star-miya blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 10.2003

    got4.gifNajprościej mówiąc, nosi mnie. Jeśli wyrazić się bardziej górnolotnie, moja duszyczka mknie przez czasoprzestrzeń i porywa ze sobą wszystko dokoła. Pędzi, nie przymierzając, jak światło, jak dźwięk, jak Anthy w swej różowiutkiej i niemal już zgniecionej Utenie, i jak Moja Największa Antypatia w czerwonym kabrioleciku, z nieodłącznym Tôgą u boku… :P

    Jeśli ktoś toto czyta, może bez szkody ominąć, bo o Utenie troszkę sobie potruję. Choćby dlatego, że istnieje już coś takiego jak nasz firmowy bloczek, ale oficjalnie działać zacznie, gdy mój szanowny współreżyser przypomni sobie gdzie w haśle popełnił literówkę :> A na razie, po długim czasie wahania ściągnęłam sobie Adolescence Mokushiroku i z pewną taką nieśmiałością obejrzałam. Moją pierwszą trzeźwą myślą po obejrzeniu było, że film jest dziwny, chory, pokręcony, wywrotowy, nienormalny i absolutnie PIĘKNY. W drugiej myśli była ulga, że zobaczyłam go już po obejrzeniu serialu, bo inaczej nie miałabym pojęcia kto jest kim i dlaczego, a z kinówki się tego dowiedzieć po prostu nie sposób. Co tam, u jasnej anielki, robi Miki, co tam robi Kozue, co tam robi Shiori nawet i czy w tym wyimaginowanym świecie ktoś lub coś jest prawdziwe, mogłabym się zastanawiać godzinami, a i tak do niczego bym nie doszła… Trzecia myśl była mordercza i gdyby nie to, że swego czasu Vanny wyjawiła, że dzięki mnie przekonała się do faceta, którego roli się podjęłam, przeraziłaby mnie z kretesem. Dobra, jeszcze mogę się przestawić na to, że Tôga jest zombie, Utena samochodem, a Anthy bezczelną uwodzicielką, ale szlag mnie trafił gdy zobaczyłam to coś w falbankach, co zachowwywało się jak pijane, bełkocząc co chwilę, że zgubiło kluczyki, musiało uśpić siostrzyczkę, żeby ją zmolestować, robiąc sobie z tego powodu wyrzuty, a na koniec zadźgało Anthy i polazło wypaść z okna. I TO, DO LICHA CIĘŻKIEGO, MA BYĆ MOJA NAJWIĘKSZA ANTYPATIA??? JA KATEGORYCZNIE PROTESTUJĘ!!! >< Jeśli nad tym czymś mogę się tylko litować, to kogo mam nie lubić?!? Dobra, trochę się zrehabilitował, próbując powstrzymać Anthy i Utenę w końcówce. Ale tylko trochę. I wygląda na to, że zdołałam na swój sposób polubić serialowego Akio jako postać, bo oczywiście jako osobę się specjalnie nie da. Nie tylko w jego przypadku tak mam, ale to temat na dalszą część notki. W każdym razie Utenkowa kinówka rozłożyła mnie na łopatki i wbiła w podłogę. Nawet mimo że wszystko jest w niej wykręcone do granic możliwości. Absolutnie bez poczucia rzeczywistości. Bez czasu wystarczającego by zrozumieć tych, którzy się w filmie pojawiają i mniej lub bardziej się do nich przywiązać. Bez małej Ksieżniczki, która w chwili największej rozpaczy spotkała swojego Księcia i dostała od niego pierścień (bo po co, skoro miała Tôgę?). Pewnie zbyt szybko do tego Dzieła nie wrócę, bo wiele mi zajmie ochłonięcie, poza tym to nie jest film do oglądania ot tak, w każdej chwili. Mimo wszystko i tak będę darzyć serial szczególnym sentymentem, jako pierwszą miłość zapewne, zresztą czy da się lubić jedno bardziej od drugiego? Chyba tylko w inny sposób… Tamago, tamago, watashi no tamago… Tfu, wróć. Tamago no kara wo yaburaneba… Jeśli skorupka jaja nie pęknie, pisklę z niego nie wyjdzie a jaje skończy na patelni Druśki. Zaprawdę świat jest jako owo jaje, a my jako pisklęta, albowiem wolimy roztrzaskać skorupę świata niż zginąć przed narodzeniem… Wywołajmy Rewolucję, jak przykazuje zawołanie „Więc chodź, pomaluj mój świat” śpiewane przez 2+1 – jeśli wszyscy na świecie zastosują się do niego w porę, powinniśmy zdążyć do Wielkanocy…

