gol94_.gifKrąży mi po głowie ta piosenka i chwała jej za to. Chyba że oczywiście śni mi się w jakimś schizowym półśnie i nie daje się wyspać, ale to już inna historia. Za to wczoraj uratowała mi życie, kiedy wpatrzona w pewien obrazek wyklinałam, że nie mam do niego żadnej pasującej piosenki i nagle mnie uderzyła myśl, że, do licha ciężkiego, przecież mam! I omal nie omdlałam z radości i nie miałby mnie kto ocucić.
Jaki obrazek? A do nowego layoutu. Tak, ja mam taki dziwny zwyczaj, że robię laye z półrocznym wyprzedzeniem… Bądź co bądź, obecny został zrobiony mniej więcej w tym czasie co poprzedni, przeczekał… i jest. Ten zrobiony wczoraj też przeczeka i zostanie wrzucony z radością może na wiosnę… Jak zwykle tworzyłam go z taką pasją jakby chodziło o życie – może dlatego, że jest na nim pewna istotna dla mnie osoba, a może dlatego, że jest tak… Otwarty. Przestrzenny. Pełen błękitnego nieba. A jednak nie monochromatyczny, chyba pierwszy raz nie! I bez ramek, które ograniczałyby obrazek, nie pasowałyby tam. Nabiedziłam się z tym layem jak rzadko, ale warto było. Kiedyś wrzucę, jak już będę psychicznie przygotowana na rozstanie z Kokią-sama :P Bo ja przecież nawet ze zmianą tapety na pulpicie mam problemy emocjonalne, co więc dopiero się dzieje przy blogu…

Dostałam od Vanny cztery świeżutkie płytki, a na nich anime ze Studia Ghibli. Czyli już się mogę nazywać doświadczoną pod tym względem, bo z dwoma, które oglądałam już wcześniej, widziałam już całe 6! Ale jakoś… Przy Księżniczce Mononoke i przy Sen to Chihiro no Kamikakushi aż tak się wczuć nie potrafiłam. Aż z takimi emocjami odejść od ekranu. Z taką ilością przemyśleń. Może powinnam je obejrzeć znowu – teraz?

Moja pierwsza ofiara, czyli Porco Rosso, czyli po japońsku Kurenai no Buta, czyli po angielsku Crimson Pig, czyli po polsku Szkarłatny Pilot. Kurenai to ciemna czerwień czyli, o ile się orientuję, karmazyn, czyli crimson. A jak się ma do tego szkarłat? Wiedziona desperacją zajrzałam do paru słowników – uwaga: NIE polskich – z których dowiedziałam się, że jest to JASNA czerwień. Ale niekoniecznie będę się na tym opierać, bo pamiętam jak mi się zwichrował umysł gdy w taki sam sposób poszukiwałam definicji magenty i każda była inna XD Kto mi powie co to jest po polsku SZKARŁAT? Niech to kaczka kopnie, ja nie lubię czerwonego, więc się nie znam – ale chcę wiedzieć!!!
Taaak, i to są właśnie przemyślenia moje z Porco Rosso. Najgłębsze z możliwych. Tak poza tym to film jest świetny i powiem jeszcze: Mamma Aiuto rządzą!!! >:D I Fio ze swoim gadanym :> I Donald Loverboy Curtis teeeeeeeeeż XD

Przy Kiki’s Delivery Service już zaczęło się porównywanie. Ze mną. I nie wiem czy jest w świecie ktoś, kto by nie przechodził swego czasu tego co Kiki. I nie, nie chodzi mi dosłownie o niemożność latania na miotle, tylko o to, o czym mówi moja ulubiona (zaraz po Jijim) postać filmu czyli Panna Malarka :D Każdy ma w pewnym momencie jakąś blokadę, jakąś granicę i żeby ją przekroczyć musi się wreszcie zacząć STARAĆ. Hai, ja też kiedyś (czyt. od początku życia niemal) po prostu rysowałam. Nie do końca zwracałam uwagę czy robię to dobrze, czy się doskonalę przez to – po prostu robiłam to co lubię. A potem przyszła granica, której za nic nie potrafiłam przekroczyć. I, szczerze mówiąc, przez parę lat, które minęły od tamtej pory, nadal pozostała nieprzekroczona. Ale to nie znaczy, że co jakiś czas się odrobinkę nie przesuwa…

