goth2_3_28_2002.gifStwierdzam u siebie ostatnio syndrom nadmiernego nicnierobienia – co prawda zawsze to w jakimś stopniu mam, ale zwiększyło się w czasie zatrzęsienia testów i egzaminów, i za nic nie chce przejść. Powinnam w wakacje podładować akumulatorki trochę, ale nie szykuje mi się nawet żaden poważny wyjazd, co oznacza, że spędzę miło czas ino w Legnicy i okolicach. W chwili obecnej najistotniejsze jest skończenie wreszcie listu do Hikusia, bo inaczej będzie pisany i wysyłany dłużej niż Hikusiowy list do mnie ;>

A przecież tak bardzo lubię pisać listy, prawie tak bardzo jak je czytać ;) To pewnie dlatego, że mogę wreszcie pisać co chcę i nikt mi nie przerywa, nie protestuje ani się nie śmieje. Przynajmniej w trakcie pisania, bo nie wiem co sobie myśli adresat mojego listu w trakcie jego czytania ;>
Pamiętam jak dawno temu tworzyłam swój pierwszy Normalny List do świeżo poznanej osóbki z netu i w sumie nie wiedziałam co by stworzyć żeby miało sens i robiło wrażenie, zwłaszcza że jedynym punktem zaczepienia był wtedy Trunks z Dragonballa ;> Wyszedł mi radosny Chaos, a adresatka, z którą notabene się gubimy i odnajdujemy, i znowu gubimy i tak w kółko ;> nie dość że się w nim połapała, to jeszcze odpisała i mogłam ją męczyć Wojowniczkami Poświaty do granic możliwości ;> W pisaniu listów jest coś magicznego, bo są żywsze od maili i do pisania można sobie usiąść wieczorkiem, włączyć muzyczkę i złapać klimat, a jeszcze do tego poczuć więź z osobą, której się właśnie wylewamy, choćby nawet była na drugim końcu Polski/świata/whatever. Oczywiście może to być jednostronne, ale chyba nie jest, skoro zwykle dostaję milutkie i serdeczne listy ^___~ Ciągle mi ich za mało, ale z drugiej strony nie wiem czy podołałabym z odpisywaniem, zwłaszcza jeśli jestem taka padnięta jak teraz… Ale może oczekiwanie z radością na kolejny list mogłoby to zmienić…

Najbardziej się jednak boję, że pewnego dnia odkryję, że nie mam o czym pisać. A to dlatego, że z listami u mnie jak z blogiem – otwieram się w nich najbardziej jak mogę i jeśli ktoś, z kimkoresponduję, zajrzy na mój bloczek, to kiedyś może przeczytać tu i tu to samo, a wtedy zacznę podawać w wątpliwość sens korespondencji… Nie, mam cichą nadzieję, że tak się nie stanie… W każdym razie listy i blog to dla mnie najlepsze formy otwarcia się i niby nie da się poznać człowieka tylko i wyłącznie czytając jego zapiski, ale na przykład koleżanki z liceum przez 4 lata narzekały, że jestem skryta i nic o sobie nie mówię, a kolega, który przestał tu przychodzić z powodu nieznanego, stwierdził, że gdyby nie wiedział czyj to blog, w życiu by się nie domyślił. A ja się cieszę, że ludzie czegoś się o mnie w ten sposób dowiadują i że chcą się dowiadywać, choć jestem ciekawa, czy rozpoznaliby autorkę bloga w istocie jaką jestem na żywo. I po raz kolejny zastanawiam się czy bloguję dla siebie czy dla innych… A w rezultacie stwierdzam, że pamiętnikowanie też traktuję jako rodzaj korespondencji i zawsze tak było odkąd pamiętam. W moim pierwszym zeszyciku też były na początku takie krótkie zapiski, a potem zaczęłam się rozkręcać ^ ^ W tych zapiskach zwracałam się do Kari-chan z okładki zeszytu i traktowałam ją faktycznie jako adresatkę, powierniczkę albo jak kogoś kto obserwuje moje pisanie i może się nad nim pozastanawiać. Czyli wychodzi na to, że nawet jeśli piszę dla siebie, to i tak potrzebna mi druga osoba, której pozwalam na zaglądanie w moje myśli. Cóż, pamiętnik to takie coś, co powstaje, żeby móc zapisać wszystko co chce się pamiętać albo żeby potomni mogli sobie poczytać i też pamiętać… Może i jest parę myśli, których bym tu nie uwieczniła, ale ich nie przelałabym chyba nawet na papier. Niech sobie pozostaną w mojej głowie, tam gdzie nikt ich nie odkryje dopóki nie uznam ich za przeterminowane…