    *obrywa od Kena swoim własnym kapciem*

    W porzadku, już się odfazowuję. Co nie zmienia faktu, że nosi mnie niesamowicie, a w dodatku mam wenę na 3 różne rzeczy naraz. Jedną z tych rzeczy jest rysowanie, co mogłoby być tragiczne w skutkach, zwłaszcza patrząc na mój obecny lay :> Drugą jest nasza rodzinna opowieść zbiorowa, w której występuje panna z tego czegoś poniżej. Nyo i w końcu pilna potrzeba pisania na światy. Zdecydowanie częściej piszę na światy niż tu, może dlatego, że tam dzieje się więcej? Fajnie, czyli rzeczywistość mi nie wystarcza, to chyba dlatego, że idzie zima i zaczynam wpadać w hibernację szybciej niż normalnie. I w dodatku pogłębia mi się skleroza i rozkojarzenie, ale to jeszcze da się przeżyć, bo potem mam się z czego śmiać szaleńczo.* Wędrówki międzyprzestrzenne sprawiają mi nielichą frajdę, bo w ten sposób lepiej poznaję światy, poćwiczyć styl pisania i przede wszystkim nauczyć się wyrażać emocje bez użycia emotikonek >:P Dzięki temu może kiedyś wreszcie uda mi się napisać całą książkę… Pomyśleć, że kiedyś, zanim z pomocą Satsuś wykreowałam swoje 501 wcielenie, byłam kimś anonimowym, siedzącym w zaciszu swojego nieokreślonego wymiaru i tylko obserwowałam poczynania bohaterów moich opowieści. To mi pozwalało ustosunkować się do nich jako postaci, ale przebywanie bezpośrednio w ich obecności coraz bardziej przełamuje ten dystans i sprawia, że traktuję ich bardziej prywatnie. To czasami jest świetne, a czasami dobijające, bo czasem im bardziej kogoś lubię jako osobę, tym trudniej mi do niej podejść na dystans i o niej pisać. Albo mogę mieć do jednej postaci dwa zupełnie odmienne stosunki. Taki Lex choćby – świetnie mi się o nim pisze, gdy jest częścią jakiejś opowieści, ale gdy uczestniczymy w niej oboje i niejako muszę wtedy wczuć się w swoją sytuację względem niego, miotam się psychicznie na prawo i lewo, bo on ma na mnie destrukcyjny wpływ. Pewnie powinnam podchodzić do niego mniej osobiście, ale jakoś za bardzo nie potrafię. Nie dlatego, że pojawia się w moim życiu tak często, że aż za często. Nie z powodu pewnego wspomnienia, za które Vanny chętnie by się ze mną zamieniła. Nawet nie dlatego, że jego imię jest bezczelnym anagramem innego, bo z tamtego jestem już wyleczona, a Lex od dawna jest sobą, a nie czyimś cieniem. Pozostaje mi stwierdzić, że to już chyba tylko siła przyzwyczajenia. Choć ostatnio zaobserwowałam, że zaczynam się jakby trochę odzwyczajać…
    A skoro już przy swoich postaćkach jestem, postanowiłam urządzić ranking moich najbardziej udanych pomysłów. Jako właścicielka dwóch szaf postanowiłam odłożyć na bok feminizm i zacząć od pomysłów płci męskiej. Ciekawe, co z tego wyniknie. Mam nadzieję, że mi się nie pobiją…

    Koniec bredzenia, idę dalej łapać fazę. Na Yattamana ^.^v

    *Nauczycielka dyktuje: an area with soft, wet land…
    Koledżanka Miya pisze: an aeir Ups, chyba mi się rozkojarzyło O_o

    got31.gifKlacz zarżała donośnie, jakby i ona cieszyła się z powrotu do domu.