Do Tonari no Totoro chyba najdłużej podchodziłam. A dlaczego? A dlatego, że jest filmem o dzieciach dla dzieci. Co nie znaczy, że trzeba być maluchem z miśkiem w łapach żeby go obejrzeć, tylko że trzeba pamiętać to dziecko, którym się kiedyś było. Nie twierdzę, że nie pamiętam. Do tej pory przecież nie uważam siebie za osobę dorosłą i kiedy czasem urządzam sobie wyprawy szlakami dzieciństwa pamiętam jak to jest patrzeć na świat oczami dziecka – kiedy wszystko jest nieodkryte, kuszące i po prostu widziane inaczej niż teraz. I jakiś odblask tamtego uczucia do mnie wraca – ale to już bardziej jakbym zachwycała się pięknem obrazu w galerii, ze świadomością, że w ten obraz nie wejdę… Dlatego trochę się bałam zanim dorwałam się wreszcie do Totora. Na szczęście niepotrzebnie, bo nie zajęło mi wiele czasu rozkręcenie się i wczucie w ten film całą sobą. Tak jak Satsuki, która potrzebowała chwilki na oswojenie się z sytuacją, podczas gdy Mei przyjmowała wszystko naturalnie – po dziecięcemu. Będę sobie to anime włączać kiedy mnie zniechęcenie egzystencją ogarnie i tęsknota za przeszłością. Choćby dla samej sceny zaklinania nasion żeby wykiełkowały. I dla tej ślicznej melodii, która co jakiś czas pojawiała się w tle. Aczkolwiek nadal uważam i uważać będę, że Nekobus ma PSYCHOPATYCZNY uśmiech XD Ja bym się bała do takiego wejść XD

Ostatnie obejrzałam Mimi o sumaseba i stwierdzam niezbicie, że do tego filmu mam szczególny sentyment. Nie tylko dlatego, że przewija się tam często „Country Roads”, ale i dlatego, że i tu w głównej bohaterce zobaczyłam cząstkę siebie. Choć może poniekąd i kogoś, kim raczej nie będę, ale z kim chciałabym się zaprzyjaźnić. Bo jak miałabym nie znaleźć wspólnego języka z kimś, kto potrafi zapomnieć o świecie dokoła i pognać za opowieścią? Taaak, ja też poczułam magię tej chwili, w której Shizuku poszła śladem okrągłego kociska… Ale czy sama bym tak mogła? Raczej zaczęłabym sobie wyobrażać dokąd mógłby pójść. Tymczasem Shizuku odkryła kapitalny antykwariat, zobaczyła nakręcanie zegara z królową wróżek i królem krasnoludzkim, poznała fantastycznych ludzi i dowiedziała się paru prawd… Nyo i mogła napisać swoją opowieść, którą zdradził jej Baron. Szczęściara. Przeżywałam tę opowieść razem z nią – tę atmosferę i baśniowość, a widok latających wysp przyprawił mnie o zawrót głowy WYŁĄCZNIE z zachwytu, a nie z lęku przed wysokością. Takiego klimatu sama nie potrafiłabym stworzyć, taki klimat czuję czytając „Gwiezdny Pył”, książki Beagle’a, diariusze Avellany i może jeszcze kiedyś poczuję jak mi się poszczęści. Rozumiem Shizuku, która podporządkowała życie pisaniu… Ale równocześnie zazdroszczę, że wiedziała kiedy przystopować i zająć się rzeczywistością. Ja nie wiem – albo uświadamiam to sobie gdy może już być za późno i czasem się obawiam, że pod tym względem mam więcej wspólnego z Alice, o której może kiedyś wreszcie napiszę i której współczuję. Ale Shizuku miała kogoś, kto mógł ją zrozumieć, a jednocześnie przytrzymać w rzeczywistym świecie.
Może i ja… Kiedyś…
Swoją drogą Seiji-kun naprawdę patrzy w przyszłość z wyprzedzeniem. Ciekawe czy będzie się trzymał swoich planów :> Ponoć jest manga przedstawiająca dalsze losy obojga, ale cóż w niej jest, tego już nie wiem :P

Koniec. Idę popastwić się nad „Amerykańskimi Bogami”, bo „Nigdziebądź” ktoś perfidnie nabył zanim JA zdążyłam.