got4.gifNajprościej mówiąc, nosi mnie. Jeśli wyrazić się bardziej górnolotnie, moja duszyczka mknie przez czasoprzestrzeń i porywa ze sobą wszystko dokoła. Pędzi, nie przymierzając, jak światło, jak dźwięk, jak Anthy w swej różowiutkiej i niemal już zgniecionej Utenie, i jak Moja Największa Antypatia w czerwonym kabrioleciku, z nieodłącznym Tôgą u boku… :P

Jeśli ktoś toto czyta, może bez szkody ominąć, bo o Utenie troszkę sobie potruję. Choćby dlatego, że istnieje już coś takiego jak nasz firmowy bloczek, ale oficjalnie działać zacznie, gdy mój szanowny współreżyser przypomni sobie gdzie w haśle popełnił literówkę :> A na razie, po długim czasie wahania ściągnęłam sobie Adolescence Mokushiroku i z pewną taką nieśmiałością obejrzałam. Moją pierwszą trzeźwą myślą po obejrzeniu było, że film jest dziwny, chory, pokręcony, wywrotowy, nienormalny i absolutnie PIĘKNY. W drugiej myśli była ulga, że zobaczyłam go już po obejrzeniu serialu, bo inaczej nie miałabym pojęcia kto jest kim i dlaczego, a z kinówki się tego dowiedzieć po prostu nie sposób. Co tam, u jasnej anielki, robi Miki, co tam robi Kozue, co tam robi Shiori nawet i czy w tym wyimaginowanym świecie ktoś lub coś jest prawdziwe, mogłabym się zastanawiać godzinami, a i tak do niczego bym nie doszła… Trzecia myśl była mordercza i gdyby nie to, że swego czasu Vanny wyjawiła, że dzięki mnie przekonała się do faceta, którego roli się podjęłam, przeraziłaby mnie z kretesem. Dobra, jeszcze mogę się przestawić na to, że Tôga jest zombie, Utena samochodem, a Anthy bezczelną uwodzicielką, ale szlag mnie trafił gdy zobaczyłam to coś w falbankach, co zachowwywało się jak pijane, bełkocząc co chwilę, że zgubiło kluczyki, musiało uśpić siostrzyczkę, żeby ją zmolestować, robiąc sobie z tego powodu wyrzuty, a na koniec zadźgało Anthy i polazło wypaść z okna. I TO, DO LICHA CIĘŻKIEGO, MA BYĆ MOJA NAJWIĘKSZA ANTYPATIA??? JA KATEGORYCZNIE PROTESTUJĘ!!! >< Jeśli nad tym czymś mogę się tylko litować, to kogo mam nie lubić?!? Dobra, trochę się zrehabilitował, próbując powstrzymać Anthy i Utenę w końcówce. Ale tylko trochę. I wygląda na to, że zdołałam na swój sposób polubić serialowego Akio jako postać, bo oczywiście jako osobę się specjalnie nie da. Nie tylko w jego przypadku tak mam, ale to temat na dalszą część notki. W każdym razie Utenkowa kinówka rozłożyła mnie na łopatki i wbiła w podłogę. Nawet mimo że wszystko jest w niej wykręcone do granic możliwości. Absolutnie bez poczucia rzeczywistości. Bez czasu wystarczającego by zrozumieć tych, którzy się w filmie pojawiają i mniej lub bardziej się do nich przywiązać. Bez małej Ksieżniczki, która w chwili największej rozpaczy spotkała swojego Księcia i dostała od niego pierścień (bo po co, skoro miała Tôgę?). Pewnie zbyt szybko do tego Dzieła nie wrócę, bo wiele mi zajmie ochłonięcie, poza tym to nie jest film do oglądania ot tak, w każdej chwili. Mimo wszystko i tak będę darzyć serial szczególnym sentymentem, jako pierwszą miłość zapewne, zresztą czy da się lubić jedno bardziej od drugiego? Chyba tylko w inny sposób… Tamago, tamago, watashi no tamago… Tfu, wróć. Tamago no kara wo yaburaneba… Jeśli skorupka jaja nie pęknie, pisklę z niego nie wyjdzie a jaje skończy na patelni Druśki. Zaprawdę świat jest jako owo jaje, a my jako pisklęta, albowiem wolimy roztrzaskać skorupę świata niż zginąć przed narodzeniem… Wywołajmy Rewolucję, jak przykazuje zawołanie „Więc chodź, pomaluj mój świat” śpiewane przez 2+1 – jeśli wszyscy na świecie zastosują się do niego w porę, powinniśmy zdążyć do Wielkanocy…