    Siedząca na niej młoda kobieta miała długie jasne włosy splecione w wiele cienkich warkoczyków, a odziana była w uszyty z rozmachem podróżny strój w kolorach ziemi. Patrzyła w górę, obejmując wzrokiem szczyty pnących się do nieba pałacowych wież o dziwnych kształtach. Chłonęła barwy, zapach powietrza, nawet śpiew ptaków wydawał jej się różny od tego, jaki słyszała w innych krainach. Bardziej domowy.
    – WITAJ, MELRIN!!! – wydała z siebie okrzyk co sił w płucach. Jak zawsze, gdy wracała do soleńskiej stolicy.
    – Kto się tak drze o szóstej rano?!?! – dobiegł ją rozzłoszczony głos i w tej samej chwili z jednego z okien pałacu wytrysnął pokaźny strumień wody. Dziewczyna szybko zeskoczyła z konia, odpięła od pasa powstrzymywacz i podrzuciła go w górę. Mała kuleczka wytworzyła osłonę, na którą trafiła woda z głośnym chlupotem. Na twarzy, która pokazała się w oknie, pojawił się wyraz zaskoczenia.
    – Cześć, Trizio – powiedziała jasnowłosa z rozbawieniem.
    – Księżniczka Ylenia! Dziecko kochane, czemu choć raz nie mogłaś nas zawiadomić, że przyjeżdżasz? – ochmistrzyni rozchmurzyła się i zbiegła na dziedziniec.
    – Lubię robić niespodzianki – stwierdziła dziewczyna, tonąc po chwili w uścisku pulchnej kobiety, która znała ją od małego.
    – Tak cię długo nie było, więc pewnie stęskniłaś się za pałaszowaniem sadzonych jajek – Trizia uśmiechnęła się macierzyńsko.
    – Fakt, zjadłoby się – księżniczka uwolniła się z objęć kobiety i westchnęła – Człowiek zaraz czuje, że wrócił do domu.
    – O tak, pewnie już się zmęczyłaś tym, że ci cudzoziemcy traktują cię jak bohaterkę. Ale czy to nie Ventai nadchodzi? – ochmistrzyni zmarszczyła brwi – Chyba wizja sadzonego jajka trochę od ciebie odpłynie, złotko.
    – Trudno – zachichotała Ylenia, spoglądając na zbliżającego się mężczyznę. Młody kapłan o ciemnych włosach był nadwornym uzdrowicielem, choć do jego funkcji należało też przywoływanie ducha opiekuńczego Solen.
    – Dobrze cię znów widzieć, wasza wysokość – uśmiechnął się dość powściągliwie, nie chcąc zdradzać jak ciepłe uczucia żywił do księżniczki – Choć pewnie nie zabawisz tu długo. Celebris nawiązała kontakt z naszym bliźniaczym krajem i chyba byłabyś tam mile widziana.
    – Niezły pomysł – zadumała się jasnowłosa – Właściwie nie wiem, jak to się stało, że do tej pory nie byłam jeszcze w Althenos. Najwyraźniej nie da się poznać całego świata, choćby nie wiadomo jak się starać…
    – Nie dziwota, że ciągnie cię do nowych miejsc, pani – Ventai spojrzał na nią przeciągle – Solen znasz już tak dobrze, że ci się pewnie znudziło…
    – Przestańże zawracać głowę naszej księżniczce, chłopcze! – oburzyła się Trizia – Możnaby pomyśleć, że wolałbyś jej tu nie widzieć!
    – To nie tak, ja… – młodzieniec się zaczerwienił – Tylko może byłoby lepiej, gdyby przebywała poza domem… W razie czego – zakończył niezręcznie.
    – W razie czego? – oczy Ylenii pociemniały – Czy coś się tu stało podczas mojej nieobecności?
    Kapłan milczał, unikając jej spojrzenia.
