31.gifDłoń wystrzelona naprzód jak do ataku zatrzymała się tuż przed jej oczami.
– Teraz dopiero zareagowałeś? – odezwała się zimno – Podążam za tobą już od dziesięciu minut. Refleks zaczyna cię zawodzić?
– Tak jak i ciebie – odparował – Z twojej strony też żadnej reakcji nie było.
– Po co, skoro od początku nie zamierzałeś rozwalić mi głowy? – prychnęła.
– Cały czas wiedziałem, że to ty. Powinienem był to zrobić? – odpowiedział pytaniem.
Poszła za nim, kiedy znów odwrócił się do niej plecami i ruszył naprzód.
Pluskały ostatnie krople deszczu i mokre włosy opadły mu na oczy, ale nie potrzebował wzroku by wiedzieć dokąd idzie. Tak samo jak nie musiał się odwracać by wiedzieć, że jest obserwowany. Zwolnił kroku, aby mogła za nim nadążyć.
– Wróciłeś na dłużej? – spytała.
– Nie – odrzekł, obdarzając ją kamiennym spojrzeniem. Zawsze taki był – na cały świat patrzył z mieszaniną obojętności i pogardy, choć czasem zapalały mu się w oczach iskry gniewu. Nie obchodziło go co się z nim stanie, gdy nadejdzie czas by dokonało się jego przeznaczenie. Żył wyłącznie po to, by się dokonało. A co potem?
– Zamierzasz iść ze mną aż do domu? – odezwał się ze śmiechem. Dźwięk jego głosu przyprawiał o drżenie, ale ona już od dawna nie zwracała na to uwagi.
– Owszem – odpowiedziała twardo. Z ironicznym uśmiechem otworzył jej wejście do wieżowca.
– I co potem? Zabijesz mnie?
– Niezły pomysł – mruknęła, uzewnętrzniając na chwilę swoje uczucia – To mogłaby być dla ciebie miła odmiana. Po tych wszystkich razach, kiedy to ty zabijałeś.
Chciała go sprowokować, wiedziała jak mało znaczy dla niego ludzkie życie. A jego własne?
W odpowiedzi tylko wybuchnął śmiechem. Śmiechem prosto z granicy szaleństwa.
Szaleństwa, które czuła całą sobą, kiedy się przy nim znalazła.
W mieszkaniu panował mrok, ale i bez patrzenia domyślała się, że nic się tu nie zmieniło. Po prostu dlatego, że rzadko tu bywał – choć do rodowej siedziby również nie zaglądał.
– Są takie dziewczyny, ciągle podążające za facetami, których sobie upatrzą – powiedział uszczypliwie – Nazywa się je groupies, czy jakoś tak.
– Nie pochlebiaj sobie, doprawdy. Mam zgoła inne powody.
– Co za różnica? Akurat twoje awanse nie byłyby mi do szczęścia potrzebne.
– Jasne – odparła złośliwie – Mówisz jakbyś chciał mnie przekonać, że jakakolwiek kobieta cię chce…
Niespodziewanie stanął za nią i wykręcił jej ręce do tyłu. Gdyby tylko mogła się uwolnić, pewnie podrapałaby go po twarzy. Ale nie mogła.
– Czy mam przypuszczać, że kiedykolwiek się od ciebie uwolnię? – usłyszała przy swoim uchu.
– Nienawidzę cię – syknęła – To ja chciałabym się uwolnić od ciebie!
– No to na co czekasz? – puścił ją i odepchnął, ale wiedział, że ciągle go obserwuje i nie zamierza się stąd ruszyć. Czekała aż to powtórzy, aż zrobi cokolwiek by pokazać, że jej uczucie nie jest mu obojętne… Tak zaciskała pięści, że aż bolało. Ale on zachowywał się jak zwykle, tak naprawdę nie okazując żadnych emocji względem czegokolwiek poza tą jedną sprawą, zwaną szumnie „przeznaczeniem”. Gdyby to ona czuła, że nie ma wyboru, uciekałaby przed tym jak najdalej… Nie twierdziła, że nie znał nienawiści – o nie, owo uczucie było z tym przeklętym przeznaczeniem nierozerwalnie związane… Ale i na nim skoncentrowane. Nawet to, że podążała za nim krok w krok, że tym razem to on był zwierzyną, a nie łowcą, nie potrafiło tego zmienić. To denerwowało ją najbardziej…
Nie spuszczała oczu z jego postawnej sylwetki, chociaż w ciemnościach ledwo co było widać.
