że stał za nim ktoś inny, potężniejszy i skryty w cieniu. A wtedy napięcie opada i czuję się dziwnie – dziwnie rozczarowana.

Chyba właśnie dlatego Xemedi-san nie ma nikogo nad sobą. Znaczy, formalnie ma, ale gdyby wiedzieli o niej to, co ja wiem, zaraz padliby jej do nóg…

Jeszcze trochę, a dojdę do wniosku, że Koniec Świata był osobą najzupełniej niewinną i nieszkodliwą…

>:P

Do licha ciężkiego, czy ja naprawdę nie mogę sobie kogoś zwyczajnie, zdrowo nie cierpieć, bez tej odrobinki… Sama nie wiem czego. Na pewno nie sympatii, zrozumienie to też ciut za mocne słowo… Żalu zatem?
A nie, przepraszam, Erna mi nigdy żal nie będzie. Ani Delphiny.

Muszę w końcu popisać coś porządnie w 3 osobie, od razu przyjdzie ulga.

Aizeeeen!!
5th Division

Wich Shinigami Division do you belong to?
brought to you by Quizilla

Tia, od początku to podejrzewałam… :P