    – No?! – nie ustępowała – Jestem księżniczką, czyż nie?!? Mam prawo wiedzieć!!!
    – Nie mogłeś trzymać języka za zębami, młody człowieku? – burknęła Trizia – Teraz się biedactwo będzie zamartwiać…
    – Zamartwiać to ja się zacznę, jeśli nie będę nic wiedziała!
    – No dobrze – Ventai spochmurniał – Kilka dni temu zjawił się w Melrin mag… Zażądał by Solen uznało jego zwierzchnictwo.
    – Co? – zdumiała się dziewczyna – Nasz kraj jest potężny. Czemu mielibyśmy się lękać jednego maga?
    – On chyba też był potężny – stwierdziła ochmistrzyni – I miał armię. Też potężną.
    – Podobno przejął już władzę nad terenami elfów – dodał kapłan.
    Ylenii zaczynało powoli świtać. Podczas podróży docierały do niej wieści, że Raukon z ziem pełnych czystej magii trzęsie całą Radą Najpotężniejszych Czarowników. Wiedziała, że ostatnio przybyło tu wielu, którzy nie chcieli pogodzić się z jego władzą, ale że nawet elfy mu się poddały? I zachciało mu się Solen???
    – I co? – spytała z niepokojem.
    – Jego wysokość oczywiście odmówił – odparła Trizia – A wtedy ten mag zaatakował.
    – Nie… – dziewczyna gwałtownie pobladła – A mnie nie było… Jak wielkie są straty?
    – Głównie w ludziach. Ale, jak mówiłaś, nasz kraj jest potężny – próbował ją pocieszyć Ventai – Nawet mimo niespodziewanego ataku udało nam się uruchomić generator magii i przeciwnik się w końcu wycofał. Choć niewiele brakowało.
    – Tata…?
    – Walczył dzielnie – powiedziała cicho Trizia – I nie bój się, żyje.
    – Ale? – Ylenia nie dała rady mówić więcej.
    – Robiłem co w mojej mocy – westchnął Ventai – Jeśli jeszcze będzie chodził, to w każdym razie nie będzie w stanie więcej walczyć.
    – Co ja robiłam… – z oka księżniczki popłynęła łza – Rozjeżdżałam się po świecie, stawałam w obronie innych ziem, a nie myślałam, że i moja ojczyzna może znaleźć się w niebezpieczeństwie… Dlaczego nikt mnie nie zawiadomił?
    – Nie chcieliśmy by spotkało cię coś złego, pani – na obliczu kapłana pojawił się smutny uśmiech – Poza tym to już minęło.
    – I chcieliście to przede mną ukrywać?!? – zawołała wstrząśnięta dziewczyna – Jeśli ten mag jest tak potężny jak słyszałam, to następnym razem możemy już nie mieć szczęścia!!! Nie rozumiecie, że tylko nas sprawdzał i jeszcze wróci?!?
    – Chyba nie zamierzasz…
    – Skoro tata nie da już rady, to KTOŚ MUSI BRONIĆ SOLEN!! – zaakcentowała mocno swoje słowa – Dlaczego to nie miałabym być ja?!?
    – Bo z twych słów można wywnioskować, że sami nie damy mu rady.
    – A kto powiedział, że będę sama? – głos Ylenii zadrżał, ale tylko na chwilę – Na pewno są jeszcze w Radzie osoby chcące przeciwstawić się temu Raukonowi. I trzeba będzie tych osób poszukać.
    – Przewidujesz wybuch wojny? – spytała Trizia.
    – To dość prawdopodobne. Ventai – dziewczyna spojrzała na kapłana surowo – Świątynie i domy uzdrowień mają być non-stop w gotowości, choćbyś miał nie wiem co zrobić by przekonać o tym arcykapłanów! Każdy, kto ucieka z podbitych terenów, ma prawo się u nas schronić, póki jeszcze trwamy. Ja idę zająć się sprawami wojskowymi… I w najbliższym czasie należy zorganizować spotkanie – powiedziawszy to, ruszyła w stronę wrót do pałacu.
