got31.gifKlacz zarżała donośnie, jakby i ona cieszyła się z powrotu do domu.
Siedząca na niej młoda kobieta miała długie jasne włosy splecione w wiele cienkich warkoczyków, a odziana była w uszyty z rozmachem podróżny strój w kolorach ziemi. Patrzyła w górę, obejmując wzrokiem szczyty pnących się do nieba pałacowych wież o dziwnych kształtach. Chłonęła barwy, zapach powietrza, nawet śpiew ptaków wydawał jej się różny od tego, jaki słyszała w innych krainach. Bardziej domowy.
– WITAJ, MELRIN!!! – wydała z siebie okrzyk co sił w płucach. Jak zawsze, gdy wracała do soleńskiej stolicy.
– Kto się tak drze o szóstej rano?!?! – dobiegł ją rozzłoszczony głos i w tej samej chwili z jednego z okien pałacu wytrysnął pokaźny strumień wody. Dziewczyna szybko zeskoczyła z konia, odpięła od pasa powstrzymywacz i podrzuciła go w górę. Mała kuleczka wytworzyła osłonę, na którą trafiła woda z głośnym chlupotem. Na twarzy, która pokazała się w oknie, pojawił się wyraz zaskoczenia.
– Cześć, Trizio – powiedziała jasnowłosa z rozbawieniem.
– Księżniczka Ylenia! Dziecko kochane, czemu choć raz nie mogłaś nas zawiadomić, że przyjeżdżasz? – ochmistrzyni rozchmurzyła się i zbiegła na dziedziniec.
– Lubię robić niespodzianki – stwierdziła dziewczyna, tonąc po chwili w uścisku pulchnej kobiety, która znała ją od małego.
– Tak cię długo nie było, więc pewnie stęskniłaś się za pałaszowaniem sadzonych jajek – Trizia uśmiechnęła się macierzyńsko.
– Fakt, zjadłoby się – księżniczka uwolniła się z objęć kobiety i westchnęła – Człowiek zaraz czuje, że wrócił do domu.
– O tak, pewnie już się zmęczyłaś tym, że ci cudzoziemcy traktują cię jak bohaterkę. Ale czy to nie Ventai nadchodzi? – ochmistrzyni zmarszczyła brwi – Chyba wizja sadzonego jajka trochę od ciebie odpłynie, złotko.
– Trudno – zachichotała Ylenia, spoglądając na zbliżającego się mężczyznę. Młody kapłan o ciemnych włosach był nadwornym uzdrowicielem, choć do jego funkcji należało też przywoływanie ducha opiekuńczego Solen.
– Dobrze cię znów widzieć, wasza wysokość – uśmiechnął się dość powściągliwie, nie chcąc zdradzać jak ciepłe uczucia żywił do księżniczki – Choć pewnie nie zabawisz tu długo. Celebris nawiązała kontakt z naszym bliźniaczym krajem i chyba byłabyś tam mile widziana.
– Niezły pomysł – zadumała się jasnowłosa – Właściwie nie wiem, jak to się stało, że do tej pory nie byłam jeszcze w Althenos. Najwyraźniej nie da się poznać całego świata, choćby nie wiadomo jak się starać…
– Nie dziwota, że ciągnie cię do nowych miejsc, pani – Ventai spojrzał na nią przeciągle – Solen znasz już tak dobrze, że ci się pewnie znudziło…
– Przestańże zawracać głowę naszej księżniczce, chłopcze! – oburzyła się Trizia – Możnaby pomyśleć, że wolałbyś jej tu nie widzieć!
– To nie tak, ja… – młodzieniec się zaczerwienił – Tylko może byłoby lepiej, gdyby przebywała poza domem… W razie czego – zakończył niezręcznie.
– W razie czego? – oczy Ylenii pociemniały – Czy coś się tu stało podczas mojej nieobecności?
Kapłan milczał, unikając jej spojrzenia.
– No?! – nie ustępowała – Jestem księżniczką, czyż nie?!? Mam prawo wiedzieć!!!
– Nie mogłeś trzymać języka za zębami, młody człowieku? – burknęła Trizia – Teraz się biedactwo będzie zamartwiać…
– Zamartwiać to ja się zacznę, jeśli nie będę nic wiedziała!
– No dobrze – Ventai spochmurniał – Kilka dni temu zjawił się w Melrin mag… Zażądał by Solen uznało jego zwierzchnictwo.
– Co? – zdumiała się dziewczyna – Nasz kraj jest potężny. Czemu mielibyśmy się lękać jednego maga?
– On chyba też był potężny – stwierdziła ochmistrzyni – I miał armię. Też potężną.
– Podobno przejął już władzę nad terenami elfów – dodał kapłan.
Ylenii zaczynało powoli świtać. Podczas podróży docierały do niej wieści, że Raukon z ziem pełnych czystej magii trzęsie całą Radą Najpotężniejszych Czarowników. Wiedziała, że ostatnio przybyło tu wielu, którzy nie chcieli pogodzić się z jego władzą, ale że nawet elfy mu się poddały? I zachciało mu się Solen???