Zaczęłam się zastanawiać, czy ludziom, którzy twierdzą, że blogują wyłącznie dla siebie, naprawdę zupełnie nie zależy na frekwencji odwiedzających. Bo gdyby tak rzeczywiście było, to czy nie pisaliby w zwykłym zeszycie, który mogliby schować na dno szuflady i nie martwić się, że ktoś skrytykuje? Za to pewnie nie biegają po każdym napotkanym bloczku, nie zostawiają schematycznych wypowiedzi w księgach gości i nie robią sobie reklamy. Raz jedna jednemu wpisała standardowo „ql blog, zapraszam do siebie” a potem wrzuciła następny wpis, w którym tenże „ql blog” równo objechała i zaczęła dyktować co powinien u siebie zmienić, żeby jego „ql blog” przestał być nudny a zaczął być taki ql jak jej. Przy czym jej własny zapiskownik na pierwszy rzut oka wygląda średnio, na drugi rzut oka nie zasługuje, przynajmniej według mnie. Wywiązała się z tego dyskusja nielicha, bo oboje zaczęli krytykować nawzajem swoje blogi, a i tak nic z tego nie wynikło. Pamiętam jak założyłam to moje kochane maleństwo i sama latałam po rozmaitych bloczątkach, ale nie byłam hipokrytką i autentycznie się nimi zachwycałam, w końcu sama byłam początkująca i nie potrafiłam jeszcze stworzyć czegoś co by się im równało. Sporo linków się wtedy u mnie pojawiło i zbyt wiele mi to nie dało. Dziś przeważająca większość obecnych, to linki do blogów, przy których trwam, które mnie interesują i które wspominam dlatego że chcę, a nie dlatego że wypada. I w sporej części tych blogów spotkałam się z wzajemnością.

Jeśli ktoś doczytał do tego momentu, serdecznie mu gratuluję. Taka długa epistoła powstała niejako na zapas, bo wieczorem jadę do babci i zostaję tam do soboty. Będą to dla mnie dni jeszcze większego nicnierobienia, zwłaszcza że nie będę mogła słuchać płyt, ale może znajdzie się kawałek przestrzeni, po której będę mogła pospacerować. Zabieram ze sobą parę kartek i coś do pisania, na wypadek gdyby dopadła mnie wena. Zabieram nowo kupioną „Muzykę duszy” Pratchetta, którą udało mi się zachować nietkniętą i na jakiś czas pobytu poza domem starczy. Zabieram list do Hiki, żeby go wreszcie skończyć. Zabieram też Shigeru, na życzenie Vanny dołącza się Clayd, a nie zdziwię się jeśli na miejscu zastanę jeszcze Lexa, bo on się wszędzie wtryni żeby tylko mnie wykończyć nerwowo. Będą mi pozować w ramach nauki rysowania facetów. A nuż coś z tego wyniknie…

Mam nadzieję, że się perfidnie nie rozjedziecie wszyscy gdy wrócę, bo już teraz mam za kim tęsknić, większa tęsknota mnie dobije T_T
I mam nadzieję że podczas mojej nieobecności Slayers i Chobits wreszcie dotrą do Legnicy. I że od razu ich nie rozkupią.
Ech, czuję się jakbym wyjeżdżała co najmniej na 2 tygodnie…