    Trizia poczuła głębokie wzruszenie. Po raz pierwszy zobaczyła swoją małą księżniczkę, tak jak ją widzieli mieszkańcy innych krain. Kobietę, która miała przejść do legendy.
    – Pani… – szepnął Ventai ze ściśniętym gardłem. Ylenia zatrzymała się tuż przed wejściem i posłała obojgu ciepłe spojrzenie.
    – Nie martwcie się – powiedziała – Nie oddam Solen, choćbym miała zginąć.
    Nie przypuszczali, że za jakiś czas jej słowa się spełnią.
    ***
    – Zdziwiona?
    Na dźwięk tego głosu drgnęła, przestraszona.
    – Hej, nie musisz tak podskakiwać, jakbym cię przyłapał na gorącym uczynku. Ja tylko pytam.
    W głosie nie było nic w rodzaju nagany, więc w końcu odwróciła się niepewnie. Na jednej z płyt nagrobnych siedział mężczyzna o ciemnej karnacji i wściekle czerwonych włosach, związanych z tyłu oprócz kilku pasm spadających mu na twarz. Patrzył na nią z wesołym zaciekawieniem. Nieśmiało odwzajemniając spojrzenie stwierdziła, że jest w nim coś łobuzerskiego, a jednocześnie wywołującego respekt. Nigdy dotąd kogoś takiego nie spotkała.
    – O… One pachną – wyjąkała w końcu.
    – Co? Pewnie, że pachną, tak to już Natura urządziła, żeby kwitnące jabłonie pachniały – nieznajomy roześmiał się i wstał. Był o wiele wyższy od dziewczyny i nosił przedziwny czarny strój, wysadzany czymś metalowym – wyglądało to nieco groźnie.
    – Pozwól, że zgadnę – podszedł bliżej, a ona cofnęła się odruchowo – Brak styczności z żywymi drzewami?
    – Brak – przyznała cicho – W moim mieście nic nie rosło… Jak to się dzieje, że u ciebie… u pana… jest inaczej? – zaczerwieniła się, zawstydzona własną śmiałością.
    – Nie u mnie, tylko u nich – mężczyzna powiódł wzrokiem po grobach – To miejsce zamieszkałe przez przeszłość, ja tu tylko przychodzę… Choć w sumie też jestem reliktem. A, i mam na imię Clayd, jeśli jeszcze tego nie wiesz – uśmiechnął się szelmowsko – A ty?
    – Len… To znaczy, Ylenia.
    – Miło mi. Ucałowałbym twą dłoń, gdyby nie była obleczona w nieapetyczny kombinezon – zrobił komiczny grymas, a dziewczyna poczerwieniała jeszcze bardziej – Ktoś z twoich był w Solen?
    – Nie… Ja nic nie wiem o Solen, oprócz tego, że jest po drugiej stronie świata – pokręciła głową – A skąd to pytanie?
    – Twoje imię jest stamtąd – oznajmił – I w dodatku ma swoją historię. Dawno temu była tam taka księżniczka… Ale to długa opowieść, przy której lepiej siedzieć.
    I rzeczywiście, usiadł na grobie, który wyglądał bardzo staro.
    – No, spocznij sobie – dał Ylenii znak ręką.
    – Ależ… Czy to wypada? – bąknęła – To nie będzie profanacja?
    – Czemu? – Clayd wzruszył ramionami – Duszyczki tych, co tu leżą, już są w zaświatach, więc ich to nie obejdzie. Co prawda czasem wracają… Ale akurat ta pani – stuknął palcem w płytę, na której siedział – przepadała za towarzystwem.
    Zaciekawiona Len przysiadła na brzeżku sąsiedniego nagrobka.
    – Była kapłanką – mówił dalej, patrząc gdzieś w przeszłość – A gdy już się zestarzała, siadała sobie ze swoimi kotami i mówiła: „Clayd, chłopcze, nie ma to jak poznawanie nowych ludzi przez całe życie, bo potem zawsze można któregoś wrobić w noszenie staruszce zakupów”.