– I co? – spytała z niepokojem.
– Jego wysokość oczywiście odmówił – odparła Trizia – A wtedy ten mag zaatakował.
– Nie… – dziewczyna gwałtownie pobladła – A mnie nie było… Jak wielkie są straty?
– Głównie w ludziach. Ale, jak mówiłaś, nasz kraj jest potężny – próbował ją pocieszyć Ventai – Nawet mimo niespodziewanego ataku udało nam się uruchomić generator magii i przeciwnik się w końcu wycofał. Choć niewiele brakowało.
– Tata…?
– Walczył dzielnie – powiedziała cicho Trizia – I nie bój się, żyje.
– Ale? – Ylenia nie dała rady mówić więcej.
– Robiłem co w mojej mocy – westchnął Ventai – Jeśli jeszcze będzie chodził, to w każdym razie nie będzie w stanie więcej walczyć.
– Co ja robiłam… – z oka księżniczki popłynęła łza – Rozjeżdżałam się po świecie, stawałam w obronie innych ziem, a nie myślałam, że i moja ojczyzna może znaleźć się w niebezpieczeństwie… Dlaczego nikt mnie nie zawiadomił?
– Nie chcieliśmy by spotkało cię coś złego, pani – na obliczu kapłana pojawił się smutny uśmiech – Poza tym to już minęło.
– I chcieliście to przede mną ukrywać?!? – zawołała wstrząśnięta dziewczyna – Jeśli ten mag jest tak potężny jak słyszałam, to następnym razem możemy już nie mieć szczęścia!!! Nie rozumiecie, że tylko nas sprawdzał i jeszcze wróci?!?
– Chyba nie zamierzasz…
– Skoro tata nie da już rady, to KTOŚ MUSI BRONIĆ SOLEN!! – zaakcentowała mocno swoje słowa – Dlaczego to nie miałabym być ja?!?
– Bo z twych słów można wywnioskować, że sami nie damy mu rady.
– A kto powiedział, że będę sama? – głos Ylenii zadrżał, ale tylko na chwilę – Na pewno są jeszcze w Radzie osoby chcące przeciwstawić się temu Raukonowi. I trzeba będzie tych osób poszukać.
– Przewidujesz wybuch wojny? – spytała Trizia.
– To dość prawdopodobne. Ventai – dziewczyna spojrzała na kapłana surowo – Świątynie i domy uzdrowień mają być non-stop w gotowości, choćbyś miał nie wiem co zrobić by przekonać o tym arcykapłanów! Każdy, kto ucieka z podbitych terenów, ma prawo się u nas schronić, póki jeszcze trwamy. Ja idę zająć się sprawami wojskowymi… I w najbliższym czasie należy zorganizować spotkanie – powiedziawszy to, ruszyła w stronę wrót do pałacu.
Trizia poczuła głębokie wzruszenie. Po raz pierwszy zobaczyła swoją małą księżniczkę, tak jak ją widzieli mieszkańcy innych krain. Kobietę, która miała przejść do legendy.
– Pani… – szepnął Ventai ze ściśniętym gardłem. Ylenia zatrzymała się tuż przed wejściem i posłała obojgu ciepłe spojrzenie.
– Nie martwcie się – powiedziała – Nie oddam Solen, choćbym miała zginąć.
Nie przypuszczali, że za jakiś czas jej słowa się spełnią.
***
– Zdziwiona?
Na dźwięk tego głosu drgnęła, przestraszona.
– Hej, nie musisz tak podskakiwać, jakbym cię przyłapał na gorącym uczynku. Ja tylko pytam.
W głosie nie było nic w rodzaju nagany, więc w końcu odwróciła się niepewnie. Na jednej z płyt nagrobnych siedział mężczyzna o ciemnej karnacji i wściekle czerwonych włosach, związanych z tyłu oprócz kilku pasm spadających mu na twarz. Patrzył na nią z wesołym zaciekawieniem. Nieśmiało odwzajemniając spojrzenie stwierdziła, że jest w nim coś łobuzerskiego, a jednocześnie wywołującego respekt. Nigdy dotąd kogoś takiego nie spotkała.
– O… One pachną – wyjąkała w końcu.
– Co? Pewnie, że pachną, tak to już Natura urządziła, żeby kwitnące jabłonie pachniały – nieznajomy roześmiał się i wstał. Był o wiele wyższy od dziewczyny i nosił przedziwny czarny strój, wysadzany czymś metalowym – wyglądało to nieco groźnie.
– Pozwól, że zgadnę – podszedł bliżej, a ona cofnęła się odruchowo – Brak styczności z żywymi drzewami?
– Brak – przyznała cicho – W moim mieście nic nie rosło… Jak to się dzieje, że u ciebie… u pana… jest inaczej? – zaczerwieniła się, zawstydzona własną śmiałością.
– Nie u mnie, tylko u nich – mężczyzna powiódł wzrokiem po grobach – To miejsce zamieszkałe przez przeszłość, ja tu tylko przychodzę… Choć w sumie też jestem reliktem. A, i mam na imię Clayd, jeśli jeszcze tego nie wiesz – uśmiechnął się szelmowsko – A ty?
