35.gif

Can you hear the sirens resound
from the coastline of Ireland tonight?
It’s the song of a promising heart
of the souls that the ocean unite…

Dowiedziałam się wczoraj że jestem wylewna i to mnie troszkę zdziwiło. Cóż, jak zwykle widać różnicę między mną blogującą a mną rozmawiającą z kimś na żywo… To chyba nie w tym rzecz że nie potrafię się do końca otworzyć przed konkretną osobą, często mam na to ochotę, ale łapie mnie lęk. Że ta osoba nie jest do tego odpowiednia, że mnie nie zrozumie, spławi albo wyśmieje. A przecież wcale tak nie musi być… Nie chodzi o to że Was nie doceniam albo nie ufam, wręcz przeciwnie, ale jakaś blokada we mnie tkwi i po jakimś pół roku znajomości zaczynam mieć wrażenie że nie mam o czym z kimś rozmawiać albo że ten ktoś nie ma już o czym rozmawiać ze mną i się oddala. Nie wiem dlaczego, przez tę jedną niefortunnie zakończoną znajomość? No dobra, może dwie… Ale zakończenie tej drugiej (a raczej chronologicznie pierwszej) aż tak nie bolało. Było mi smutno, fakt, ale była bardziej korespondencyjna, więc nie wpisała mi się w cykl życiowy aż tak. Kończyła się długo i wyglądało to tak jakbym się powoli do tego przyzwyczajała… Czasem sobie czytam stare listy i uśmiecham się do wspomnień. Nie czuję żalu, a przy zrywaniu tej drugiej znajomości żal był taki że szkoda o tym myśleć, choć nie wiem czy żałowałam że znajomość się skończyła czy że w ogóle się zaczęła. To już dawno za mną i niedługo będę patrzeć z politowaniem na to co teraz piszę. Na pociechę mogę stwierdzić z całą pewnością że Nightwisha słucham ze względu na muzykę, a nie ze względu na chłopaka który mnie z tą muzyką zapoznał.
I nie przestałam lubić czekolady ;>~
Nie wiem dlaczego do tego co jakiś czas wracam i dlaczego właśnie w tym pamiętnisiu, i dlaczego znów pojawiają się u mnie huśtawki nastrojów jakby historia miała się powtórzyć. Przecież cały świat internetowy się chyba ode mnie nie odwróci? Przykład – już niedługo minie roczek odkąd zetknięcia się z Satsuś, a ciągle się znamy i chcemy się znać. A moja melancholia jest przejściowa.
Jak zwykle zniknie w kolejnym uścisku… ^__~

And she stands by the window alone
staring into the rain
She is trying to guide his way home
from the waters that keep them apart…

Właściwie najbardziej mi w rozmowach internetowych przeszkadza że nie można sobie razem pomilczeć. Bo ja jestem tu, ktoś jest tam, a gdy wyłączymy gg i milkniemy to nie jesteśmy blisko siebie, prawda? A gdy się spotyka zaprzyjaźnioną osobę na żywo, można nie tylko rozmawiać o wszystkim ale również dobrze się razem czuć nic nie mówiąc… Przynajmniej tak mi się wydaje, bo z nikim jeszcze nie milczałam tak by ta cisza nie wydawała się niezręczna i pełna oczekiwania aż któreś z nas coś z siebie wykrztusi. Normalnie jestem małomówna i gdy ta druga osoba milczy (a czasem nawet gdy nie milczy) wyłączam się i zasłuchuję albo zaczynam tworzyć, a po chwili słyszę „No to co powiesz?” A z kolei z moją najlepszą psiapsiółą i uke w jednym nie da się milczeć bo nawija do mnie o czym się da i wcale mi to nie przeszkadza – mało tego, od razu widać dlaczego się tak dobrze zgrałyśmy ;D Ale co z takim milczeniem gdzie słowa nie są potrzebne by czuć wspólnotę i porozumienie z drugą osobą? I czuć się z tym świetnie, zwłaszcza że ta druga osoba uważa tak samo? Chciałabym znaleźć się kiedyś w takiej sytuacji, wiedziałabym wtedy że znalazłam pokrewną duszyczkę…

So she lights up a candle for hope to be found
Captive and blind by the darkness around
Firm as a mountain, she never will mourn
Timeless awaiting the break of dawn…

Wcale się nie pomylę jeśli stwierdzę że piosenka która mi dziś (i nie tylko dziś *ściiiiiiiiiiiiisk Sano*) towarzyszy jest jedną z najpiękniejszych jakie znam (przynajmniej z mojego punktu słyszenia), a faktem jest że o niewielu piosenkach tak mówię. Mogę je uwielbiać, mogą być świetne, kapitalne, ale piękne? Rzadko którą tak określam…
Czy dostrzeżesz mnie gdy stanę w oknie ze świecą by pokazać Ci drogę przez ciemność i ocean zdarzeń, problemów, tłumów ludzi, zapomnienia i wypłakanych łez?