got27.gifPrzyznam, w ostatni dzień roku 2004 czułam się nieżywa. O ile człowiek nieżywy może się w ogóle czuć… Może tak: czułam się śpiąca, różne punkty organizmu mego dawały o sobie znać i dziwnie zestresowana się czułam – i nie, nie było to spowodowane rychłym powrotem na zajęcia.
Do północy ledwo wytrzymałam, za to zostałam perfidnie nakłoniona (przez równie śpiącą mamę O_o) do wypicia nadprogramowej ilości szampana, przez co obu nam zakręciło się w głowie jeszcze bardziej.
Na dworze huczało i grzmiało od ledwo widocznych petard, ale jakoś mi to nie przeszkadzało walnąć się do łóżka. W objęcia Morfeusza, jak to się mówi. A jednak w objęcia inne. Ha! I w tych objęciach wróciłam z planety pokrytej lodem, na którą wcześniej poleciałam z Cloaskiem na niewidzialnej miotle. Tak, ja wiem, że to nie musi mieć sensu. Ale obudziłam się z błogim uśmiechem i przeświadczeniem, że życie jest piękne.
Co nie zmienia faktu, że do dzisiaj czuję się niewyspana… Zresztą kiedy ja się ostatnio czułam naprawdę wyspana? W sierpniu, na zjeździe WB?

Święta były miłe i oczywiście za krótkie. Jestem już niestety w wieku, w którym nie prezenty czynią atmosferę, a już tylko zaangażowanie ludzi w jej tworzenie, więc łapałam ją tak zachłannie jak tylko mogłam. Za krótko było, cóż. Powtórki leciały w TV, ale i nie powtórki… Święta to jedyny chyba czas, w którym z własnej woli oglądam TV (nie video i nie DVD), a tym razem naprawdę miałam co oglądać (Podróż Jednorożca mianowicie :D I mojego kochanego Willowa, którego mi niestety pod koniec przełączyli T_T).

A propos oglądania, niemal jednym ciągiem obejrzałam najbardziej schizowe anime, jakie mi się zdarzyło. Do licha, nawet kinówka Uteny mi się teraz wydaje przy tym normalna! Przy Tenshi ni Narumon, znaczy. OMG. 5 odcinków w jeden wieczór, 16 odcinków w drugi dzień i ostatnie 5 trzeciego ranka. Nie wiem czy kiedykolwiek dojdę po tym do siebie… @_@
Vanny, następnym razem zamawiam Sailorki Live :>

Napostanawiałam sobie noworocznie. Chyba dotąd jeszcze nie podejmowałam postanowień, ale teraz mnie natchnęło. Zobaczymy co z tego będzie…
Zapisuję je niniejszym na blogu, żeby o nich nie zapomnieć.
Postanowiłam otóż:
– zrobić coś rozsądnego w sprawie swojej pisaniny – czyli może wreszcie ustosunkować się jednoznacznie do kwestii dramatyzmu, pisać więcej nie-na-światy i jak dobrze pójdzie, nauczyć się pisać o miłości. Uff. Bo już nie mam wyboru.
– mniej się alienować (he he he…)
– nauczyć się gotować (ha ha ha ha…)
– i może nawet pozdawać wszystkie egzaminy jak trzeba, a najlepiej znaleźć jakąś NORMALNĄ szkołę i się do niej przenieść (BUAHAHAHAHA!!! *zachłyśnięta niedorzecznością postanowienia blogowiczka omdlewa ze śmiechu*)

Podsumowania roku jakoś mi się nie chce robić, bo 1) ja jestem za leniwa i 2) rok był za dziwny. Ale cóż. Działy się rzeczy cudowne (zjazd :D), działy się nie za cudowne (praktyka) i działy się kompletnie zwariowane (między innymi zaczęłam bać się ognia JESZCZE BARDZIEJ :P).

Jak już będę na to gotowa, wrzucę nowy layout… Jak już dorobię jakieś podstrony do niego, znaczy, bo ja nigdy na samej głównej nie poprzestaję.
Ale to jeszcze może potrwać, bo mnie Kokia-sama nie przestaje oczarowywać.

Deviant wyrodny znowu działać nie chce. Grrr.