    – Niemożliwe! – zaprotestowała dziewczyna – Przecież w Althenos nie ma…
    – Nie, no jasne, że teraz nie ma – wszedł jej w słowo – Dlatego trzeba było wskoczyć w ciało, żeby się zakomunikować szanownemu społeczeństwu. Kapłani w Althenos należą już do bardzo odległych czasów.
    – I pamiętasz te czasy? – Len aż dech zaparło z wrażenia – Opowiesz mi o nich?
    Clayd spojrzał na nią, wracając myślami do teraźniejszości.
    – Jasna cholera – skomentował niezbyt elegancko – Ty w to uwierzyłaś?!?
    – A nie powinnam? – spytała, przechylając głowę lekko w bok – W twoim głosie była sama prawda… Takie odniosłam wrażenie.
    Nie przestawał patrzeć w jej błyszczące z ekscytacji oczy i wyglądał przy tym na… wstrząśniętego?
    – Wiesz, że jesteś wzruszająco spontaniczna? – spytał wreszcie cicho – Skąd ty się tu wzięłaś, dziewczyno?
    – Przyjechałam do ciotki na wakacje – Ylenia wzięła jego pytanie dosłownie.
    – Nie o to mi chodziło – pokręcił głową – W każdym razie niewielu jest tu tak sensownych jak ty.
    – Sensownych? – roześmiała się z goryczą – Matka zawsze mówi, że zachowuję się skandalicznie.
    – Chyba nie chciałbym poznać tej pani – mruknął Clayd – Czuję, że w jej oczach byłbym już skazany na zatracenie.
    ***
    – Byłam na cmentarzu – oświadczyła wyzywającym tonem.
    – I długo się tam zasiedziałaś – Edwina Gearth z uwagą przyglądała się pustemu obszarowi za domem – Jak myślisz, da się tu urządzić altanę?
    – Byłam na cmentarzu i widziałam się z Claydem – Len próbowała powstrzymać drżenie głosu. Ciotka uśmiechnęła się lekko i zmierzwiła jej jasne włosy.
    – Jutro też pójdę! – zakomunikowała dziewczyna, jakby tracąc cierpliwość.
    – Mhm. To przypomnij mu przy okazji, że wisi mi drinka – odpowiedziała czarnowłosa kobieta, z roztargnieniem – I spytaj, czy da się tu coś posadzić.
    Ylenia stała jak wryta. Co jak co, ale takiej reakcji się po ciotce nie spodziewała.
    – No, co takie oczy robisz? – roześmiała się Edwina, zupełnie już wybita z koncentracji – Masz wakacje, jesteś na progu dorosłości i nie zamierzam ci nic zabraniać. Znaczy, czegoś powinnam, skoro jestem obecnie twoją opiekunką, ale tobie chyba nie trzeba. Choć gdybym była na twoim miejscu, to by mi było trzeba – zachichotała jak nastolatka – Ale jak tak na ciebie patrzę, to myślę, że tobie jednak nie.
    Len słuchała tego wywodu z mętlikiem w głowie. Zanim przyjechała do Melgrade widziała w ciotce tylko poważną panią minister i businesswoman, ale teraz zaczęła ją bliżej poznawać. I odkrywać, że Edwina Gearth też należy do tych sensownych osób. Bo skoro mówiła o Claydzie jak o dobrym znajomym, to jakże mogło być inaczej?
    Pomyślała, że to mogą być ciekawe wakacje. A na dnie jej duszy pojawiło się nowe uczucie, jakiego chyba jeszcze nie doświadczyła. Nadzieja?

    got27.gif

    Już noc zapada, nigdzie drogi ni kurhanu
    Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek samochodu…

    Kiu: *z budki suflera* Łodzi! Łodzi!
    Bez przesady, widziałeś kiedyś łódź na kółkach? :P
    Kiu: Może to amfibia? ^ ^’
    Katsuji: Jak chcesz szukać gwiazd, skoro jest dzień?
    Cicho, rolę na razie ćwiczę, nocą będzie próba generalna.
