35.gif – TY?!? – Raven szybko odwróciła się w jego stronę – Myślałam że cię zabiłam!!!
Owszem, pomyślał Jason, zabiłaś tego mnie którym wtedy byłem. Chociaż czy rzeczywiście tak bardzo się zmienił? A jeśli tak, czyja to tak naprawdę była wina?
Gdzieś w oddali zabrzmiał grzmot.
– A może znalazłeś już Tęczowy Kwiat? – kobieta zbliżyła się o kilka kroków – To by wszystko wyjaśniało… – uśmiechnęła się do młodzieńca, tak jak wtedy. Zanim spaliła mu dom i zabiła narzeczoną.
A Jason stał jak wrośnięty w podłogę… Właśnie w tym momencie zdał sobie sprawę że Raven jest jedyną osobą, której chciałby odebrać życie. Dlaczego więc nawet się nie poruszył? Bo wiedział że przeciwniczka zdąży strzelić zanim odbierze jej energię? Nie wyciągnęła przecież jeszcze swojego pistoletu.
Czy to co czuł było zwykłym strachem, czy niezdolnością do użycia przemocy wobec kogokolwiek? Remy na pewno by się uśmiał gdyby go teraz widział. A Gabriella musiała twardo spać, inaczej już by tu była.
– Nie… – uśmiech zabójczyni stał się pogardliwy – Byłbyś bardziej pewny siebie… Dlaczego ten cholerny wehikuł czasu Quentina ciągle kieruje mnie tam, gdzie ty się znajdujesz? – zadała pytanie, na które chyba nie oczekiwała odpowiedzi – Czy to oznacza że zawsze będziemy sobie stawać na drodze?
Jason się nie odezwał. Nie patrzył już na Raven, ale na wielkie lustro, które wisiało na ścianie za nią. Na odbijające się w nim groby, które zwykle przyprawiały go o ciarki. Gabriella tak się cieszyła z domu przy cmentarzu.
– Ja nie wierzę w przeznaczenie, wiesz, dzieciaku? – kobieta wyjęła broń, celując w niego – Mogłabym ci teraz odstrzelić głowę, a ty nawet nie próbowałbyś ucieczki. Taki łatwy cel to nic przyjemnego – pokręciła głową i schowała pistolet – Ale jeśli to przeznaczenie, to jeszcze się spotkamy.
Powiedziawszy to zniknęła, tak samo jak poprzednim razem. Chłopak nie odetchnął z ulgą. Ciągle obserwował w lustrze to co działo się za oknem. Firanki utrudniały nieco widok, ale dostrzegł że na jednym z większych nagrobków siedzi znajoma jasnowłosa postać w czerni. I przeraziło go to, co mu przyszło do głowy.
Odwrócił się do okna, dając Le Feu do zrozumienia że go zauważył. Zapomniany uśmiechnął się lekko, a po chwili był już przy domu, szarpnął za klamkę i wpadł do środka.
– I tak oto bohater odkrył swoją wewnętrzną siłę! – zaintonował donośmym głosem – Zdołał przepędzić zło, które zakradło się na najbardziej niedostępny teren… do jego sypialni! Radujmy się, przyjaciele!!! – zawołał, chwytając Jasona za ręce i zaczął tańczyć z nim szaleńczo po pokoju, strącając przy okazji wazon z komódki – Chociaż właściwie ja też jestem teraz na niedostępnym terenie, a bohater nie kwapi się by dokonać egzorcyzmów – stwierdził, gdy już się zatrzymali.
– Przestańże wreszcie!! – Jason wyrwał mu się z trudem – Obudzisz Gabriellę!
– Obudzę? – roześmiał się Remy – Czego ty ją uczysz, mon cheri? Przecież zapomniani nie muszą spać. Po co nam to, skoro nie miewamy snów? – w tym momencie spoważniał – To dziecko jest tym kim jest, nie uda ci się ponownie uczynić z niej człowieka…
– Pozwól MI o tym decydować – przerwał mu zimno Jason – Stworzyłeś dla mnie siostrę żebym zapomniał o swojej rodzinie. Dlaczego nie miałaby być podobna do brata?
Po tych słowach wyszedł na zewnątrz przez otwarte okno. Spojrzał na zachmurzone niebo, czując pierwsze krople deszczu spadające mu na twarz.