– Len… To znaczy, Ylenia.
– Miło mi. Ucałowałbym twą dłoń, gdyby nie była obleczona w nieapetyczny kombinezon – zrobił komiczny grymas, a dziewczyna poczerwieniała jeszcze bardziej – Ktoś z twoich był w Solen?
– Nie… Ja nic nie wiem o Solen, oprócz tego, że jest po drugiej stronie świata – pokręciła głową – A skąd to pytanie?
– Twoje imię jest stamtąd – oznajmił – I w dodatku ma swoją historię. Dawno temu była tam taka księżniczka… Ale to długa opowieść, przy której lepiej siedzieć.
I rzeczywiście, usiadł na grobie, który wyglądał bardzo staro.
– No, spocznij sobie – dał Ylenii znak ręką.
– Ależ… Czy to wypada? – bąknęła – To nie będzie profanacja?
– Czemu? – Clayd wzruszył ramionami – Duszyczki tych, co tu leżą, już są w zaświatach, więc ich to nie obejdzie. Co prawda czasem wracają… Ale akurat ta pani – stuknął palcem w płytę, na której siedział – przepadała za towarzystwem.
Zaciekawiona Len przysiadła na brzeżku sąsiedniego nagrobka.
– Była kapłanką – mówił dalej, patrząc gdzieś w przeszłość – A gdy już się zestarzała, siadała sobie ze swoimi kotami i mówiła: „Clayd, chłopcze, nie ma to jak poznawanie nowych ludzi przez całe życie, bo potem zawsze można któregoś wrobić w noszenie staruszce zakupów”.
– Niemożliwe! – zaprotestowała dziewczyna – Przecież w Althenos nie ma…
– Nie, no jasne, że teraz nie ma – wszedł jej w słowo – Dlatego trzeba było wskoczyć w ciało, żeby się zakomunikować szanownemu społeczeństwu. Kapłani w Althenos należą już do bardzo odległych czasów.
– I pamiętasz te czasy? – Len aż dech zaparło z wrażenia – Opowiesz mi o nich?
Clayd spojrzał na nią, wracając myślami do teraźniejszości.
– Jasna cholera – skomentował niezbyt elegancko – Ty w to uwierzyłaś?!?
– A nie powinnam? – spytała, przechylając głowę lekko w bok – W twoim głosie była sama prawda… Takie odniosłam wrażenie.
Nie przestawał patrzeć w jej błyszczące z ekscytacji oczy i wyglądał przy tym na… wstrząśniętego?
– Wiesz, że jesteś wzruszająco spontaniczna? – spytał wreszcie cicho – Skąd ty się tu wzięłaś, dziewczyno?
– Przyjechałam do ciotki na wakacje – Ylenia wzięła jego pytanie dosłownie.
– Nie o to mi chodziło – pokręcił głową – W każdym razie niewielu jest tu tak sensownych jak ty.
– Sensownych? – roześmiała się z goryczą – Matka zawsze mówi, że zachowuję się skandalicznie.
– Chyba nie chciałbym poznać tej pani – mruknął Clayd – Czuję, że w jej oczach byłbym już skazany na zatracenie.
***
– Byłam na cmentarzu – oświadczyła wyzywającym tonem.
– I długo się tam zasiedziałaś – Edwina Gearth z uwagą przyglądała się pustemu obszarowi za domem – Jak myślisz, da się tu urządzić altanę?
– Byłam na cmentarzu i widziałam się z Claydem – Len próbowała powstrzymać drżenie głosu. Ciotka uśmiechnęła się lekko i zmierzwiła jej jasne włosy.
– Jutro też pójdę! – zakomunikowała dziewczyna, jakby tracąc cierpliwość.
– Mhm. To przypomnij mu przy okazji, że wisi mi drinka – odpowiedziała czarnowłosa kobieta, z roztargnieniem – I spytaj, czy da się tu coś posadzić.
Ylenia stała jak wryta. Co jak co, ale takiej reakcji się po ciotce nie spodziewała.
– No, co takie oczy robisz? – roześmiała się Edwina, zupełnie już wybita z koncentracji – Masz wakacje, jesteś na progu dorosłości i nie zamierzam ci nic zabraniać. Znaczy, czegoś powinnam, skoro jestem obecnie twoją opiekunką, ale tobie chyba nie trzeba. Choć gdybym była na twoim miejscu, to by mi było trzeba – zachichotała jak nastolatka – Ale jak tak na ciebie patrzę, to myślę, że tobie jednak nie.
Len słuchała tego wywodu z mętlikiem w głowie. Zanim przyjechała do Melgrade widziała w ciotce tylko poważną panią minister i businesswoman, ale teraz zaczęła ją bliżej poznawać. I odkrywać, że Edwina Gearth też należy do tych sensownych osób. Bo skoro mówiła o Claydzie jak o dobrym znajomym, to jakże mogło być inaczej?
Pomyślała, że to mogą być ciekawe wakacje. A na dnie jej duszy pojawiło się nowe uczucie, jakiego chyba jeszcze nie doświadczyła. Nadzieja?