*obrywa od Kena swoim własnym kapciem*

W porzadku, już się odfazowuję. Co nie zmienia faktu, że nosi mnie niesamowicie, a w dodatku mam wenę na 3 różne rzeczy naraz. Jedną z tych rzeczy jest rysowanie, co mogłoby być tragiczne w skutkach, zwłaszcza patrząc na mój obecny lay :> Drugą jest nasza rodzinna opowieść zbiorowa, w której występuje panna z tego czegoś poniżej. Nyo i w końcu pilna potrzeba pisania na światy. Zdecydowanie częściej piszę na światy niż tu, może dlatego, że tam dzieje się więcej? Fajnie, czyli rzeczywistość mi nie wystarcza, to chyba dlatego, że idzie zima i zaczynam wpadać w hibernację szybciej niż normalnie. I w dodatku pogłębia mi się skleroza i rozkojarzenie, ale to jeszcze da się przeżyć, bo potem mam się z czego śmiać szaleńczo.* Wędrówki międzyprzestrzenne sprawiają mi nielichą frajdę, bo w ten sposób lepiej poznaję światy, poćwiczyć styl pisania i przede wszystkim nauczyć się wyrażać emocje bez użycia emotikonek >:P Dzięki temu może kiedyś wreszcie uda mi się napisać całą książkę… Pomyśleć, że kiedyś, zanim z pomocą Satsuś wykreowałam swoje 501 wcielenie, byłam kimś anonimowym, siedzącym w zaciszu swojego nieokreślonego wymiaru i tylko obserwowałam poczynania bohaterów moich opowieści. To mi pozwalało ustosunkować się do nich jako postaci, ale przebywanie bezpośrednio w ich obecności coraz bardziej przełamuje ten dystans i sprawia, że traktuję ich bardziej prywatnie. To czasami jest świetne, a czasami dobijające, bo czasem im bardziej kogoś lubię jako osobę, tym trudniej mi do niej podejść na dystans i o niej pisać. Albo mogę mieć do jednej postaci dwa zupełnie odmienne stosunki. Taki Lex choćby – świetnie mi się o nim pisze, gdy jest częścią jakiejś opowieści, ale gdy uczestniczymy w niej oboje i niejako muszę wtedy wczuć się w swoją sytuację względem niego, miotam się psychicznie na prawo i lewo, bo on ma na mnie destrukcyjny wpływ. Pewnie powinnam podchodzić do niego mniej osobiście, ale jakoś za bardzo nie potrafię. Nie dlatego, że pojawia się w moim życiu tak często, że aż za często. Nie z powodu pewnego wspomnienia, za które Vanny chętnie by się ze mną zamieniła. Nawet nie dlatego, że jego imię jest bezczelnym anagramem innego, bo z tamtego jestem już wyleczona, a Lex od dawna jest sobą, a nie czyimś cieniem. Pozostaje mi stwierdzić, że to już chyba tylko siła przyzwyczajenia. Choć ostatnio zaobserwowałam, że zaczynam się jakby trochę odzwyczajać…
A skoro już przy swoich postaćkach jestem, postanowiłam urządzić ranking moich najbardziej udanych pomysłów. Jako właścicielka dwóch szaf postanowiłam odłożyć na bok feminizm i zacząć od pomysłów płci męskiej. Ciekawe, co z tego wyniknie. Mam nadzieję, że mi się nie pobiją…

Koniec bredzenia, idę dalej łapać fazę. Na Yattamana ^.^v

*Nauczycielka dyktuje: an area with soft, wet land…
Koledżanka Miya pisze: an aeir Ups, chyba mi się rozkojarzyło O_o