– A dlaczego miałaby BYĆ podobna? – usłyszał za sobą szelest opadłych liści – Skąd wiesz czy nie wybrała się ze mną na małą kolację gdy ciebie nie było?
– Przestań… się… wtrącać… w nasze… życie – odpowiedział powoli, smakując deszcz i swoje gorzkie słowa – Ja nie zabijam… Gabrielli też nie pozwolę.
– Odmówisz jej przyjemności spoglądania w oczy ludzi, którzy umierają? – Remy podszedł trochę bliżej – Każdy podświadomie odczuwa fascynację śmiercią. Też kiedyś to pewnie odkryjesz.
– Ty to już dawno odkryłeś, prawda? – gdy Jason spojrzał na Le Feu, jego twarz była wykrzywiona przez gniew zmieszany z rozpaczą – Dlatego siedziałeś spokojnie na cmentarzu, czekając aż Raven mnie zabije?!? – z tą właśnie prawdą tak trudno mu było się pogodzić. Że zapomniany znowu oczekiwał okazji. Tak jak wtedy, gdy pojawił się dopiero po tych trzech strzałach zabójczyni i połączył chłopaka ze sobą tą przeklętą więzią. I wcześniej, za pierwszym razem… gdy Jason nie mógł ochronić Elizabeth, wzięty akurat w posiadanie…? Dlaczego przyszły mu do głowy takie a nie inne słowa???
Zerwał się zimny wiatr.
– O czym pomyślałeś, mon cheri? – po twarzy Le Feu przemknął uśmieszek – Na twym obliczu widzę mnóstwo sprzecznych emocji… Czytam w tobie jak w otwartej księdze. No, powiedz. Czym jest umieranie? Czym jest zetknięcie się z zapomnianym?
– Piekłem – rzucił Jason bez zastanowienia.
– Piekłem? Może powinieneś rozważyć to co mówisz – w śmiechu jasnowłosego zabrzmiała nutka szaleństwa – Może powinieneś sam tego doświadczyć… Ile bólu jest w ekstazie, a ile ekstazy w bólu? – mówił coraz ciszej, patrząc na Jasona przeszywającym wzrokiem. Chłopak znał to spojrzenie. Próbował odejść, ale Remy był szybszy – natychmiast pochwycił go i przyparł do najbliższego drzewa.
– Mógłbym sprawić byś krzyczał… – szepnął mu do ucha – Byś sięgnął szczytu na dnie… Byś stał się wszystkim i niczym zarazem… Potrafię to zrobić, mon cheri… Gdzie kończy się piekło a zaczyna niebo? Czy w ogóle jest między nimi jakaś różnica??? – Jason powoli zatracał się w słowach zapomnianego, w jego głosie, ten przenikający dreszcz, nie chciał go czuć… nie chciał… nie…
Z krzykiem wściekłości odepchnął Le Feu od siebie. Poczuł ten przypływ sił, które zwykle wstępowały w niego razem z gniewem. Zacisnął pięść i uderzył.
– Ooo, to coś nowego! – zaśmiał się Remy, nie uchylając się przed następnym ciosem – Śmiało, Jason! – i następnym – Koniec z zahamowaniami! – i jeszcze jednym. Chłopak już o niczym nie myślał, ogarnęła go szaleńcza furia. Krople deszczu zasłaniały mu widok. A może to były łzy? Teraz tłukł pięściami na oślep. Nie zawsze trafiał. W końcu upadł na kolana, z trudem łapiąc oddech.
– Wyładowałeś się? – spytał Le Feu, odgarniając z czoła mokre włosy – Uwolniłeś emocje? Ciągle mnie zdumiewasz i chyba za to cię lubię.
Jason klęczał bez ruchu, zaciskając tylko pięści. Czuł w ustach słony smak. Deszcz tak nie smakował.
– Wy, żywi, macie nad nami tę przewagę że możecie płakać – skomentował Remy, zarzucając na niego swój płaszcz – Chodź do środka, bo mi się rozchorujesz i zejdziesz na suchoty zanim zdążę zadać ci to pytanie…
Ciemnowłosy podniósł się niepewnie i pozwolił się odprowadzić do domu.
Zaś w pokoju na piętrze ukryta za zasłoną dziewczynka uważnie to obserwowała…