– Uczysz się mnie na pamięć? – zapytał, podchodząc bliżej.
– Już dawno umiem cię na pamięć – prychnęła – Przywołuję cię w myślach gdy mam za dobry nastrój.
W odpowiedzi chwycił ją mocno za ramiona, przyciągnął do siebie i na moment zabrakło jej tchu. Z myślą, że rano będzie miała siniaki, nie pozostała mu dłużna. Przyjęła go gwałtownie, niecierpliwie, czując przypływ adrenaliny jak przed decydującą walką. Decydującą o czym? Na przemian bronili się i atakowali, jakby chcąc jak najmocniej zranić się nawzajem, i to były te chwile gdy nie czuła z jego strony obojętności, ale emocje równie gwałtowne co jej własne. Zwycięska – a może zwyciężona? – wyszeptała jego imię, a szept ten był bardziej przejmujący niż najgłośniejszy krzyk.
Nad miastem ksieżyc nieuchronnie zbliżał się do nowiu.

– Nienawidzę cię – oznajmiła mu ponownie, gdy usiedli przy porannej kawie.
– Wiem – odpowiedział nie po raz pierwszy. Chłonęła go wzrokiem, kiedy wziął w dłonie filiżankę, nie zważając na bijące od niej gorąco.
– Podnieś żaluzje – zaproponował z nutą rozbawienia – Niech wścibskie oczy innych zobaczą jaka z nas dobrana para.
– Coś w tym jest – stwierdziła, odsłaniając okno i pozwalając słońcu wpaść do mieszkania – Tak długo się znamy, rozumiemy się bez słów, nawet ubieramy się podobnie… – wróciła do stołu – A teraz siedzimy sobie z uśmiechem i prawię ci czułości.
– Kontynuuj zatem – odparł – i powiedz dlaczego mnie nienawidzisz.
To pytanie ją zaskoczyło i zbiło z tropu. Nigdy wcześniej nie chciał wiedzieć dlaczego. Nie obchodziło go to… Pewnie tak samo było teraz, ale z jakiegoś powodu zachciało mu się rzucić jej wyzwanie. Co miała odpowiedzieć? Że obok kogoś takiego jak on nie można przejść obojętnie? Że można go albo zacząć nienawidzić, albo uwielbiać? Jakakolwiek nie byłaby jego odpowiedź, czuła, że znajdowałaby się wtedy na przegranej pozycji…
– Dla rozrywki – rzekła lekkim tonem – Tak mojej, jak i twojej.
– Ciekawa teoria…
– Może niezgodna z rzeczywistością? – zapytała zaczepnie – Przecież oboje wiemy, że już dawno mógłbyś mnie zabić.
Uśmiechnął sie tylko krzywo.
– Ale dotąd tego nie zrobiłeś.
– Nie da się ukryć.
– Żebym cię dalej nienawidziła.
Na chwilę zanurzył usta w kawie, po czym odłożył filiżankę.
– Oboje wiemy również – zaczął, przeciągając słowa – że gdybym skoczył w ogień, rzucił się w przepaść, sam jeden zaatakował piekło…
Odwzajemniła uśmiech, domyślając się zakończenia.
– …Poszłabyś za mną, wyciągając mnie stamtąd bez szwanku.
Spokojnie skinęła głową.
– Żeby dalej mnie nienawidzić.
Roześmiała się gorzko.
– Powinnam otworzyć to okno – stwierdziła – Aby wścibskie uszy innych mogły usłyszeć jacy jesteśmy zgodni.
Poczuła niemal dziką radość, gdy osobiście to zrobił i ponownie usiadł.
– Czy sądzisz, że w Krąg Ostateczny też bym za tobą weszła?
– Nie przyjętoby cię miło po drugiej stronie – powiedział beznamiętnie – To moje przeznaczenie tam czeka.