    Ken: Wtedy też nic nie zobaczysz, bo ci sufit zasłania :P Czy mi się wydaje, czy ten samochód powinien być kabrioletem? I najlepiej czerwonym? :>
    Bleee… Niebieski lepiej pasuje do mojego nowego laya :P A ty mi nie dogaduj! *głosem natchnionym* Jeśli będziesz postępować nieszlachetnie, nigdy nie staniesz się prawdziwym księciem, a chłopcy, którzy nie są książętami, zostają… zostają… *zamyśla się*
    Kiu: …Wiedźminami?
    O właśnie! Wiedźminami! ^.^v
    Ken: Już wolę być wiedźminem niż księciem :P Jaki niby pożytek z księcia?
    Nyo jak to jaki? Może ratować z opresji nadobne damy! Takie jak JA! *^.^*
    Ken: Nadobna dama? Czy ty czasem z roli nie wypadasz? *przygląda się Miyi krytycznie* W sumie jak już nosisz ten mundurek a la Majkel Dżekson to powinnaś go trochę bardziej rozpiąć :>
    Katsuji et Kiu: *patrzą na Kena ze zgrozą w oczach* K-Ken… Myśmy się po tobie nie spodziewali… O_o
    Ken: *burak* ŻE CO?!? JA TYLKO CHCĘ ŻEBY SIĘ LEPIEJ W ROLĘ WCZUŁA!!! ><
    O przepraszam, nie wiedziałam, że szanowny pan tu reżyseruje! :P
    Ken: Bo nie mogę patrzeć jak profanujesz mój ulubiony serial!!! ><
    Za pozwoleniem, Vanny profanuje razem ze mną, a zamiast jej robić wyrzuty, życzenia urodzinowe wysyłasz :> Jak to jest? :>>>
    Ken: Ale to ty nam liściki miłosne poprzysyłałaś!!!
    Mi… łosne?! O_o Od razu widać, że miłości od walki nie odróżniasz :P A ty próbowałeś oskubać moją anginkę z liści żeby było co przyczepiać uczestnikom pojedynków, I CO?!? :P
    Ken: Ale nie ja zawiesiłem na oczach wszystkich TO!!! *wskazuje na wielgachny transparent wiszący na ścianie*
    TRWAJĄ PRZYGOTOWANIA DO ALTERNATYWNEJ WERSJI SHÔJO KAKUMEI UTENY! KTO CHCE DOSTAĆ ROLĘ I NIE BOI SIĘ DOKONAĆ PROFANACJI, MOŻE ZGŁOSIĆ SIĘ DO KOŃCA ŚWIATÓW LUB PRZEWODNICZĄCEGO SAMORZĄDU W CELU ODBYCIA ROZMOWY KWALIFIKACYJNEJ I EWENTUALNEGO DANIA SIĘ UWIEŚĆ. TY TEŻ MASZ SZANSĘ – ZOSTAŃ SZERMIERZEM!
    Ken: *patrzy na Miyę z politowaniem* I jeszcze sobie taką rolę wzięłaś…
    A co, chciałam sprawdzić czy podołam byciu najgorszą postacią, a Nanami jest już poniekąd zajęta :>
    Ken: Ja się zastrzelę! Albo zadźgam! Niech mi ktoś da miecz…
    O nieee, kochasiu! Ty ze mną zaraz się na przejażdżkę wybierzesz :>>> Katsuji-kun, zagraj nam jakiś symfoniczny temacik! *^.^*
    Katsuji: Jak mam na gitarze grać symfoniczny temacik? ^ ^’
    Ken: *próbuje zwiać* Ja protestuję! Nigdzie z tobą nie ja… *nagle pod Kenem otwiera się portal i ląduje w niebieskim ferrari obok Końca Światów* I tak daleko nie zajedziesz bez prawa jaaaaAAAAAAAAAA…
    *ZIUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU*
    …………..
    Kiu: I pojechali… ^ ^’ Zdaje się, że dywan Miyi-san się zapalił pod kołami. Gasimy?
    Katsuji: Gasimy ^ ^ Niech przynajmniej on ocaleje.
    Kiu: A coś innego nie ocaleje?
    Katsuji: Cóż… Chyba zapomniała, że miała oddać wóz do warsztatu w celu naprawy hamulców…


    • RSS