goth19_.gifNawet nie zastanawiał się dokąd zajdzie, chciał po prostu iść przed siebie, jak najdalej od tego dziwnego miejsca. Patrzył ciągle w podłogę – nie żeby przeszkadzało mu intensywne światło nagromadzonych tam lamp naftowych, raczej nie chciał spoglądać w oczy tym wszystkim… Nie wiedział jak dokończyć. Nieboszczykom? Przecież inni martwi leżą w grobach, podczas gdy sporo zapomnianych chodziło pośród żywych…
Potrafił już ich rozpoznać – od zwykłych ludzi nie czuło się takiego chłodu, nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz. Zresztą wystarczyło spojrzeć im w oczy i zobaczyć w nich głód. Jason przyłapał się na rozmyślaniu czy sam nie zaczął jeszcze patrzeć na w ten sposób na potencjalne ofiary. Na żywicieli. Nie, nie mógł tak myśleć. Na ludzi jemu podobnych. W końcu, w przeciwieństwie do zapomnianych, ciągle żył, mimo że musiał co jakiś czas posilić się energią. Nie zamierzał nigdy posunąć się dalej, niezależnie od tego, co powiedział mu Remy. Dlatego że chciał żyć, nie dlatego że jeszcze nigdy nikogo nie pocałował. Z jakiegoś powodu przeszedł go dreszcz.
Dopiero gdy usłyszał okrzyk zaskoczenia, uświadomił sobie, że o mało nie wpadł na jakąś chudą kobietę w szarej sukni. Spojrzała na chłopaka ze zdumieniem i chwyciła go za rękę, jakby chciała się przekonać, że jest prawdziwy. Natychmiast jej się wyrwał, z obawy że pozbawi go sił. Ciągle zdziwiona zapomniana pokręciła głową i cofnęła się pod drzwi do mniejszej sali, przystając obok dwóch mężczyzn – eleganta o jasnych włosach zaczesanych do tyłu i długowłosego bruneta o pospolitej twarzy, ubranego w czarną pelerynę i starającego się robić wrażenie. Kobieta szepnęła coś do nich, zerkając na odchodzącego już Jasona.
– Nowa zabawka Le Feu – dobiegł go pogardliwy głos tego nijakiego. Zacisnął zęby i prawie biegł, widząc że zbliża się do drzwi wyjściowych.
– Pędzisz jak wiatr, mon cheri.
Na te słowa chłopak jakby opadł z sił. Zatrzymał się zrezygnowany.
– Uciekasz przed nimi czy przede mną? – Remy podszedł bliżej, przyoblekłszy ten swój nieodparty uśmiech. Jason odwrócił oczy.
– Chyba nie dla mnie atmosfera tego… Zgromadzenia – zaśmiał się wymuszenie.
– Wspólnoty – poprawił jasnowłosy drwiąco – Czyli udawania, że nie są zapomniani.
– Mówisz jakby ciebie to nie dotyczyło – odparł Jason – A przecież sam tu przyszedłeś.
– Żeby ci pokazać z kogo nie należy brać przykładu – stwierdził Le Feu, uparcie szukając wzroku chłopaka – Powinieneś się kiedyś wybrać do La Passione… W każdym razie tutaj nie należę. Jak i nigdzie indziej.
Uśmiechnął się z triumfem gdy zdziwiony Jason wreszcie na niego spojrzał.
– I skazujesz się na samotność? – spytał cicho – Ja bym nie wytrzymał.
– Oni… My tego tak nie odbieramy – Remy popatrzył na towarzysza, nie pozwalając mu znowu uciec wzrokiem – Nie czujemy, pamiętasz? I nie potrzebujemy niczyjej bliskości, jeśli nie wiąże się to z posiłkiem… Choć czasem mamy ochotę poudawać.
– Czyli chodzisz za mną jak cień tylko po to żeby mnie dręczyć swoją obecnością? – Jason powiedział to już głównie żeby coś mówić. Nie miał już sił odwrócić oczu, ale nie chciał pozwolić żeby zapomniany triumfował, używając zwodniczego uroku, właściwego sobie podobnym.
– A jeśli tak? – mężczyzna zniżył głos, jakby zdradzając tajemnicę mającą pozostać tylko między nimi dwoma – Może skazałeś się na mnie na całe życie?
Chłopak słuchał na wpół świadomy, kołysany tym głosem, próbując gorączkowo uchwycić się jakiejś myśli, która nie pozwoliłaby mu ulec…
Jego usta na moich?
Nie tej myśli.
Zagryzł wargi, czując smak krwi.
– Ilu swoim zabawkom tak mówiłeś? – spytał nieco wyzywająco.
Remy zamrugał ze zdziwieniem. Jason poczuł wreszcie pewny grunt pod nogami.
– Tak, różne rzeczy słychać w tej… Wspólnocie – starał się mówić lekkim tonem. Ale dlaczego głos tak mu drżał?
– Nawet się domyślam z czyich ust – westchnął zapomniany.
– Może kogoś, kto był kiedyś na moim miejscu? – nie, to była tylko myśl. Nie mógł tego wypowiedzieć na głos. Prawda???
Remy położył mu rękę na ramieniu i pokręcił głową niedowierzająco.
– Jesteś zazdrosny! – zawołał ze śmiechem.
– CO?!? – Jason z oburzeniem strząsnął jego dłoń. Paliły go policzki, ale miał nadzieję wbrew nadziei, że tego nie widać. Nie rozumiał dlaczego ciągle tam stoi.
– Ciągle mnie zdumiewasz, mon cheri, wiesz? – zapomniany dalej patrzył na niego z wesołym zdziwieniem – Ale wzywa mnie jeszcze pewna sprawa, więc pardon – ukłonił się elegancko i zniknął gdzieś w korytarzu. Jason westchnął z ulgą i już kładł dłoń na klamce, ale coś go powstrzymało. Zaczął się zastanawiać dlaczego Le Feu nie idzie z nim, skoro też nie gustuje w spotkaniach Wspólnoty. Wbrew sobie odwrócił się od drzwi i ruszył tą samą drogą, którą tu przyszedł. Minął małą salę, która tym razem wydawała się pusta – widocznie towarzystwo przeszło do większej – gdy dobiegł go zduszony krzyk. Przystanął i ostrożnie zajrzał przez drzwi, chcąc pozostać niezauważonym. Jednak obecni w pomieszczeniu i tak by go nie dostrzegli. Tamten nijaki mężczyzna, trzymany za gardło, wisiał nad podłogą, przyciśnięty do ściany, pod którą leżała jego peleryna. Tym, który go trzymał, był Remy. Nawet jeśli zapomniani nie mieli uczuć, patrzył na tego drugiego jak na najgorszego wroga.
Jason obserwował to niemal zafascynowany, wyczuwając przepływ energii między tą dwójką. Zdziwiło go to – nie przypuszczał że i zapomnianego można pozbawić energii w ten sam sposób. Z trudem stłumił w sobie głód.
– Ja już wyrosłem z zabawek, Christopher – głos Le Feu zabrzmiał cicho i lodowato – Zapamiętaj to sobie.
Po tych słowach puścił tamtego, który spadł na podłogę i leżał bez ruchu obok swojej peleryny.
Jason wypadł stamtąd z natłokiem nieokreślonych myśli. Cieszył się, gdy wreszcie znalazł sie przy wyjściu, ponieważ, jak sobie tłumaczył, jeszcze chwila i zamarzłby przez wszechobecny chłód.
Dlaczego zatem jego dusza płonęła?