Jego przeznaczenie. Ten ostateczny cel. Dopełnienie jego własnej nienawiści, którą nosił w sobie przez całe życie.
– Właśnie dlatego tu jestem – wyznała – Pamiętam, że twój czas nadejdzie jutro. Chciałam cię pożegnać.
Podniósł się z krzesła, a ona automatycznie poszła w jego ślady. Podszedł i zadarł jej podbródek aby mogła spojrzeć na jego szyderczo uśmiechniętą twarz.
– Cóż – odezwał się – Żegnaj.
Wyrwała mu się z głośnym prychnięciem, chwyciła kurtkę i wypadła z mieszkania.

Zahamowała przed świątynią z piskiem opon i wysiadła z samochodu, zostawiając kluczyki w stacyjce.
– Dawno cię tu nie było – przywitała ją kapłanka, czarnowłosa kobieta w czerwonej hakamie.
– Kiedyś trzeba – roześmiała się w odpowiedzi. Podeszła do ołtarza i złożyła dłonie, klasnąwszy przedtem by zwrócić na siebie uwagę bóstw.
– O co się modlisz? – dobiegło ją ciche pytanie.
– O szczęście dla świata, a o cóż by? – odpowiedziała miękko.
– Jesteś bardzo dobra albo bardzo obłudna, zawsze to powtarzałam – kapłanka pogłaskała ją po głowie jak małe dziecko. Odpowiedział jej uśmiech, ale zaraz potem spojrzenie pełne niepokoju.
– Jak…?
– Chodź. Chyba mogę cię tam zaprowadzić.
Krąg Ostateczny wisiał w powietrzu, w zamkniętej komnatce. Niewiele osób go widziało, a jeszcze mniej zdawało sobie sprawę, że tak naprawdę jest on portalem. Teraz zaś płonął żywym ogniem, hipnotyzującym ciepłymi barwami.
– Burzy się – szepnęła bardziej do siebie niż do kapłanki – Wzywa.
– Tak. To znak, że walka tuż tuż.
Wyciągnęła rękę w stronę Kręgu, który na moment zajaśniał jasnofioletowym światłem.
Walka albo i nie walka, to będzie zależało tylko od wybranego, który tam wejdzie… Wśród mniej i bardziej wtajemniczonych tyle się szeptało o wydarzeniach z przeszłości, które doprowadziły do utworzenia tego płomiennego zjawiska, ale przecież nikt tak naprawdę nie wiedział wszystkiego. A ile wiedział ON? On, który od zawsze był skazany na to, by dzisiaj przez ten Krąg przejść?
Nie wiedział – albo nie chciał wiedzieć – że i ona miała do tego pełne prawo.
– Co mam mu powiedzieć? – kapłanka dobrze zrozumiała jej milczenie.
– Powiedz mu, że teraz wreszcie ma wybór – rzekła niespodziewanie miękko i zbliżyła się do Kręgu o krok.
Tak, była zdecydowana. Zdawała sobie sprawę, że być może już stamtąd nie wyjdzie, ale martwiło ją tylko jedno – że nie zobaczy jego miny… Kiedy dotrze do niego, że przeznaczenie zagrało mu na nosie i odwróciło się do niego plecami. Nie będzie mogła obserwować, co może zrobić ktoś, komu już nic w życiu nie pozostało. Być może wtedy zacznie ją nienawidzić, a ona nie będzie mogła zaśmiać mu sie z triumfem w twarz…
„Oboje wiemy również, że gdybym skoczył w ogień, rzucił się w przepaść, sam jeden zaatakował piekło…”
Nie da się ukryć, pomyślała, zostawiam mu wybór – życie z własnej decyzji albo…
Koniec myśli zmącił blask, który ją dosięgnął, gdy zrobiła kolejny krok.
Kapłanka patrzyła w milczeniu jak Krąg wybucha płomieniami, które aż dziw, że nie wywołały pożaru, a gdy z powrotem się uspokoił, oczyściła atmosferę modlitwą i wyszła przed świątynię. Ledwo słysząc warkot kolejnego samochodu, spojrzała na niebo.
– Piękny dziś księżyc – powiedziała do siebie.

Wszystkim antyfankom dedykuję (bo czemu nie?)